fot. Wydawnictwo Poznańskie, okładka, materiały promocyjne

O zwierzętach i ludziach

10 marca do księgarń trafi nowa publikacja Wydawnictwa Poznańskiego pt. „Świnia na sądzie ostatecznym”. Jej autorką jest Maja Iwaszkiewicz. Jak wynika z podtytułu, książka traktuje o sposobach przedstawiania zwierząt w średniowieczu.

Czy rzecz dotycząca tak odległej epoki, jaką jest średniowiecze, może być interesująca dla niespecjalisty, a autorka wszak wprost do szerokiego odbiorcy swoją książkę kieruje?

Średniowiecze w literaturze

W powieści wieki średnie sprawdzają się znakomicie: mamy „Imię róży” Umberto Eco, obrosłe już w komentarze, nie tylko odautorskie. Rozliczne są też bardziej popularnie skrojone opowieści, jak „Filary Ziemi” Kena Folleta, trylogia Luisa Zueco „Miasto”, „Opactwo”, „Zamek”, kolejna trylogia: „Krzyżowcy’ Jana Gillou.

 

Z polskich należałoby wymienić przynajmniej „Krzyżowców” Zofii Kossak, choć czytelnicy byliby pewno oburzeni, gdybym nie wspomniał o Elżbiecie Cherezińskiej.

Jej jednak przypadek, jak i innych pisarzy, to pokusa łączenia historii z fantazją – wyobraźnia odbijająca się od średniowiecznych symboli i obrazów z pewnym lekceważeniem podchodzi do faktów.

Od romantyzmu, Waltera Scotta, Wictora Hugo, epoka ma dobrą prasę, jest chętnie wykorzystywaną scenerią dla mniej i bardziej romantycznych, awanturniczych i fantastycznych historii.

Często też ów kostium ogranicza się tylko do najgrubszych ram wypełnionych wyobrażeniami, powszechnie podzielanymi stereotypami – odzwierciedla renomę epoki w powszechnej świadomości.

 

A renoma ta jest dość marna.

Średniowiecze miałoby być epoką mroczną: pełną przemocy, przesądów, władców bohaterskich, ale i okrutnych, wszechwładzy Kościoła. Scena idealna do akcji pełnej krwi i odwagi, dla bohaterów silnych i niepokornych.

Średniowiecze naprawdę

Ów obraz, tak atrakcyjny dla snucia opowieści, nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Złą opinię o sobie zawdzięcza średniowiecze wielu czynnikom, niemałą rolę odegrali renesansowi oponenci średniowiecznych scholastyków, ale od dłuższego już czasu w badaniach nad średniowieczem jego obraz przybiera inny kształt.

 

Klasyczne są już prace Jacquesa Le Goffa i Georgesa Duby’ego, pokazujące całą złożoność tej długiej, trwającej tysiąc lat, epoki.

W tym czasie Europa stale się przeobrażała. Zmieniały się kształty społeczeństw, obyczaje, wiedza na temat świata, sposoby odczuwania. Wiele zasług przypisywanych sobie przez późniejsze epoki ma swoje początki w tamtym czasie.

Wspomniany wcześniej Jacques Le Goff twierdził nawet, ze średniowiecze jeszcze się nie skończyło, argumentował, że wciąż trwa w wielu uruchomionych wówczas procesach.

Rzeczywistość w istocie swoją złożonością nie ustępowała naszej, a choć miary przykładane do świata i człowieka różniły się zdecydowanie od dzisiejszych, to w przecież i nasze kiedyś mogą zasłużyć na miano zacofanych i ciemnych. Ta wiedza, dla historyka oczywista, wciąż nie znajduje przebicia do społecznej świadomości historycznej.

Cały czas w języku chociażby ciążymy ku obrazowi wieków ciemnych. Mroki średniowiecza to wciąż użyteczny epitet.

Odrzucić stereotypy o średniowieczu

Książka Mai Iwaszkiewicz to próba zmierzenia się ze stereotypami, ograniczenia rozziewu pomiędzy wiedzą historyczną i potocznymi mniemaniami na temat epoki. Zamierza autorka skłonić czytelników do zmiany przeświadczeń i uprzedzeń i zarazić ich swoją miłością do średniowiecza.

Wabi ich zapewnieniem, że po lekturze książki będą mogli błysnąć w towarzystwie, potrafiąc odczytać znaczenie detalu architektonicznego, albo przedstawienia malarskiego. Jako klucz do promowania zmiany opinii o średniowieczu wybrała zwierzęta. To bardzo pomysłowe i pozwala faktycznie pokazać, że warto spojrzeć na dawne czasy w inny sposób.

 

fot. Wydawnictwo Poznańskie, okładka, materiały promocyjne

fot. Wydawnictwo Poznańskie, okładka, materiały promocyjne

Dla nas dzisiaj sposób traktowania zwierząt, relacje z nimi, to problem szeroko dyskutowany. Ścierają się różne postawy, a dyskusje są gorące. Coraz powszechnie jesteśmy skłonni uznawać, że zwierzęta mają swoje prawa i winny być one faktycznie egzekwowane, a nie być tylko martwą literą. Uznajemy, że odczuwają ból, strach, radość i obcując z nimi powinniśmy respektować ich podmiotowość.

