fot. Wydawnictwo Driada, materiały promocyjne

Nie tylko Andersen

Według wszystkich badań czytelnictwo w Polsce stoi na stabilnym, niskim poziomie. W raporcie za rok 2019 odnotowano niewielki wzrost i okazuje się, że 39% Polaków sięgało wówczas po książkę. To rzeczywiście niedużo.

Wyniki badań za ubiegły rok może pokażą jakąś zmianę, wynikającą z przymusowego zamknięcia i wynikłą z tego konieczność odmiennego niż wcześniej wypełnienia czasu. Być może lekturą. Nawet jednak, gdyby się coś takiego dało zauważyć, nie mówi to wiele o trwałości efektu.

 

Po powrocie do normalności (choć to mgławicowe raczej perspektywy) książka może pójść w odstawkę: trzeba będzie nadrobić stracony czas.

Osobną kwestią jest przyszłość czytelnictwa – na ile kultura pisma powoli zmierzcha, co wieszczą niektórzy.

Driada

Paradoksalnie jednak, mimo skromnej grupy zainteresowanych książką czytelników, wydawnictw w Polsce jest wiele. Według szacunków około 2-2,5 tysiąca. Różnej wielkości, różnie wyspecjalizowanych, wciąż też pojawiają się nowe. Jedne starają się wykorzystać fale czytelniczych zainteresowań, zagospodarować trendy, inne powstają z chęci podzielenia się swoją pasją, zaoferowania czytelnikom czegoś szczególnego.

 

Takim młodym, wyrosłym z zamiłowania wydawnictwem jest Driada z podpoznańskiego Lubonia. Ma w swoim katalogu ledwie kilka tytułów, ale warto im się przyjrzeć.

Najbardziej chyba może czytelnika zaintrygować seria pt. "Andersen dla dorosłych". Zwykliśmy myśleć o sławnym Duńczyku, jako niezrównanym baśniopisarzu. Kolejne pokolenia dzieci słuchają i czytają o brzydkim kaczątku, Calineczce, dziewczynce z zapałkami, pięciu ziarnkach grochu. Wciąż jego baśnie są wznawiane i zyskują kolejne oprawy graficzne. Choć dopiero od niedawna mamy w języku polskim dostęp do wszystkich Andersenowskich baśni i opowieści przełożonych bezpośrednio z języka duńskiego, dzięki Bogusławie Sochańskiej.

 

Ona też zamierza (i częściowo już tego dokonała) pokazać nam Andersena z innej, nieznanej dotychczas strony.

Oto w serii ukazały się dwa tytuły „Książka z obrazkami bez obrazków” oraz „Piesza podróż z kanału Holmen na wschodni cypel wyspy Amager w latach 1828 i 1829”. Nie są to baśnie.

 

Pierwsza to seria nokturnów, obrazów kolejnych wieczornych wizyt Księżyca w ludzkim świecie opowiadanych przezeń malarzowi. Ten spisał je później i oto obrazki bez obrazków. Romantyczne z ducha, nostalgiczne okruchy życia. Choć to proza, może przywoływać skojarzenia z Blake'a „Pieśniami niewinności”. Te same proste słowa, proste uczucia i nieuchwytny smutek je przeszywający.

Druga to jakby literacki żart (którego kulisów nie będę zdradzał, by nie psuć przyjemności zainteresowanym) – opis podróży pisarza przez nocną krainę. Imaginacyjnej wędrówki i spotkań z uosobieniami literackich pokus i tęsknot. Wiele w tym ironii i autoironii, subtelnego humoru. Andersen jawi się jako pełnokrwisty romantyk – zapominamy chyba, myśląc o nim jako ponadczasowym bajarzu, że był współczesnym Słowackiego i Mickiewicza.

Kolejne tomy mają być pierwszymi polskimi prezentacjami powieści Andersena i jego relacji z podróży (już chyba bardziej rzeczywistych).

