fot. Dawid Tatarkiewicz, Dwór w Koszutach

Plastikowy świat na baterie

Koszuty, wieś jakich wiele - można by powiedzieć. Jednak z pewnego względu szczególna. Mieści się w niej dwór, w którym zlokalizowane jest Muzeum Ziemi Średzkiej. Dwór otacza park, a całość tworzy zwartą, harmonijną, po prostu piękną przestrzeń. Kiedy wchodzimy do dworu: harmonia nie kończy się, ale trwa.

Jeszcze do II wojny światowej we dworze toczyło się normalne życie. Wypełniające go obecnie pamiątki oddają charakter życia raptem sprzed stu lat. A zapewne niejeden sprzęt jest przecież dużo starszy. Jednak nie tylko zdobi, ale niejednokrotnie wciąż mógłby jeszcze pełnić funkcję, dla której został stworzony.

 

Sama siedziba dworska powstała kilka wieków temu z materiałów naturalnych, które czerpać można było z okolicy. Jest dąb i modrzew, jest glina i gont. Są również cegły.

Kiedy przyjrzymy się układowi pomieszczeń, odkryjemy w nich myśl. Myśl ludzką, która obok piękna, nadała układowi pomieszczeń cechy funkcjonalności, dziś powiedzielibyśmy: utylitaryzmu albo praktyczności. To samo dotyczy przedmiotów wypełniających dom: począwszy od mebli, skończywszy na bibelotach. Wszystkie mają swój charakter oraz trwałość.

We dworze i wokół niego

Jak to się dzieje, jak to możliwe, że te przedmioty codziennego użytku przetrwały i zdobią dwór do dziś? Tu trzeba sięgnąć do historii życia we dworze, do historii funkcjonowania ludzi jeszcze na początku XX wieku.

 

Dwór w Koszutach, fot. Dawid Tatarkiewicz

Dwór w Koszutach, fot. Dawid Tatarkiewicz

Trzeba powiedzieć, że siedziba ziemiańska była – w sensie jak najszerszym – samowystarczalna.

Gospodarze, wraz ze służbą, oraz chłopi dbali o to, by nie brakowało dóbr naturalnych: uprawianych lub wyhodowanych na własnej ziemi, albo pozyskanych z okolicznych kniei (proszę nie odbierać tych słów jako pochwałę lub aprobatę dla współczesnych polowań). Natomiast do miasta, drodzy Państwo: do miasta – jeździło się rzadko i tylko po to, by zakupić to, czego we dworze nie wytwarzano.

Miejskie sklepy to również nie były ani sieciówki, ani markety. Prowadzili je wysoko wyspecjalizowani sprzedawcy i handlowcy, którzy mieli w rejonie swoją renomę. Kiedy kupiło się towar w takim sklepie – musiał służyć latami, żaden sprzedawca nie pozwoliłby sobie na zapełnianie półek swoich sklepów bublami lub wprost śmieciami. Żaden sprzedawca nie pozwoliłby sobie na zatrudnienie personelu, który nie ma pojęcia o tym, co sprzedaje. W obu przypadkach szybko straciłby zaufanie klientów.

Ludzie, wydając pieniądze na sprzęt im potrzebny (bo tylko taki się kupowało), nie dawali zwieść się reklamom telewizyjnym, bo i telewizji jeszcze nie było. Specjaliści od marketingu i psychologii sprzedaży dopiero raczkowali i próbowali swoich sił w gazetach, ale i tam musieli uważać na to, co mówią.

 

Słowo pisane (i wypowiadane) miało swoją rangę oraz znaczenie…

Skoro już więc państwo z dworu wybierali się do miasta – to po coś, ale nie po byle co. To, proszę Państwa, część naszego dziedzictwa: mamy w historii taki czas, kiedy człowiek żył we względnej harmonii z naturą, szanował ją, bo wiedział, że od jej zasobów zależy.

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

Początek XXI wieku

Natomiast współcześni mieszkańcy miast stosunkowo często o tym zapominają, a zależą od przyrody w tym samym stopniu. Doświadczyliśmy niebywałego postępu (podstępu? – niewinny żart językowy) cywilizacyjnego. I stopniowo zalewającego nas, powszechnego potopu bylejakości. Toniemy w ilości, wołanie o jakość jest melodią przeszłości.

 

Ale, na dłuższą metę, tak funkcjonować się nie da.

Każdy mądry, empatyczny, myślący producent będzie musiał wziąć odpowiedzialność za to, co wytwarza i zrozumieć, że choć zysk ze sprzedaży dziesięciu byle jakich parasoli jest taki sam, co ze sprzedaży jednego jakościowo dobrego, to jednak dla przyrody nie jest obojętne, że zamiast jednego zużytego parasola wyrzucimy dziesięć.

To samo musi zrozumieć konsument i to pewnie jako pierwszy, bo to on reguluje rynek, wybierając towar. A skoro dla przyrody nie jest obojętne, ile śmieci wytworzymy i wyrzucimy, to dla nas również nie.

Gdy cierpi przyroda – cierpimy my.

Gdy człowiekowi wciąż wydaje się, że poznał świat na tyle, że może stworzyć jego sztuczny odpowiednik albo że protezy wymarłych istot żywych wypełnią naszą rzeczywistość bez żadnych konsekwencji dla naturalnych ekosystemów i dla nas, to – przekonujemy się coraz dobitniej – jest człowiek w błędzie.

 

Na taki brak mądrości (zastosowałem eufemizm, by uniknąć słowa głupota) stać paradoksalnie tylko istoty inteligentne, za które się uważamy.

Masowość bylejakości wkradła się w nasze życie. Przechodzi na nasze postawy. Wydaje nam się, że nic nie możemy z tym zrobić, usprawiedliwiamy się, że wszyscy tak postępują, widzimy, że tak żyło się na Zachodzie, a my – po nie tak odległym jeszcze doświadczeniu komunizmu – wszystko, co stamtąd, uważaliśmy za świętość.

 

Dwór w Koszutach, fot. Dawid Tatarkiewicz

Dwór w Koszutach, fot. Dawid Tatarkiewicz

Stopniowo wychodzimy z błędu. I myślimy: może to my powinniśmy stać się wzorem?

Może czas już ocknąć się, póki przyroda jeszcze nie została zaduszona (czytaj: nie zadusiliśmy się)? Może to z niej zrobić dobro narodowe? Ruszmy głową i ruszmy się, póki nie jest za późno. Roztoczmy parasol ochronny, niekoniecznie formalny, ale taki w naszym życiu codziennym, nad światem przyrody, bo ochrona przyrody, ochrona środowiska – powtarzam się do znudzenia, ale warto – to ochrona nas samych.

Plastik

Dwór w Koszutach, dziedzictwo przeszłości. Miniony czas odmierzały w nim zegary mechaniczne. Sprężynowe mechanizmy były zupełnie niezależne od zewnętrznych źródeł zasilania (baterii, akumulatorów). I znamienna rzecz: w całym domu nie zauważyłem ani jednego plastikowego elementu – z wyjątkiem współczesnego oznakowania dróg ewakuacyjnych.

 

A my? Tak, proszę Państwa: Żyjemy w plastikowym świecie na baterie.

Podziel się kulturą!