Żyjemy w czasie poszukiwaniu nowej formuły relacji ze światem. Dyskusja na temat zwierząt to część większej debaty. Kartezjańska idea biologicznych maszyn wydaje się już przebrzmiała i wzbudza opór, bo pozwoliła instrumentalnie i  okrutnie traktować zwierzęta. Wciąż znajduje swoich obrońców, ale chyba jest w odwrocie. Tak czy inaczej nie sposób być względem tej dyskusji obojętnym.

Odczarować średniowiecze

W przestrzeń dyskusji całkiem świadomie się Maja Iwaszkiewicz włącza. Stara się pokazać średniowiecze, jako epokę, która w wielu swoich przejawach bardzo od nas odległa ma też jednak wiele do zaoferowania, pokazuje inne możliwości myślenia – w tym przypadku o zwierzętach. Wywód nie jest jednak skoncentrowany na współczesności, teraźniejsze debaty są tłem i niekiedy tylko przebijają się na plan pierwszy.

 

Główny zamiar autorki, to przybliżenie, „odczarowanie” średniowiecza. I trzeba przyznać, że czyni to przekonująco i pomysłowo.

Wpierw pozwala wejść w świat wyobrażeń ludzi średniowiecza na temat fauny świata. Czyni zrozumiałym jego dziwny dla nas kształt, pełen dziwnych stworów, fantastycznych i odmiennych od tego, co na ich temat wiemy dzisiaj. Bo przecież w tej odległej przeszłości nie było tak skutecznych, natychmiastowych form komunikacji, możliwości wiernego utrwalenia wizerunku tak, by był niezmienny w reprodukcji.

Opisy często podlegały przeinaczeniom podczas przepisywania – a wszystko dokonywane było ręcznie, więc i o mimowolny, uchodzący uwadze błąd łatwo. Te ograniczenia, że kontur świata był niewyraźny, nieznany, kazały wypełniać go też– bo świat nie znosi próżni – wymyślonymi istotami.

 

A skądinąd, jeśliby ktoś chciał czynić ówczesnym mieszkańcom Europy zarzut z niewiedzy, to zauważa autorka, że i dzisiaj niemało jest wyznawców płaskoziemstwa, ingerencji istot z kosmosu w nasze życie…

Pozwala też autorka dostrzec, że niewiedza owa nie była stanem przyjmowanym po prostu, lecz wskazuje na ciągle ponawiane starania o poszerzenie znajomości świata i uporządkowanie jej.

Najciekawsze może są rozdziały poświęcone wyobrażeniom granic między światem ludzkim i zwierzęcym i konsekwencjom kontrowersji z tym związanych. Te rozdziały w największym stopniu chyba współbrzmią ze współczesnymi dyskusjami. Życie ówczesne zbliżało te dwa światy do siebie bardziej, niż dzisiaj.

 

Zwierzęta, nawet w miastach, były bliższe ludziom: kręciły się obok, pomagały w gospodarstwie.

Stąd, przy dostrzeganiu nie dających się zaprzeczyć podobieństw między ludźmi a zwierzętami, intensywne poodszukiwanie granicy oddzielającej nas od nich. Dziś odległość jest większa, ale koncentracja na tej granicy nie mniejsza. Po dominacji przekonania, że człowiek jest koroną stworzenia i odległy od reszty istot, wracamy jakby do poczucia ambiwalencji. Granica jawi się jako niewyraźna, trzeba się jej przyglądać ponownie z uwagą.

Człowiek i zwierzę

Konsekwencją tej niejednoznaczności jest namysł nad moralnym statusem zwierząt. Tytuł książki sygnalizuje ten właśnie problem – czy zwierzęta mogą dostąpić zbawienia, czy mogą popełnić grzech? To znowu odsyła do jak najbardziej współczesnych projektów etyk uwzględniających zwierzęta, choć nie wyrażających się w języku religii.

 

Przejawem tych dyskusji były rozważania na temat zjadania zwierząt. Choć termin “wegetarianizm” wszedł do użycia dużo później, to rzecz dyskutowana była już wtedy.

A jeszcze inną odsłoną zupełnie odmiennego traktowania zwierząt w średniowieczu, wynikającego z poczucia ich bliskości nam, były wytaczane zwierzętom procesy sądowe. Z całą oprawą – obrońcą, oskarżycielem i suwerenną decyzją sądu, co do winy. Pokazuje to, że jak złożona była relacja dwóch światów i to także bardzo odpowiada stanowi dzisiejszemu świadomości.

Autorka jednocześnie osiąga dwa cele: czyni bardziej zrozumiałym i bliższym dzisiejszej wrażliwości średniowiecze, a przy tym pokazuje użyteczność wiedzy historycznej. Chcąc rozwiązać współczesne problemy winniśmy poszukiwać odpowiedzi nie w wyobraźni jedynie, ale i poza własnym horyzontem – w przeszłości i w odległych od naszego systemach kulturowych. Średniowiecze zdaje się wyczerpywać znamiona obu tych możliwości.