Baśnie nie dla dzieci

Przed nimi jednak, w czerwcu, ma się pojawić tom „Driada i inne opowieści” z baśniami dla dorosłych. Być może to nie tylko moje wrażenie, ale czytając w młodości prozę Andresena w różnych wydaniach tytułowanych „Baśnie” i przeznaczonych dla dzieci, napotykałem opowieści jakby do dzieci nieadresowane. Intrygujące, przejmujące nawet, jednak nie baśniowe. Zbyt złożone, tajemnicze i wieloznaczne (nie sugeruję tym samym bynajmniej, że opowieści dla dzieci winny być proste w każdym znaczeniu).

 

Do dzisiaj nie odstępuje mnie opowiadanie, bo nie nazwę tego tekstu baśnią pt. „Cień”. Co jakiś czas sięgam na półkę, czytam je i staram się rozwikłać, zinterpretować. Wciąż pozostaje zagadką.

W tym zapowiadanym tomie mają się znaleźć tego rodzaju opowieści. Stawiające przed niedającymi się rozstrzygnąć dylematami, dotykające granic ludzkiego poznania – jak choćby „Opowieść o matce”.

Andersen jest znakiem i wyznacza kierunek – Dania. Wedle deklaracji, Driada chciałaby się głównie specjalizować w przybliżaniu czytelnikowi polskiemu literatury duńskiej. Choć istnieje poznańska Seria dzieł pisarzy skandynawskich, niedawno odnowiona, to literatura duńska stanowiła mniejszościowy pakiet tytułów. Tymczasem literatura duńska, czy w ogóle skandynawska wciąż ma wiele do zaoferowania. Zarówno współczesna, jak i nieco starsza. Nie kończy się na jednym, najbardziej znanym nazwisku. „A” jak Andersen to wszak dopiero początek alfabetu. „B” to choćby Karin Boye i jej „Kallokaina”.

Kallokaina

fot. Wydawnictwo Driada, materiały promocyjne

fot. Wydawnictwo Driada, materiały promocyjne

Jest to jedyny dotychczas tytuł Driady spoza obszaru literatury duńskiej. Boye, szwedzka pisarka wydała swą powieść w roku 1940 włączając się w dość szeroki nurt opowieści dystopijnych. Doskonale znany jest „Rok 1984” George'a Orwella, „Nowy wspaniały świat” Aldous Huxleya (te tytuły stały się już niejako autonomicznymi, oderwanymi od kontekstu, określeniami), niektórym znana jest powieść Eugeniusza Zamiatina „My”, ale zapewne mało kto w Polsce słyszał o „Kallokainie” Katrin Boye.

 

A tymczasem to frapująca, zasługująca na uwagę powieść.

Choć dystopie związane były z rozkwitem totalitaryzmów europejskich i opisywały lęki związane z możliwym spełnieniem się wizji świata przez nie przezierających, wciąż bywają używane do interpretowania tego, co najbardziej współczesne.

„Nowy wspaniały świat” może być przestrogą przed zbyt daleko idącymi ingerencjami w materiał genetyczny człowieka i pokusami z tym związanymi. „Rok 1984” bywa przywoływany choćby przy okazji dyskusji o mediach i postprawdzie.

 

„Kallokaina” jest mniej spektakularna, ale być może tym bardziej wnikliwa.

Nie epatuje wymyślnymi pomysłami technologicznymi, nie rysuje dokładnie złożonej struktury totalitarnej władzy (choć jest prekursorska względem niektórych rozwiązań z później powstałego „Roku 1984”). Wchodzi pod podszewkę – pokazuje, co jest podstawową możliwością totalitaryzmu i jego bronią. Nakreśla ramy na tyle, na ile to potrzebne, koncentrując się na dramacie ludzkim. Ludzkim w wymiarze indywidualnym i społecznym.

