fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Oskard ugładzony

Dom Kultury „Oskard” właśnie został oddany do użytku po imponującej, gruntowanej przebudowie. Zmieniło się wnętrze, bryła, a nawet zorientowanie w przestrzeni – główne wyjście jest teraz dokładnie po przeciwnej stronie budynku.

Pożegnanie z brutalizmem

Przebudowa ta to nie tylko kwestia architektury, ale także wydarzenie społeczne i świadectwo historycznych przemian. Dom Kultury „Oskard”, jak niegdyś zauważył Filip  Springer, powstał, jak i cały współczesny Konin, dzięki węglowi. Jego brutalistyczna architektura wpisywała się świadomie w modernistyczny i przemysłowy charakter miasta. Budynek był swoisty. Z jednej strony miał ciężką, betonową bryłę, z drugiej strony ten betonowy modernizm „Oskardu” nie przytłaczał. Schowany za pierzeją zabudowań przy Alejach Pierwszego Maja, raczej zaskakiwał tym, że aż tak potężny gmach mógł się tak skrywać.

 

Architektura „Oskardu” wpasowywała się w ideologiczną ramę swego czasu – miał być pałacem, „kościołem” sztuki i kultury, a równocześnie stanowić zerwanie z tradycyjnymi, „reakcyjnymi” jej formami. Betonowa, „połamana” bryła dobrze spełniała to zadanie. Domy kultury w projekcie socjalistycznym odgrywały ważną rolę, stanowiły kościec świeckiego, humanistycznego posłania, jakie chciał on wypełnić.

Stąd też ów konkurencyjny wobec architektury sakralnej pomysł nie był przypadkiem – był wypowiedzią samoświadomej siebie nowoczesności. Dumnej z tego, co udało osiągnąć się dzięki industrializacji, rewolucji społeczno-politycznej i niewstydzącej się wiary w postęp. Stara bryła „Oskardu” z całą pewnością mogłaby zagościć na stronie Soviet Visuals, gdzie kolekcjonowane są pozostałości realnych socjalizmów, czy ucieszyłaby miłośników retrofuturystycznej archeologii modernizmu.

 

Herbata i paluszki

Brutalna bunkrowata pałacowość okazała się też słabością – ciekawa, pokrzywiona bryła była skuteczniejsza jako wypowiedź architektoniczna niż jako użyteczny budynek. Brakowało mniejszych sal, pomieszczeń administracyjnych czy ułatwień architektonicznych dla osób z niepełnosprawnościami, nie wspominając o dziwacznym układzie klatek schodowych. Co więcej, zwarty budynek „zaginał” wokół siebie przestrzeń, zamykał, raczej nie zapraszając z otwartymi ramionami.

 

Dom Kultury "Oskard" w Koninie, fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Dom Kultury “Oskard” w Koninie, fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Ale co paradoksalne, właśnie ów modernistyczny gmach wychował wiele pokoleń konińskiej kontrkultury. Znajdująca się w piwnicy kawiarnia NOT stanowiła przez lata główne miejsce spotkań wszelkiej maści „nieformałów”, gdzie przy piwie, szklance taniej herbaty (i paluszkach!!!) godzinami toczyły się kultowe dyskusje. Owa pielęgnowana „nuda” stanowiła specyficzne doświadczenie generacyjne, z jednej strony pętając brakiem perspektyw, z drugiej zamykając w bezpiecznej bańce stabilnego mikroświata, chronionego mocarnymi betonowymi ścianami. Zamknięte  w trzewiach tej betonowej bryły życie „NOT-wskiej” kontrkultury było zaskakująco kolorowe i intensywne, jak koncert kultowego niegdyś w Koninie zespołu The Flame czy Prowizorka Jazz Band.

Zamknięty i  brutalistyczny „Oskard” może stanowić świetną metaforę nowoczesności (nie tylko tej  PRL-wskiej); pokazuje, jak ważna jest stabilność, ale równocześnie ujawnia jej drugie, bardziej dwuznaczne, zamykające i zniewalające oblicze. Kultowość konińskiej kawiarni NOT to przykład mikrohistorii, która – obawiam się – zaniknie, zanim doczeka się zapisania. „Oskard” utrzymywał ów swoisty klimat późnego PRL-u i czasów transformacji, tworząc specyficzne miejsce spotkań. Łącząc bardzo różne środowiska, często stanowił ważne miejsce na mapie konińskich flaneurów, gdzie można było się zatrzymać podczas POM – powolnego obchodu miasta.

Nostalgia jest jednak złym doradcą w ocenie. Warto pamiętać, że budynek starzał się, niszczał, do tego wczesnokapitalistyczna transformacja domu kultury była problematyczna – od stojącej w holu słynnej i kultowej wypożyczalni kaset wideo po plastikowe okna czy wygrywające melodyjki pisuary. Stara bryła ewidentnie nie wpisywała się już w nowe czasy. Choć gmach pewnie mógłby spodobać się w owym wcieleniu specjalistce od „duchologii polskiej” Oldze Drendzie, przyglądającej się z sympatią zapisom czasu transformacji, jednak dojrzał do remontu i zmiany.