Średniowiecze dla młodego czytelnika

Należy też z uznaniem podkreślić fakt poszukiwania formy odpowiedniej, by młodego czytelnika zachęcić do lektury i zaangażować. Choć mnie wielość wykrzykników, pytań retorycznych i bezpośrednich zwrotów do czytelników nieco utrudniała lekturę, to przypuszczam, że jest właściwa, by skomunikować się z młodym czytelnikiem.

 

A co istotne, w niczym przyjęta strategia nie zakłóca wywodu, w którym merytoryczne kwestie mają przecież pierwszorzędne znaczenie.

Bogactwo ilustracji dodatkowo pozwala zwizualizować przekazywane treści, uczynić je naocznie uchwytnymi. Dołączony na końcu książki quiz, stanowi dopełnienie projektu, jako skierowanego do młodego czytelnika. Pozawala mu sprawdzić, czy na wstępie wyrażona zachęta, może się stać rzeczywistością i czy zyskał wiedzy na tyle by błysnąć nią w towarzystwie.

Autorka w zakończeniu swoich rozważań kieruje do czytelników wezwanie o listy, reakcje na jej starania.

 

Korzystając z okazji spełniam tę prośbę – choć przecież nie jestem zamierzonym odbiorcą jej książki – i chciałbym w jednej kwestii nie zgodzić się z wywodem.

Oto opisując postać Alberta Wielkiego, stara się ona przekonać czytelnika, że późnośredniowiecznych filozofów naturalnych (jak należałoby określać badaczy przyrody owego czasu) można nazwać naukowcami w pełnym tego słowa znaczeniu. Choć sama sprawa jest dyskusyjna i przynajmniej mnie nie przekonuje argumentacja, to w największym stopniu nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, jakoby klasyfikacja zwierząt zaproponowana przez Alberta Wielkiego była prekursorska względem Darwinowskiej teorii ewolucji, jej wczesnym, intuicyjnym przebłyskiem (opatrzonym wprawdzie zastrzeżeniem, że nie chce popełniać błędu anachroniczności).

 

W tych klasyfikacjach istoty przejściowe, jak to ujmuje autorka, zajmują szczególnie istotne miejsce, acz nie dające się odnieść do teorii naukowej.

Po drugie hierarchiczny podział świata zwierzęcego zaproponowany przez Alberta Wielkiego, nie tyle jest zapowiedzią ewolucjonizmu darwinowskiego, co wprost odzwierciedla zgoła filozoficzną ideę o starożytnej proweniencji wielkiego łańcucha bytów.

Nawet jeśli w powierzchownym oglądzie różnica jest nieistotna wręcz, to w rzeczywistości ma ogromne znaczenie i nie pozwala na takie postawienie sprawy, jakie zaproponowała autorka. Podobnie rzecz ma się z całością tego fragmentu – autorka oznajmia, że udowodniła coś, co jest mocno dyskusyjne i dużo bardziej złożone niżby może chciała.

 

Czynię tę uwagę nie by umniejszyć pracę Mai Iwaszkiewicz, ale by zwrócić uwagę na to, co w przypadku zamysłu patronującego jej książce jest najistotniejsze (a przynajmniej takie mi się wydaje): popularyzacji wiedzy.

W przypadku takim, a nie własnych badań i dociekań, winno się odwoływać do twierdzeń podzielanych (przynajmniej zasadniczo) przez społeczność badaczy. To jest punkt odniesienia właściwy dla chcącego poszerzyć swą wiedzę laika. Dyskusja z owymi stanowiącymi pewną oczywistość przekonaniami, ryzykowne hipotezy ją podważające, bądź winny być wyraźnie jako takie sygnalizowane (a nie uznawane za dowodzenie i udowodnione), bądź znaleźć się w tekście innego już rodzaju.

Innymi słowy, jeśli już autorka uznała za stosowne umieścić w książce passus dotyczący jej własnych przypuszczeń, oznajmienie na jego końcu ‘udowodniłam’ przekracza ramy formy, którą wybrała.

 

W tym momencie chyba deklarowana przez nią miłość do średniowiecza i uwielbienie dla Alberta Wielkiego nie pozwoliły jej zachować należytej ostrożności.

Jeżeli popularyzacja nauki, którą uważam za niezmiernie ważną i trudną jednocześnie działalność, ma mieć sens, to tylko z należytym poszanowaniem dla jej odbiorcy, który sam nie ma narzędzi, by zweryfikować wyrażane poglądy i się do nich odnieść.

Dobrze, by ta książka miała szansę dotarcia do szerokiego grona młodych czytelników. I nie wiem, czy na tylnej stornie okładki umieszczone hasło „Co za historia!” ma tylko reklamowy charakter, czy ma być zapowiedzią serii wydawniczej. Taka na pewno by się przydała i Wydawnictwo Poznańskie byłoby dobrym miejscem dla tego rodzaju inicjatywy, bo gwarantuje merytoryczny poziom i wyczuwa chyba, jak do młodego czytelnika dotrzeć.