Dzięki wykorzystaniu kostiumu pamiętnika pisanego po latach przez głównego protagonistę zdarzeń, otrzymujemy pierwszoosobową perspektywę wypadków. To czyni wiarygodnym brak opisów struktury – ona jest dla Leo Kalla oczywista i o niej nie myśli – żyje w niej. I to owo życie, jakie jest, jakim się staje, jest głównym punktem jego (i naszego w konsekwencji) zainteresowania. Dramat rozwija się wedle prawideł charakterystycznych dla dystopii – bohater przemierza drogę od zaangażowania, po kryzys wiary.

 

Tytułowa kallokalina to substancja, swoiste serum prawdy, nazwana tak od nazwiska wynalazcy i jednocześnie głównego bohatera powieści Leo Kalli.

Ma stać się środkiem do rozbrojenia wszelkich wewnętrznych niebezpieczeństw, ujawniać występki popełnione i niepopełnione, a kiełkujące dopiero zamiary ich popełnienia. Idealne narzędzie dla państwa chcącego zawładnąć bez reszty swoimi obywatelami. W trakcie eksperymentów, obserwując zachowanie poddanych działaniu kallokainy osób, Kall konfrontuje się z samym sobą i podstawami rzeczywistości Państwa Świata. Nie jest buntownikiem. Chce znieść barierę, która dzieli go od innych.

Podstawowa bowiem zasada jego świata to wzajemna podejrzliwość. Oficjalny przekaz mówi, że nie można nikomu ufać, że zaufanie do innych ludzi to pułapka i jednocześnie powód wszystkich historycznych nieszczęść. Jednak zaufanie to podstawowa zasada, pryncypium wspólnotowego życia. Jeśli bowiem nie założyć w choćby minimalnym stopniu, dobrych intencji tych, z którymi się spotykamy, rozmawiamy, ich prawdomówności i szczerości, to żadne porozumienie nie byłoby możliwe. Nie mogłaby powstać żadna forma życia społecznego.

 

Jeśli istnieje kłamstwo, fałsz, to tylko jako zakłócenie równowagi, nie norma.

Od tego w świecie Leo Kalla się zapewne zaczęło – od przekonywania wszystkich, że inni ludzie są niewiarygodny, niegodni zaufania. To tworzenie podziałów, wzajemne antagonizowanie, alienowanie skazało ludzi na państwo. Ono deklarowało się jako jedyny gwarant stabilności i jedyny opiekun. Tylko państwu można zaufać. Jedynie w jego przestrzeni zorganizować społeczeństwo. Samej zaś instytucji zapewnia to wszechmoc – jedna z postaci mówi:

 

„Jeśli tyko ma się w ręku odpowiedniego sędziego”.

 

Tak dużo o tej powieści piszę dlatego właśnie – że widzę w niej odbicie problemów jak najbardziej dzisiejszych.

Zaufanie jest kategorią wątłą, otwartą na zranienie i jednocześnie trudną do odbudowania, a dzisiaj widać to bardzo wyraźnie. Deficyt zaufania, odmawianie wiarygodności to broń dawna, lecz dzisiaj skuteczna, jak nigdy chyba wcześniej dzięki technologii. Świadomie podważając wzajemne ludzi do siebie zaufanie politycy, manipulatorzy, niszczyciele czynią ich zależnymi od siebie jako tych, którzy zdjęli zasłonę iluzji ze świata. To prosta droga do Państwa Świat.

Ciekawych wątków jest zresztą w „Kallokainie” wiele więcej. Kilka bardzo poruszających obrazów. Jak choćby wizja żony Kalla, Lindy, świata matek, którymi mogą być i kobiety, i mężczyźni. Cóż, można tylko podziękować wydawnictwu za jej wydanie. I wyrazić ubolewanie, że nie znalazła odzewu, na jaki zasługuje.

