fot. Unsplash

Nice to meet you, Drowning

Obejrzałam wystawę obrazów namalowanych przez pacjentów z Kobierzyna, cały czas mając wrażenie, że i tak jest z nimi nieźle, skoro postrzegają rzeczywistość w stosunkowo przyjazny sposób.

Do Kobierzyna można trafić na wiele sposobów. Ja trafiłam od tyłu.

Byłam w gościach u koleżanki w Krakowie i strasznie rozbolała mnie głowa, więc (wówczas zawsze tak robię) wyszłam z domu i postanowiłam pójść na północ lub na południe, w zależności od tego, gdzie będzie bardziej odległy horyzont. Padło na południe.

Szłam i szłam, aż w końcu skręciłam, bo dalej – miałam wrażenie – były już tylko Tatry. Głowa bolała mnie nadal. Zobaczyłam park. Prawie wpadłam pod ciężarówkę, próbując się do niego dostać. Był tam mały sklep, w którym kupiłam jedenaście kasztanków, tych cukierków, i jeden sok. Usiadłam, a właściwie oparłam się na parapecie pod daszkiem – aha, bo cały czas padał deszcz – zjadłam cukierki, wypiłam sok, głowa przestała mnie boleć. Zobaczyłam szyld na sklepie. Na zielonym tle było napisane, że to szpital Babińskiego.

Wracając, zadzwoniłam do mojego pochodzącego z Krakowa męża, że odkryłam cudowne miejsce, z cudowną architekturą i leczniczymi wibracjami, nazywa się „szpital Babińskiego”. „W Krakowie nie ma takiego szpitala” – powiedział mój mąż, który z Krakowa wyjechał na stałe dwadzieścia lata temu.

Tę samą historię – głowę, horyzont, południe, kasztanki, wibracje – opowiedziałam koleżance. „A więc trafiłaś do Kobierzyna”, powiedziała. Dwa dni potem zabrała mnie tam na instytucjonalne zwiedzanie.

 

Nie jestem zbyt wrażliwa na malarstwo. Jak mi ktoś opowiada obrazy, owszem. Ale tak, żeby samej patrzeć – to nie bardzo. Kolory i kształty są wszędzie w takiej ilości i w tylu konfiguracjach, że właściwie należy się na nie uodporniać, a nie uwrażliwiać.

Obejrzałam wystawę obrazów namalowanych przez pacjentów z Kobierzyna, cały czas mając wrażenie, że i tak jest z nimi nieźle, skoro postrzegają rzeczywistość w stosunkowo przyjazny sposób. Podobało mi się, aczkolwiek brakowało tego samego co zawsze w galerii sztuki – wyczerpującego opisu, który zaczynałby się od: „Ten obraz przedstawia” i pozwalał mi przeżyć i zrozumieć wypowiedź artysty za pomocą tych okołojęzykowych ośrodków w mózgu, które mam nieco lepiej rozwinięte.

Władysław Wałęga ma znaczącą pozycję wśród polskich artystów określanych jako nieprofesjonalni i potężny dorobek w dziedzinie art brut, ale i bujne życie za sobą: pięcioro rodzeństwa, ojciec zabity w Oświęcimiu, dom dziecka, próba ucieczki za granicę, poprawczak, więzienie, samopalenie na sali sądowej. To wszystko do skończenia trzydziestki.

Trafił do szpitala, gdzie w ramach odreagowywania napięć zaczął malować. Nie mógł jednak malować, kiedy wrócił do więzienia. Wyobrażam sobie, że dla kogoś, kto właśnie odkrył, w jaki sposób legalnie i za pomocą jawnie dostępnych substancji i przedmiotów można łagodzić ból istnienia, musiał to być szok.

Kiedy opowiadano mi tę historię, przypomniała mi się jedna z książek autorki „Ani z Zielonego Wzgórza”, której bohaterka, sierota, dostaje od wychowującej ją ciotki zakaz pisania opowiadań i wierszy. Emilka nie może zignorować zakazu, bo stylizując się na mroczną buntowniczkę, jest w gruncie rzeczy ufającą w system, w którym przyszło jej żyć, tradycjonalistką, omija go więc, pisząc non-fiction (portrety nauczycieli czy opisy przyrody). Obejście zakazu przez Władysława Wałęgę dało rezultat, przynajmniej według mnie, magiczny.

Kiedy obejrzeliśmy tę kobierzyńską wystawę, zapytałam, czy nie mogłabym zobaczyć również zeszytu Wałęgi, o którym wspominał nasz przewodnik; zeszytu, w którym w trakcie pobytu w więzieniu opisywał obrazy, które planował namalować po wyjściu na wolność.

Formuła składająca się z tytułu obrazu i szczegółowej notatki o nim, zaczynającej się nieodmiennie od „obraz przedstawiający” lub „obraz przedstawia” powtarza się niezliczoną ilość razy na gęsto zapisanych stronach kratkowanego brulionu. Nie wszystkie z tych obrazów oczywiście powstały, nie wszystkie opisy da się odczytać. Zrobiłam kilka zdjęć, ale nawet w domu na ekranie komputera nie byłam w stanie domyślić się, co malarz napisał, mimo że jedno z tych zdjęć przez dłuższy czas było tapetą mojego ekranu.

 

A przecież zeszyt Władysława Wałęgi stanowi jeden z najwyraźniejszych punktów mojej – we własnym pocie, krwi i łzach ukutej – teorii twórczości.

mem

Jest namacalnym (macałam go!) dowodem na to, że ludzka kreatywność zawsze znajdzie ujście. Banalna ta prawda przestaje być banalna, kiedy stajemy wobec kolejnych nakładanych na nas przez życie ograniczeń i skłonni jesteśmy na jego pewnym etapie sądzić, że jedyna twórczość, jaka nam pozostała, to układanie kolekcji kubków w szafce według coraz to innych zasad estetycznych.

Patrzenie na ukos – pod innym kątem – jest szansą, że stłukłszy kubki, ułożymy ze skorup na podwórku Panoramę Racławicką, którą przyjedzie oglądać sam Filip Chajzer. Jezus mówi „Nice to meet you, Drowning” tylko po to, żeby, rozbawiwszy topielca, odwrócić jego uwagę od dramatycznej sytuacji, rozładować napięcie i tym skuteczniej pomóc mu się wydostać z odmętów. Jestem tego pewna.

 

CZYTAJ TAKŻE: Kocham cię, rybo

CZYTAJ TAKŻE: Kapitan Planeta

CZYTAJ TAKŻE: Udawaj zepsuty rower