fot. Mariusz Forecki

Plecak i literatura

„Nie wystarczy pojechać w nieoczywiste miejsce, przeżyć coś ciekawego i od razu przelać te doświadczenia na papier. Zwyczajni włóczędzy często jadą na oślep, wyznaczając sobie jedynie cel geograficzny” – mówi Dominik Szmajda, podróżnik i współwłaściciel poznańskiego wydawnictwa Sorus.

KUBA WOJTASZCZYK: Proszę opowiedzieć o początkach wydawnictwa Sorus.

DOMINIK SZMAJDA: Wydawnictwo istnieje od 1991 roku. Założył je mój ojciec – Piotr Szmajda. Ponieważ wywodził się ze środowiska naukowego, firma też miała taki charakter. Ojciec jest botanikiem, ale nie ograniczał się tylko do swojej dziedziny i wiele książek wydawał we współpracy z Poznańskim Towarzystwem Przyjaciół Nauk.

 

Zna pan pierwszy tytuł, który został wydany przez Sorus?

Nie jestem pewien, ale chyba była to książka „Żydzi w Warszawie” Mariana Fuksa.

 

Wydawnictwo ewoluowało, prawda?

Do wydawnictwa dołączyła moja mama, Terasa Szmajda. Wtedy rodzice wydali książkę poznańskiego podróżnika – Kazimierza Nowaka „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, przygotowaną przez Łukasza Wierzbickiego. Zanim się to jednak wydarzyło, Łukasz trafił do nas jako do bodaj siódmego wydawnictwa z rzędu. Wszystkie poprzednie nie były zainteresowane książką. Mama zachwyciła się językiem Nowaka i jego historią. To ona przekonała ojca, aby tę pozycję wydać – „Rowerem i pieszo…” ukazała się w niewielkim nakładzie 1000 egzemplarzy.

 

Natychmiastowy hit?

Nie! Przez sześć lat sprzedało się bodaj 600 sztuk. Przełom nastąpił w momencie, kiedy książka trafiła w ręce Ryszarda Kapuścińskiego. To było pod koniec jego życia, w 2005 roku. Reportażysta napisał do naszej redakcji list pełen entuzjazmu, zachwytu dla nowo odkrytej, także przez niego, postaci. Ten list zresztą wydrukowaliśmy w kolejnym wydaniu książki Nowaka.

 

Uznanie Kapuścińskiego zbiegło się też z tym, że inny poznański podróżnik, Maciej Pastwa, ufundował tablicę Kazimierzowi Nowakowi, zainspirowany jego książką.

Kazimierz Nowak, „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, oprac. Łukasz Wierzbicki, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2000

Ryszard Kapuściński zgodził się przyjechać i tę tablicę odsłonić. Wtedy bomba wybuchła! W tamtym czasie Kapuściński był człowiekiem już bardzo zajętym, niedostępnym, a także schorowanym, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. Mimo to przyjechał do Poznania i wszyscy zaczęli pytać: „Kto to jest ten Kazimierz Nowak?”.

 

Wydawnictwo przeżyło swój rozkwit?

Nie tylko znacznie zwiększyło się zainteresowanie „Rowerem i pieszo…”, ale też udało nam się dotrzeć do rodziny Kazimierza Nowaka, co do tamtej pory Łukasz Wierzbicki bezskutecznie usiłował zrobić. Dzięki temu otrzymaliśmy nowe materiały, które trafiły do trzeciego wydania, poszerzonego zarówno o teksty, jak i o ilustracje. Książka sprzedała się w nakładzie 40 000 egzemplarzy. Był to strzał, który pociągnął za sobą tematykę podróżniczą. Jest to bardzo bliska mi działka, dlatego też wtedy, w 2007 roku, zacząłem współpracować z rodzicami i zająłem się drugą nogą Sorusa.

 

Kto był kolejnym autorem?

 
Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

Mostem między tematyką naukową a podróżniczą była znajomość ojca z poznańskim naukowcem i podróżnikiem Remigiuszem Mielcarkiem, który, jak na lata 90., był postacią niezwykłą.