Polskie akcenty

Należy  wspomnieć też o polskich akcentach. Driada wydaje Janinę Katz. Pisarkę i poetkę zmuszoną do opuszczenia Polski w 1968 roku, która mieszkając w Danii była ambasadorką kultury polskiej i pisała. W „Chłopcu z dawnych lat” powraca do problemów i okoliczności kluczowych dla jej własnej biografii w historii dwójki emigrantów poszukujących na różne sposoby swojego miejsca w nowej rzeczywistości, a przy tym wciąż niosących ze sobą bagaż przeszłości.

 

Mamy też „Czaszkę z Katynia”, reportaż Anny Elizabeth Jessen pokazujący bardzo szczególne zdarzenie z najnowszej historii Polski z nieoczekiwanej strony i w szerszym kontekście.

Młody i najmłodszy czytelnik


Ale Driada stara się dbać także o młodego czytelnika. Są już dostępne dwa (spośród dziewięciu) tomy serii Spektrum. Osadzona w niekoloryzowanej, będącej iluzją, czy wyobrażeniem o tym, czym powinien być świat młodych ludzi, rzeczywistości małego miasteczka w Danii i jej nastoletnich mieszkańców, a jednocześnie wykorzystująca nośny pomysł podróży w czasie - pozwala na konfrontację z wieloma realnymi dylematami.

 

Do tego nas chyba literatura skandynawska dla dzieci i młodzieży zdążyła przyzwyczaić – uczciwie stawia sprawy.

Pokazuje świat w jego złożoności, a jednak w sposób zrozumiały dla odbiorców w różnym wieku. I w tym przypadku chyba z czymś takim mamy do czynienia. Nastolatek odbiera lekcję prawdziwego życia – choć w kostiumie fantastycznym.

Dla najmłodszych jest Andersen i znowu – nieznany. Zabawny wierszyk pt. „Miała jaja gospodyni” znakomicie zilustrowany przez Joannę Jasińską-Koronkiewicz. Dodatkową atrakcją jest, że ilustratorka, jednocześnie twórczyni filmów animowanych, tak zaprojektowała książeczkę, że przy odpowiednio szybkim jej kartkowaniu uzyskujemy iluzję ruchu.


Nie tylko kryminały

Jak pokazuje własny raport Biblioteki Raczyńskich dotyczący czytelnictwa w 2020 roku, największym wzięciem cieszą się kryminały.

 

Wydawnictwa, takie jak Driada, nie mogą liczyć na oszałamiający sukces czytelniczy. Co nie oznacza, że nie są potrzebne, że nie pełnią istotnej roli.

Wręcz przeciwnie, wydawanie książek budzących zainteresowanie ograniczonej i raczej nielicznej publiczności nie jest pozbawione znaczenia. Nawet przy wieszczonym końcu pisma, staje się istotnym wysiłkiem zachowania tego, co nie da się zredukować do rozrywki jednorazowego użytku.

W filmie pt. "Fahrenheit 451" Francois Truffauta jest poruszający chyba każdego miłośnika książek obraz skromnej osady ludzi-książek. Uciekinierów ze świata palonych książek i płytkich doznań. Ludzi będących opowieściami, które ukochali i nauczyli się ich na pamięć, bo mówiły coś ważnego, dawały poczucie sensu istnienia.

Trudno z własnej perspektywy dokonywać ostatecznych ocen. Na różne sposoby odczuwamy, myślimy. Inne rzeczy nas cieszą, bawią, poruszają. Różnorodność jest nieodzowna dla zmiany. By świat żył, wciąż musi się zmieniać.

 

Czytelnicy i ci, którzy stwarzają im do czytania okazję, są częścią tej różnorodności.

I zawsze znajdą się ludzie poszukujący w książce czegoś więcej, niż tylko chwila błahej przyjemności, czy zapomnienia. Mam nadzieję, że dostrzegą ofertę Driady i z niej skorzystają. By jedne tytuły mogły zarabiać na kolejne i by wydawnictwo nie musiało sięgać po ostateczny środek i wydawać kryminały. Nawet jeśli te skandynawskie mają swoją markę.