fot. Aneta Kacprowicz-Podlasińska

Nie ma co udawać, że jest inaczej

Tym, co udało się uchwycić na wystawie „Konin analogowo”, jest codzienność, zwykłość jednego z wielu polskich średnich miast. Estetyczny brak walki o uwagę pokazuje istnienie obszarów nieoświetlonych przez rozgorączkowane media społecznościowe.

Otacza nas zalew obrazów. Ich nadmiar przytłacza, ulotki reklamowe, billboardy, kolorowa prasa wypełnione są zdjęciami. Media społecznościowe to w dużej mierze rozmowa przy pomocy zdjęć i rysunków. Przeszliśmy do epoki piktograficznej – obraz jest dziś naszym słowem. Wydaje się, że sfotografowaliśmy już wszystko, że każdy fragment naszego globu został zwielokrotniony w obrazach, „otagowany” i oznaczony na mapach.

Tyle tylko, że to prawda częściowa. Owszem, mamy inflację zdjęć i obrazów, ale część miejsc i obiektów gości w obiektywie naszych cyfrowych aparatów, telefonów bardzo często, a inne – wbrew zalewowi obrazów – są niedoreprezentowane.

Dwuznaczność bycia uwiecznionym na fotografii ma dodatkowy wymiar – większość zdjęć wykonujemy metodami cyfrowymi, przechowujemy je na nośnikach danych, nie usiłując nawet drukować. W przyszłości może się okazać, że po epoce nadmiaru i kakofonii obrazów pozostanie zaskakująco mało dla przyszłych archeologów i historyków.

ANALOGOWO I BEZ MANIERY

Wystawa „Konin analogowo” – zdaniem Anny Małkowicz, pomysłodawczyni i organizatorki – chciała świadomie się tym tendencjom przeciwstawić. Czarno-białe fotografie Konina, z których składa się wystawa, są efektem ćwiczenia-zadania, które podjęło jedenastu uczestników i uczestniczek klubu fotograficznego „Foto Konin”, działającego od niedawna przy Młodzieżowym Domu Kultury.

Inspiracji do zadania dostarczył portal Dawny Konin, zbierający fotograficzną dokumentację miasta. Wystawa miała na celu częściowo grę z konwencją, a także refleksję dotyczącą tego, jakie fotograficzne świadectwo zostawi po sobie Konin. Stąd decyzja, aby fotografie istniały. Do pewnego stopnia zacierają one moment przejścia między historią a teraźniejszością, wpisują się w dyskusje o tym, czym jesteśmy dziś, ale także co po nas zostanie.

Zadanie, którego podjęli się uczestnicy, było proste w swym zamyśle, co nie oznacza, że łatwe w realizacji. Korzystać musieli z aparatów analogowych, mieli do dyspozycji jedną kliszę czarno-białą oraz musieli wykonać reporterskie zdjęcia miasta Konina.

Jak podkreśla Anna Małkowicz, zależało jej, aby uniknąć efektu „artystyczności”, czyli pewnego typu maniery, która może towarzyszyć fotografii czarno-białej.

 

Wybór typu aparatów i ograniczenie do jednej kliszy miało wymóc na uczestnikach, aby skupili się na pracy z samym procesem fotografowania, zatrzymali i popracowali, zmagając z koniecznością obsługi już powoli zapomnianej technologii.

Miało to także na celu wywołanie skupienia, zatrzymania potrzebnego do pracy z codziennością, zwyczajnością fotografowanych miejsc. Wzmocnieniu tego efektu służyła procedura losowania obszarów, które poszczególni uczestnicy mieli fotografować, niektórym przypadła starówka, innym obszary poprzemysłowe, a jeszcze innym blokowiska.

WSZĘDZIE JEST TAK SAMO?

„Konin analogowo”, fot. Kamila Bąk-Otto

Nie oszukujmy się: Konin na wystawie jest miastem, którego nie da się określić jako miejsce „ładne”; urok jest raczej nienachalny. Bloki, szyldoza, wszechobecne samochody, rury ciepłownicze, ludzie śpieszący się do pracy, robiący zakupy – to świat zwykły, codzienny, przyziemny.

 

Na większości zdjęć nie ma „ładnych widoków”, ale co warto podkreślić, poza jednym ze zdjęć, nie ma też epatowania ruinami czy „fotogeniczną brzydotą”.

Konin ze zdjęć jest miastem, w którym się żyje. Mieszkając na jednym z osiedli, być może marzy się o tym „że życie jest gdzie indziej”. Takie marzenia – podsycane przez medialny rynek – powodują, że zaczynamy traktować miejsca, w których żyjemy, jak przystanki na drodze do marzeń, a te w większości okazują się reklamowym oszustwem.

Zapominając o miejscach, w których żyjemy, porwani przez eskapistyczny świat kolorowej fotografii z reklamowych stocków, rozerwani przez „wyprodukowane marzenie” – nie mamy sił na życie naszymi własnymi życiami i w miejscach, w których z różnych powodów przyszło nam mieszkać.

To nie znaczy, że nie warto podróżować, wędrować, zmieniać miejsc zamieszkania, warto jednak pamiętać o uwadze, którą wygłosiła bohaterka filmu Jima Jarmuscha „Inaczej niż w raju” po podróży przez USA: „wszędzie jest tak samo”.

 

To, co na większości zdjęć (choć trzeba przyznać uczciwie: nie na wszystkich) udało się uchwycić, to specyficzny „nadmiar” zwykłości – Konin na tych zdjęciach po prostu jest, istnieje, żyją w nim ludzie, toczą się ich mikrohistorie.

Nie jest to ani miejsce pełne urokliwych zakątków, budynków, których fotografie umieścimy na pocztówkach, ani miejsce „w ruinie”, choć oczywiście sytuacja miasta poprzemysłowego, z kurczącą się populacją nie jest najłatwiejsza.

Tym, co w większości udało się uchwycić na wystawie, jest codzienność, zwykłość jednego z wielu polskich średnich miast. Estetyczny brak walki o uwagę pokazuje istnienie obszarów nieoświetlonych przez rozgorączkowane media społecznościowe. Pokazuje, że świat – poza tym, co „się dobrze klika” – nie tylko istnieje, ale pewnie jest on znacznie bardziej rozległy. Głębszy od tych kilku miejsc, obrazów, żartów i memów, którymi żywimy naszą rozedrganą w wyniku medialno-internetowego nacisku uwagę.

Konin (jak wiele innych miast) jest, jaki jest – i nie ma co udawać, że jest inaczej.

 

Wystawa „Konin analogowo”, Młodzieżowy Dom Kultury w Koninie, wernisaż: 13 czerwca 2019.

 

CZYTAJ TAKŻE: Mikrohistorie nostalgii. Recenzja wystawy „Historia konińskiego undergroundu”

CZYTAJ TAKŻE: (Samo)zamknięcie w chorobie. Wystawa „Choroba jako źródło sztuki” w Muzeum Narodowym w Poznaniu

CZYTAJ TAKŻE: Odzyskiwane. O wystawie „Damy Reymonda” w ramach festiwalu Konin Miasto Kobiet