fot. Mariusz Forecki

Nieomylne chlaśnięcie pędzlem… Zofia Stryjeńska

Jej obrazki wisiały w ramkach na korytarzach w każdej szkole, uśmiechały się z talerzyków u cioci na imieninach, lizaliśmy je na znaczkach pocztowych. Wbrew nazwie trwającej właśnie wystawy w szamotulskim zamku „Zofia Stryjeńska Zostałam zapomniana” o sztuce Stryjeńskiej nie da się zapomnieć.

Gdy myślimy o polskim malarstwie i grafice okresu międzywojennego, zawsze mamy w pamięci kolorowe obrazki z tańczącymi góralami i słowiańskimi bogami autorstwa Zofii Stryjeńskiej. Znałem to nazwisko od zawsze. Widziałem zdjęcia jej intrygującej twarzy z iskrą szaleństwa w oczach. Najbardziej zapamiętałem fotografię z malarskiej pracowni na Akademii w Monachium, gdzie Stryjeńska studiowała.

FOTOGRAFIA GRUPOWA

Na potrzeby pamiątkowego zdjęcia rozsunięto sztalugi, w tle rozwieszono białe płótno z ledwie zarysowanym szkicem postaci. Z fotografii patrzy na nas 14 artystów. Młodzi i dojrzali mężczyźni różnej postury. Elegancko ubrani, w krawatach, z wysokimi, sztywnymi kołnierzykami, w ciemnych marynarkach, na które niedbale zarzucili brudne, robocze kitle umazane farbami. Kilku siedzi, jeden się wygłupia, reszta stoi. Zwarta grupa przyjaciół dobrze się bawi, pozując do zdjęcia.

Dopiero po chwili dostrzegłem pośrodku nagą sylwetkę niewysokiej kobiety. Rozebrana do rosołu modelka, pozująca w pracowni do aktu, została wciśnięta między rozpartych, ubranych mężczyzn.

 

A po lewej stronie siedzi jeszcze drobna postać, oznaczona po latach na zdjęciu niebieskim krzyżykiem. Wygląda jak przestraszony chłopiec, ale to Zofia Stryjeńska, w męskim przebraniu.

W dzisiejszym świecie sztuki, w którym uczelnie artystyczne zdominowane są przez dziewczyny, trudno zrozumieć to symboliczne zdjęcie sprzed niewiele ponad stu lat. W przededniu I wojny światowej kobiety nie miały wstępu na słynną Akademię Monachijską. Chyba że jako modelki, uprzedmiotowione jak krzesło i dzbanek z martwej natury. W Paryżu było podobnie. Panie mogły studiować tylko na pierwszych dwóch, trzech latach, w czasie których rysowano i malowano starożytne gipsy. Nie dopuszczano ich do studium z modela, broń Boże do aktu. Uważano, że jest to bardzo szkodliwe dla delikatnej, kobiecej psychiki. Uczyły się więc panie sztuki w prywatnych szkołach, a potem specjalizowały się w wykonywaniu ślicznych portretów dzieci, malowały kwiatki i romantyczne widoczki.

 

Tak rozplanowali kobiece kariery artystyczne mężczyźni, który zapomnieli o maestrii malarstwa Sofonisby Anguissoli i o ekspresji dzieł Artemisii Gentileschi czy o twórczości świetnych impresjonistek: Mary Cassatt i Bercie Morisot. Od tego czasu zmieniło się w sztuce wszystko. Tak się przekornie składa, że dzieła żadnego polskiego artysty (mężczyzny) nie zdobywają na świecie takiej popularności i nie osiągają takich cen jak obrazy Tamary Łempickiej.

Sto lat temu młoda Zofia Stryjeńska musiała użyć podstępu, by studiować sztukę. Pojechała do Monachium przebrana za mężczyznę, z dokumentami brata. Razem z dwustoma kandydatami przystąpiła do trudnych egzaminów i dostała się na malarstwo wśród czterdziestu najlepszych. Studiowała przez rok, po czym uciekła do Krakowa, bo koledzy zaczęli coś podejrzewać i dla sprawdzenia podejrzeń chcieli ją rozebrać.