Dzisiaj podróżowanie jest o wiele łatwiejsze, nasz paszport znaczy o wiele więcej niż kiedyś, natomiast ten człowiek – właśnie w latach 90. – odbywał liczne podróże dookoła świata i miał pomysł, aby pisać przewodniki. Ojciec je wydawał, choć były to pozycje bardzo niszowe, bo dotyczyły takich miejsc jak np. Dżakarta [śmiech]. Siłą rzeczy nabywców nie było zbyt wielu. Niemniej sporo tych książeczek wyszło. Stopniowo pojawiali się inni autorzy zainspirowani zwłaszcza Kazimierzem Nowakiem.

 

Dołączył pan do wydawnictwa, ponieważ sam jest podróżnikiem czy może dlatego, by kultywować rodzinną tradycję?

Myślę, że ten drugi czynnik ma zdecydowanie większe znaczenie, tym bardziej że firmę prowadzę razem z bratem Mirosławem; rodzice są już na emeryturze. Na pewno bez pierwszego czynnika, podróżowania, nie byłbym jednak tak zaangażowany i byłoby mi trudniej. Znam środowisko podróżnicze, dzięki czemu udaje mi się pozyskiwać ciekawych autorów. Chociaż trzeba tutaj dopowiedzieć ważną rzecz: obecnie większość tytułów wydajemy usługowo, w takiej formule, że autor pokrywa wszystkie lub większość kosztów wydawniczych, a my zajmujemy się po prostu całą resztą…

Skąd ta decyzja o zmianie formuły wydawniczej na self-publishing?

Pojawił się popyt na tego typu usługi, a sam handel książką nie przynosił spodziewanych zysków. To było takie rozwiązanie na spinanie finansowo firmy. Raczej konieczność niż dobrze przemyślany plan. Usługowe wydawanie książek, nie tylko podróżniczych, jest naszą główną częścią działalności.

 

Czy zdarza się jeszcze, że wydają państwo książki własnym sumptem?

Tak, wydaliśmy „Polska Kazimierza Nowaka. Przewodnik Rowerzysty”, pierwszą biograficzną książkę o Kazimierzu Nowaku, którą napisał Jacek Łuczak we współpracy z moją mamą. Książka ma formę przewodnika, opowiada zarówno o Nowaku, jak i o miejscach w przedwojennej Polsce, z którymi był związany.

 

Co jest takiego w postaci Kazimierza Nowaka, że jest tak silnie obecna w wydawnictwie?

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

Dostrzegamy, jak Nowak dzięki swojej książce „Rowerem i pieszo…” inspiruje coraz to nowych ludzi nie tylko ze środowiska rowerowego i podróżniczego. Był świetnym talentem pisarskim, choć nie miał nawet matury. Czytając, można się w tym piórze zakochać.

 

Posiadamy niezwykły dokument w postaci listów Nowaka do żony, które pisał przez wszystkie lata swojej pięcioletniej wędrówki.

Długo zastanawialiśmy się, jak je wydać, bo to, że chcemy, wiedzieliśmy od początku. Mieliśmy jednak spory dylemat, bo co innego przygotowany przez autora tekst do publikacji, a co innego dokument, którego autor nie przewidywał, że zostanie wydany.

Kładąc na szali, po jednej stronie zastrzeżenia etyczne, a po drugiej niezwykłość tych listów, niestawiających zresztą Nowaka w niekorzystnym świetle, postanowiliśmy wydać je wszystkie. Na razie ukazały się trzy tomy. Jest to mimo wszystko rzecz niszowa, aczkolwiek od wielu miesięcy czytelnicy dopytują o to, kiedy ukaże się czwarty, ostatni tom. Niestety – kolokwialnie mówiąc – publikacja nie spina nam się finansowo, więc być może znajdziemy jakieś zewnętrzne finansowanie.

 

Czy zaczął pan podróżować dzięki Nowakowi?

