fot. Dawid Stube

Piszę głównie emocjami i zmysłami

Z Pawłem J. Bąkowskim, slamerem i raperem znanym jako Szegetz, ale też animatorem kultury w Gnieźnie ze Stowarzyszenia Ośla Ławka oraz okazjonalnym aktywistą, rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Jesteś jedną z osób, której odbiorcom kultury i społecznych działań w Gnieźnie przedstawiać nie trzeba. Skąd wzięła się u ciebie chęć dzielenia się twórczością i własnym spojrzeniem na świat z innymi?

Paweł J. Bąkowski: Chyba jednak trzeba, bo zasięgi skromne. A chęć wyrażania i dzielenia się sobą wynika ze mnie jakoś spontanicznie. Wydaje mi się, że mam to zapisane w ustawieniach domyślnych, taki mam sposób bycia w świecie.

 

KKB: Co najbardziej cię ukształtowało jako artystę: młodzieńcze występy w teatrze Dramat i kabarecie Żart u Tomka Kujawskiego, działania z Jarkiem Mixerem Mikołajczykiem, a także w ramach miejskich imprez, współtworzenie Oślej Ławki czy może ostatnie wcielenie poety i slamera oraz rapera Szegetza?

PJB: Trudno mi zestawiać, a tym bardziej hierarchizować te rzeczy. Na pewno Tomek i jego teatr budził mnie, pomagał w poszukiwaniach wrażliwości, uczył estetycznego doświadczania świata i to w dodatku w bardzo ważnym momencie życia – kto był w gimbazie, ten wie. Za to z Mixerem zacząłem działać później i przeżyliśmy razem dużo świetnych i śmiesznych przygód. Robiliśmy autorski i dość oryginalny pomysł na teatr dźwięku z jednej strony, a z drugiej mroczne chałtury po przedszkolach (śmiech).

 

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

Dzięki naszym przedziwnym działaniom trochę się otrzaskałem, nauczyłem swobodniej improwizować, wjeżdżać na pewniaka czy nawet nieco cwaniakować – pomocny sznyt ulicznego grajka.

To było ciekawe zejście ze wzniosłych wyżyn. Okazało się że dobrze czuję się tu na dole, że jest sporo frajdy w bardziej przyziemnych rzeczach, na ulicy, a dla twórcy z „cinżkiego DIY”, działającego w głębokim podziemiu to była mocna szkoła radzenia sobie… prawie wszędzie.

No i myślę, że w Oślej Ławce jest bardzo ważna dla mnie osoba – Alex Freiheit, z którą przez dziesięciolecia naszej znajomości (śmiech) przegadaliśmy, przekłóciliśmy i przerobiliśmy mnóstwo płyt, filmów i książek. Ale też Kuba Dzionek, który zawsze namawiał mnie do samodzielnego działania, pokazywał, że nie muszę czekać na jakiś wymarzony skład, tylko zacząć działać tu i teraz; gadaliśmy z Dzionasem o dobrej muzyce, nauczył mnie wielu technicznych rzeczy o dźwięku.

Trochę mi głupio, że nie wymienię innych osób – słuchanie Bisza i Oskiego z Walerym, spory o horrory z Dorcze i tak dalej. Dużo dobra. No i pewnie Monika Bobako z Pracowni Pytań Granicznych, jeśli zapytałabyś o bardziej teoretyczne rzeczy.

 

KKB: Tymczasem dziś zdajesz się głównie występować jako Szegetz. Powiedz więcej o tym wcieleniu. I dlaczego rap?

PJB: Może dlatego, że nie umiem śpiewać? Bo jednak koniec końców musiałem coś robić z muzyką i cześć. Z rapem zaczęło mi się jeszcze w latach 90., w podstawówce brat przynosił kaseciaki House of Pain, Cypress Hill czy Nasa. Później miałem dłuższą przerwę, nie do końca podobała mi się otoczka, styl, który towarzyszył rapsom, ale zawsze myślałem o pisaniu tekstów.

 

Dla człowieka, który wiecznie wystukuje rytmy na czymkolwiek i od czasu do czasu pisze – rap był dość zrozumiałym wyborem.

 

Tym bardziej, że w pewnym momencie ten gatunek bardzo się otworzył. W kwestii brzmień ogranicza go jedynie wyobraźnia, a równocześnie jest mocno osadzony w rytmie, „beat nadaje mu imię” – to jest świetne i bardzo twórcze połączenie. Nic, tylko nawijać do ciekawych rzeczy.

 

KKB: Twoje kawałki, takie jak choćby „Płomienie”, gdzie między innymi pada takie zdanie: „Jeśli ja nie będę płonąć, jeśli ty nie będziesz płonął, to jakże jasnym stanie się dzień?”, wymykają się prostackim, wulgarnym i egoistycznym nagraniom, jakie nie raz słyszymy z buczących głośników na ulicy. A równocześnie nie są moralitetem czy podbijaniem własnego ego, bliżej im do inteligentnej refleksji i wrażliwości Fisza lub Łony. Jak budujesz swój przekaz i co jest w nim najistotniejsze?