BŁYSKOTLIWA KARIERA

Zaraz po powrocie udała się do kościoła i padła krzyżem na posadzkę, błagając: „Boże! Odbierz mi wszystko, wszystko. Dobrobyt, sytość, spokój, przyjaźń ludzką, szczęście rodzinne, nawet miłość! Ale w zamian za to daj mi sławę!”. Prośba została wysłuchana.

 

Artystka całe życie tonęła w długach, szalała z miłości, dla sztuki porzuciła nawet dzieci. Doświadczyła też pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w którym zamknął ją jej mąż. Utalentowana, szalona i pracowita zrobiła błyskawiczną karierę artystyczną.

Już w wieku 22 lat poczytny „Czas” zamieścił na swoich łamach szerokie i pełne pochwał omówienie jej twórczości. Ogłosił narodziny nowego wielkiego talentu. Dało to młodej artystce szansę na zaistnienie w świecie sztuki. Robiła ilustracje do pism, tworzyła litografie, malowała obrazy, głównie temperą. Projektowała scenografie teatralne i zabawki, plakaty i tkaniny. Jej cykle obrazów poświęcone miesiącom, tańcom polskim i bóstwom słowiańskim zrobiły furorę. Popularne były też jej prace o tematyce religijnej. Obrazy Stryjeńskiej zawisły w polskim pawilonie na światowej wystawie w Paryżu w 1925 r. i zdobyły 5 głównych nagród wystawy. Artystka dekorowała polskie statki pasażerskie – MS Batory i MS Piłsudski i warszawski salon E. Wedla.

 

W odrodzonej Polsce wygłodniałej nowej, własnej sztuki wytworzyła się swoista moda na Zofię Stryjeńską. W dobrym tonie było mieć na ścianie jej pracę. I to zarówno w pałacu, jak i w skromnym dworze czy w inteligenckim mieszkaniu. Jej sława przekroczyła granice Polski, jej talent podziwiano zwłaszcza we Francji. Sztukę Stryjeńskiej wiązano z modnym wtedy nurtem art déco i tak zwanym stylem kryształkowym. Jej geometryczne uproszczenia i nawiązywanie do polskiej tradycji łączyły się świetnie z poszukiwaniem stylu narodowego w architekturze, muzyce i sztukach użytkowych.

JAKA PIĘKNA KATASTROFA

Popularność twórczości Zofii Stryjeńskiej przepadła tak samo szybko, jak się zaczęła. W latach 30., w ciężkich czasach kryzysu jej optymistyczne obrazy przestały być potrzebne. Tworzyła je dalej, rozmieniając swój talent na drobne. W pogoni za pieniędzmi, by związać koniec z końcem. Nawet w najlepszych czasach artystka nie potrafiła zarabiać na sztuce. Marszandzi i wydawcy zbijali na jej pracach majątek, a ona stale tonęła w długach. Wykorzystywali ją bliscy i przyjaciele. Nie potrafiła też rozwinąć swojej kariery poza polskim rynkiem sztuki.

 

Były też inne powody życiowych i artystycznym klęsk Zofii Stryjeńskiej. Czasem zachowywała się nieodpowiedzialnie, wywoływała awantury i skandale. To, co artystom mężczyznom uszłoby na sucho, jej, kobiecie było nie do wybaczenia. Losy artystki są świetnym materiałem dla walczących feministek.

 

„Kobieta plastyk, czegóż się można od życia spodziewać. Jej walory kobiece nie tylko nie mają najmniejszego zastosowania, ale nawet muszą być zagłuszone, zniwelowane, gdyż rodzaj pracy twórczej, będącej zarazem podstawą jej bytu, zmusza jądro wydobycia z siebie męskich wartości i przeistoczenia się w rzemieślnika, w skupionego anachorę, robociarza”.

Do tego Stryjeńska stroniła od powiązań politycznych. A bez sanacyjnych koneksji coraz trudniej było przeżyć. Przed samą wojną koniunktura na jej sztukę zaczęła wracać, ale okupacja znowu wpędziła ją w nędzę.

 

W 1942 roku artystka stworzyła projekt Witezjonu, budowli wykonanej z drewna, ni to słowiańskiej świątyni, ni to teatru z posągami dawnych bogów. Choć była katoliczką, walnie przyczyniła się do dzisiejszego odradzania się ruchów neopogańskich, które z braku zachowanych przekazów ikonograficznych oparły się na wytworach jej wyobraźni.