 

Lekkość, otwartość, przepływ

Przebudowany „Oskard” jest ugładzony, stracił na swym brutalnym wyrazie, jednakże wydaje się, że w swej nowej formie lepiej wpisuje się w swą aktualną funkcję – bycia elementem sieci, jednym z trzech  węzłów konińskiego Centrum Kultury i Sztuki. Nowa bryła po przebudowie zyskała na lekkości, szczególnie od frontu, który jak już wspomniałem, jest dziś dokładnie po przeciwnej stronie niż stare wejście. Hol jaśniejszy, z lekkim, drewniano-białym, „skandynawskim” wystrojem i nastrojem, stanowi przeciwieństwo wcześniejszego ciemno-marmurowego klimatu. Budynek znacznie zwiększył swą użyteczność: powiększyła się liczba pomieszczeń dostępnych do zajęć, prelekcji filmowych (oprócz dużej sali kinowo-widowiskowej jest do dyspozycji sala studyjno-kameralna). Budynek ma windy, wjeżdża się do holu głównego z parteru (choć przyznam, że niepokoi mnie obecność dwustopniowego uskoku na całej długości holu).

Nowy „Oskard” (od frontu) zerwał z brutalistyczno-betonową przysadzistą konkretnością. Większa powierzchnia okien, elementy świetlne w nocy zmieniły charakter budynku. Stał się lżejszy, bardziej doświetlony, wydaje się też na pierwszy rzut oka przyjaźniejszy, otwarty i zapraszający. Równocześnie jednak zaskakująco wyraźnie widać, że gmach po przebudowie stał się wyrazem nowego kontekstu społecznego. Po przekształceniu budynek jest bowiem zdekontekstualizowany, zatarła się widoczna we wcześniejszej bryle przemysłowo-modernistyczna deklaracja. Nowy dom kultury, włączony w Centrum Kultury i Sztuki w Koninie, nie jest jak w starszych czasach połączony pępowiną z matką karmicielką, którą była kopalnia. Wpisuje się w bardziej ponadlokalny kontekst, jego wnętrze utraciło z jednej strony dawną swoistość, z drugiej strony stało się bardziej aktualne. „Oskard” włącza się w przemiany, jakim uległ region. Dawny przemysłowy Konin już właściwie nie istnieje, tak jak nie ma modernistycznej przyciężkości, która dawała poczucie stabilności i bezpieczeństwa, ale jednak także uciskała odrobinę swoją betonową nadobecnością.

 

Fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Koniński dom kultury w swym nowym wcieleniu jest bardziej wychylony w stronę ruchu, szybkich spotkań, ponowoczesnego nastroju, w którym to, co stałe, uniosło się w powietrze. W tym sensie przebudowa „uruchomiła” budynek, tworząc potencjalnie szansę na intensywniejsze jego wykorzystanie. Sama stała się też ciekawym faktem kulturowym,  grą pomiędzy obiema bryłami – przed i po remoncie staje się przyczynkiem do dyskusji nad dziedzictwem modernizmu i PRL-owskiej przemysłowej historii Konina.

Nowy budynek odwraca się od przyciężkiej materialności życia. Oszklony front, jasne wnętrza i lekkość aranżacji starają się raczej odciąć kulturę od świata betonu, przemysłu i dosadnej materialności. Ta ostatnia pojawia się na tyłach budynku, gdzie szare betonowe ściany i tylna, administracyjna klatka schodowa nie stanowią już spójnej wypowiedzi  wpisanej w całą bryłę, ale są raczej wstydliwe wyparte.

 

Zmiana czy zerwanie?

Dawny budynek nie tylko się owej materialności nie wstydził, ale może przesadnie (kosztem funkcjonalności i przyjazności) ją hołubił, wpasowując się w ten sposób w przemysłową rzeczywistość Konina. Nowa bryła odrzuca ów kontekst, odcinając się od przeszłości i równocześnie ją wypierając. Ilustruje to Park Rzeźb, który znajduje się przed domem kultury.

 

Dom Kultury "Oskard" w Koninie, fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Fot. archiwum Centrum Kultury i Sztuki w Koninie

Niegdyś rzeźby jako owoce wystaw organizowanych w mieście wpisywać się miały w lokalny kontekst, stanowić naturalne otoczenie, stać się czymś, z czym mieszkańcy obcują, co podkreślał koniński rzeźbiarz i dawny plastyk miejski Joto Giotto Dimitrow. Ta obecność sztuki w przestrzeni miejskiej nawiązywała do postulatów, które sformułowano w czasie Komuny Paryskiej, wskazując, że sztuka i estetyka powinny być dostępne wszystkim.

Zgromadzone na placu artefakty odcinają się nie tylko od dawnej, przemysłowej historii Konina, ale wycofane z dawnego otoczenia, stają się swoistym requiem dla PRL-owskiego programu estetyzacji przestrzeni publicznej.