PJB: Ten fragment z „Płomieni” to akurat cytat z wiersza Nazima Hikmeta „Kerem”, potężny tekst. Mój kumpel Marek, który jest turkologiem, pokazał mi go, jak wyjeżdżałem na Erasmusa do Stambułu, i myślę, że jest najlepszym możliwym zakończeniem „Płomieni”.

Hm, a jak buduję swój przekaz? Pojęcie „przekazu” w kontekście polskiego rapu to całkiem kontrowersyjna sprawa, ale wiem, o co ci chodzi. Nie przepadam za intelektualizmem w tekstach czy w sztuce ogólnie. Jeśli jest organiczną pochodną tego, co dzieje się w tekście, to spoko, to oczywiście i jak najbardziej.

 

Ale raczej wolę mistykę, szamanizm, tajemniczą alchemię, magię, która zadziewa się w tekście albo nie.

 

Mój najstarszy numer, który znajdzie się na „Przedświcie”, czyli „Dowody osobiste”, jest dla mnie granicą, trochę za dużo tam encyklopedii, teraz bym tak raczej nie napisał. Polegam na szczerości, nawet jeśli rzecz jest fikcją literacką albo jakąś dziwną kreacją. Myślę, że teksty są dość proste, ale nie prostackie, piszę głównie emocjami i zmysłami. Są obrazy, miejsca, wrażenia, jest gniew, czułość, bezradność. Coś w ten deseń.

 

KKB: Pozostając jeszcze przy twoich rapowych utworach: może wreszcie tego materiału zebrało się na płytę, o której w Gnieźnie krążą już anegdoty? Doczekamy się krążka pod tytułem „Przedświt”?

PJB: Nie no. Nie wiem, co powiedzieć (śmiech). Kawałek „Przedświt”, który pewnie będzie kończył album o tymże tytule, kończy się frazą „czekam na przedświt” i uwierz mi, że nie wiedziałem, że to będzie miało taki metawydźwięk (śmiech). Totalnie na niego czekam, ale idzie jak krew z nosa.

 

Jednak doczekacie się, materiał z tego krążka gram na koncertach od kilku lat, on istnieje.

Teraz zacząłem już pisać teksty na nową płytkę, na „Czarodzieja z księżyca”, która będzie dużo luźniejsza, będzie tam więcej powietrza, więcej zabawy i więcej różnorodności. Piszę też kilka gościnnych zwrotek, chociaż przyznam, że teksty tworzę raczej rzadko i powoli.

 

KKB: Jak ważni w twoich muzycznych i innych działaniach są ludzie? Wszak zawieranie różnych sojuszy jest sztuką, a tobie ta sztuka się udaje.

PJB: Bardzo ważni, ale zależy, o co pytasz. W kontekście przedświtowego albumu czułem się trochę jak kurator. Najpierw na oślep szukałem ludzi do współpracy, szło mi kiepsko i w jakimś momencie, kilka lat temu, Miły podesłał mi linka do takiej grupy na Facebooku i się zaczęło (śmiech). Ludzie wstawiają tam swoje produkcje na sprzedaż. Dużo dobrych rzeczy, więcej średnich i cała reszta.

 

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

No i wtedy właśnie weszła zabawa, pisanie z ludźmi, wymiana inspiracjami, nastrojami i brzmieniami.

Rozkmina, czego chcę, czego szukam – czuję to trochę jak robotę kuratorską, twórcze rozmowy i wspólne poszukiwania. Później jest kwestia współpracy, wiesz, z ludźmi od miksu, masteru, klipów itd. Myślę, że póki co mam szczęście. No i „Elo Gniezno” to pierwszy numer, do którego tak klasycznie, hiphopowo, zaprosiłem ludzi na fita i od razu udało się zebrać świetną drużynę pierścienia. Poza wokalami to na przykład Oscar z Indii nagrał piękny motyw na fletni Pana, Paweł z Warszawy dodał groove na gitarze basowej i tak dalej. Wiara to ludzie i ludzie to wiara (śmiech).

 

KKB: Opowiedz trochę o „Poemacie gnieźnieńskim” i „Elo Gniezno”. Pierwsza rzecz jest bardziej poetycka i poważna, zrobiona niejako na zamówienie, a druga zdaje się artystyczno-towarzyską fuzją, która na luzie opowiada o mieście. Jak powstawały te utwory?