 

Miała też niewątpliwy talent pisarski. Jej niedawno opublikowane pamiętniki zachwycają piękną, soczystą polszczyzną. Zdarzyło się też jej napisać podręcznik savoir-vivre’u zatytułowany „Światowiec współczesny”.

Nie widziała Zofia Stryjeńska miejsca dla siebie w powojennej, zmitologizowanej rzeczywistości. Uciekła w 1946 roku na Zachód, do Szwajcarii. Żyła tam w wielkiej biedzie, ciągle uciekając, gdzieś między Genewą a Paryżem, aż do śmierci w 1976 roku. Malowała jeszcze, dla pieniędzy, gołe Murzynki. Podpisywała je „Mokka”, bo wstydziła się zostawić tam swoje nazwisko. Nie wpuszczono jej do Stanów Zjednoczonych, a skądinąd bardzo zasłużona dla polskiej kultury Fundacja Kościuszkowska odmówiła jej pomocy.

KWINTESENCJA POLSKOŚCI

Nawet nie wiedziała, że w komunistycznej Polsce różne cepelie reprodukują jej prace w milionach egzemplarzy. Plagiatowano ją bezkarnie w ramach mody na ludowiznę. Jej pełne wesołych kolorów obrazki zaczęły funkcjonować w naszej kulturze plastycznej na podobieństwo pseudoludowych, państwowych zespołów Śląsk czy Mazowsze.

 

Proste, łatwe i przyjemne w odbiorze zostały użyte przez socjalistyczne władze do tworzenia mitu polskiej wsi, radośnie budującej nowy ustrój powszechnej szczęśliwości.

Zresztą w swojej konwencji plastycznej bardzo pasowały do stylu stalinowskiej, a potem gomułkowskiej propagandy plastycznej.

 

Były tak ładne, że spodobałyby się zapewne nawet w Korei Ludowej, a co dopiero w ojczyźnie autorki. Tylko trzeba było dokonać nowego wyboru prac, bo nie wszyscy wiedzieli, gdzie w Polsce leży Pokucie albo kto to jest Hucuł – nie każdy też chciał powiesić na ścianie obrazek z tańcem żydowskim.

Jakieś dziesięć lat temu wróciła moda na Zofię Stryjeńską. Najpierw w 2008 roku powstała w Krakowie wielka monograficzna wystawa jej sztuki. Potem pokazano ją w Warszawie i Poznaniu. Jej pamiętniki odniosły wielki sukces na polskim rynku wydawniczym. Pojawiła się książka Angeliki Kuźniak „Diabli nadali” o fascynującym życiu artystki. W sieci są nawet popularne strony o jej twórczości. 14 tysięcy fanów dawno zmarłej artystki na polskim Facebooku „to jest coś”.

Można Stryjeńską uwielbiać lub jej nie cierpieć. Jej sztuka nie pozostawia w obojętności. Fascynuje temperamentem, krystalicznym kolorem i swoją nieprzemijalną witalnością. Jest jednocześnie płaska, powierzchowna i nudno powtarzalna i przewidywalna. Uwięziona w swojej konwencjonalności. Czasem otwarcie kiczowata. Ale w dzisiejszych czasach radosnego upadku polskiej sztuki i tak zdaje się nad wyraz wybitna. O lata świetlne wyprzedza ordynarne disco polo i „patriotyczne”, kolorowe wytryski wielkich murali. Sztuka Zofii Stryjeńskiej ma nieprzemijalną wartość dla polskiej kultury. Można jej prace zobaczyć na trwającej jeszcze wystawie na Zamku w Szamotułach.

Wystawa „Zofia Stryjeńska Zostałam zapomniana”, Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach, czynna do 31 maja 2019 roku.

Prace ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem.

 

CZYTAJ TAKŻE: Pamiątki zaginionego świata. Wystawa „Zwierzęta duże i małe w malarstwie, grafice, rysunku…” w Muzeum Okręgowym w Lesznie

CZYTAJ TAKŻE: Triumf średniowiecznych budowniczych – katedra Notre Dame w Paryżu

CZYTAJ TAKŻE: Obrazy ukrzyżowania