PJB: Właściwie pracowałem nad nimi równolegle. W „Poemacie” cytuję „Elo”, ale ostatecznie eluwina gnieźnieńska wyszła dużo później niż „Poemat”, bo jednak „zatarcie jest piątym elementem hiphopu”. W każdym razie po stworzeniu tych dwóch rzeczy myślę, że jestem z Gnieznem kwita. Względnie. Historia „Elo Gniezno” w skrócie jest taka, że miałem bardzo fajny, luźny podkład do wykorzystania, a numer o mieście wydał mi się dobrym pomysłem.

 

Najpierw zaprosiłem Bjarozę, myślałem o nagraniu z Ananasem i po drodze okazało się, że do kawałka dogra się Atezeciok, z czego bardzo się ucieszyłem, do załogi dołączył jeszcze Wiadrowski i zrobił się prawdziwy gnieźnieński wielogłos.

Do wspomnianego podkładu dogrywałem jeszcze mnóstwo rzeczy, jakieś skrecze, flety, klawisze, krótkie wypowiedzi gnieźnieńskich ludzi – no namęczyłem się z tym wszystkim, aranżowałem ten cały bajzel, ale ostatecznie lubię wracać do tego kawałka.

 

A co do „Poematu”, to zadzwonił do mnie Piotr Wiśniewski z biblioteki, dał wolną rękę i kazał pisać. Do zrealizowania części wideo zaprosiłem Matiego Zubla i chyba nam wyszło. Większość tekstu napisałem we Włoszech, głównie w pociągu, trochę na ulicy z butelką czegoś w ręce, a dźwięk montowałem w fińskim pociągu, jadąc wśród jezior. Ta odległość jakoś dobrze mi robiła przy grzebaniu w sprawach gnieźnieńskich.

 

Do tego jeszcze stworzyłem ambientowe podkłady, trapowe biciory zrobił Patryk Chaos. Są tam fragmenty, które mnie trochę denerwują, są też takie, do których lubię co jakiś czas wrócić i na mnie działają.

Myślę, że odbiór był raczej pozytywny. Dosłownie w jednym miejscu trochę inaczej rozumieliśmy pewną rzecz z Matim, ale dałem mu wolną rękę i nie forsowałem swojej interpretacji. Myślę, że nie są to rzeczy wybitne, ale na pewno dobre.

 

KKB: Cały czas organizujesz i animujesz życie kulturalne w Gnieźnie. Dlaczego podejmujesz takie działania?

PJB: Dorzucam jakoś swoją cegiełkę. Ostatnio trochę skromniej, przyznaję. Trochę się wypaliłem, też przyznaję. Ze swojej branży zrobiłem kilka warsztatów ze spoken wordu i rapu oraz podobnych. Między innymi na warsztatach w Latarni na Wenei poznałem z wokalnej strony Bjarozę, którą zaprosiłem później do kawałka i którą pozdrawiam. Zresztą mam chyba większe osiągnięcia jako „pedagog rapu” (śmiech), jak mnie kiedyś nazwała Ryfa Ri, niż jako raper. Ale spoko, to też jest świetna okazja na bycie z ludźmi.

 

KKB: A jak to wszystko wiąże się z aktywizmem po – nazwijmy to – progresywnej stronie? I czy zgodzisz się z twierdzeniem, że ludzie kultury są bardziej otwarci, krytyczni oraz wrażliwsi na otaczającą ich rzeczywistość?

PJB: Myślę, że coś jest na rzeczy. Oczywiście są ludzie kultury, zarówno twórcy i odbiorcy, którzy mają totalnie inne poglądy niż progresywne czy liberalne. Ale jest coś w tym, że zanurzenie w kulturze dobrze działa na wrażliwość i otwartość, że sprzyja empatycznemu spoglądaniu na innych.

 

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

Paweł J. Bąkowski, fot. Dawid Stube

Szeroko rozumiana kultura może dawać narzędzia do kontestowania rzeczywistości, zastanych struktur. Pomaga też patrzeć indywidualnie na dramat ludzki, ale też autorefleksyjnie – na siebie.

Czasem jednak, a szczególnie w obecnej sytuacji, zastanawiam się nad sensem robienia kultury. Czy moje pisanie, rapowanie ma w ogóle sens, czy powinienem o nim rozmawiać, udostępniać jakieś rzeczy na społecznościówkach? Czy mi wypada?

 

KKB: Czego w takim razie życzyć Szegetzowi i Pawłowi J. Bąkowskiemu?

PJB: Pozbycia się strachu, mówienia z odwagą, wyłączenia blokującej porównywarki z innymi i żeby nie gasła frajda z tworzenia. Ogarnięcia technikaliów. Wnikliwego, ale wspierającego wewnętrznego krytyka. Zewnętrznego też, bo czemu nie. No i żeby ostatecznie wyszło tak, że z tej całej twórczości więcej będzie dobrego, żeby nie szkodziła nikomu, żeby była spoko. No i zdrowia, bo przecież wiadomo.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
10
Świetne
Świetne
3
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
1
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0