Dominik Szmajda, „Rower góral i na Ural. Dziennik z wyprawy na Ural Polarny”, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2016

Podróżniczego bakcyla złapałem na długo przed przeczytaniem książki Nowaka, podczas backpackerskiej wędrówki po Azji. Afryka mnie specjalnie nie pociągała, choć miałem doświadczenia z dzieciństwa silnie z nią związane.

W latach 80. razem z rodzicami mieszkałem kilka lat w Algierii, gdzie ojciec pracował na kontrakcie na uniwersytecie.

 

Książka Nowaka rozpaliła jednak we mnie zainteresowanie Czarnym Lądem i w 2008 roku udałem się tam w rowerową podróż.

Ruszyłem do francuskojęzycznej części Afryki, ponieważ znałem ten język z dzieciństwa. Wracałem tam wielokrotnie, niegdyś na rowerze, a teraz podróżuję na piechotę i poznaję afrykańskie lasy deszczowe.

Jednak książkę napisał pan o zupełnie innej części świata…

W przerwie od podróży po Afryce pojechałem z rowerem na Ural Polarny – do Północnej Rosji. Po tej wyprawie napisałem książkę w formie dziennika z wyprawy „Rower góral i na Ural”. Jest to mój mały wkład w literaturę podróżniczą naszego wydawnictwa…

 

Projekt podróżniczy otrzymał wiele nagród, natomiast książka została wyróżniona przez redakcję „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”. Planuje pan napisać kolejną pozycję?

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

Z pewnością. Ale jeszcze nie w pełni zrealizowałem swoje wszystkie projekty podróżnicze, by mieć wyczerpujący materiał na taką książkę. Jak wspomniałem, wracam często do rejonów afrykańskich lasów deszczowych. Te moje wyprawy, a było ich na razie cztery, udają się raz lepiej, raz gorzej, bo są to specyficzne i bardzo trudne przedsięwzięcia. Czuję przez to ciągle pewien niedosyt. Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się zebrać wystarczająco dużo doświadczeń i osiągnąć cele, które sobie wyznaczyłem, żeby powstała z tego sensowna publikacja.

 

Co jeszcze trzeba zrobić, aby powstała dobra książka podróżnicza?

Nie wystarczy, że człowiek pojedzie w nieoczywiste miejsce, przeżyje coś ciekawego i od razu przeleje te doświadczenia na papier. Choć bardzo często taki mechanizm można zaobserwować u podróżników, podobnie też było z moją pierwszą książką. Myślę, że trzeba być samokrytycznym, dużo czytać i szukać inspiracji u innych. Sam czytam dużo literatury podróżniczej, więc też mam coraz więcej pokory wobec własnego pisania, dlatego też tak szybko moja nowa książka nie powstanie.

 

Czy wydawanie książek w pewien sposób jest dla podróżników przedłużeniem samego podróżowania?

Remigiusz Mielcarek, „Bangkok. Przewodnik obieżyświata. Co?, gdzie?, za ile?”, Wydawnictwo Sorus, Poznań 1997

Autorów książek podróżniczych można podzielić na dwie grupy – mniejszą, która pisze bardzo dobrze i nie ma z nimi większego problemu, i większą, która nie ma na tyle dobrego warsztatu, żeby samodzielnie poradzić sobie z napisaniem książki.

 

Pozycja podróżnicza ma jednak tę zaletę, że nie musi być napisana przez literata, aby historia w niej zawarta była ciekawa i cieszyła się dużym zainteresowaniem.

Dlatego Sorus próbuje pomóc autorom, jak tylko może, w kwestiach warsztatowych. Proponujemy solidną redakcję, korektę, a niekiedy jawny ghostwriting; w taki sposób wydaliśmy książkę Michała Kozoka z jego wyprawy przez Amerykę Południową. Autor był świadomy, że jego pióro nie jest jakieś szczególne, ale sama wyprawa była wyjątkowa i fantastyczna. Namówiłem go do współpracy z Piotrem Tomzą, który jest dziennikarzem i pisarzem. Tak powstała książka „Siłami natury, czyli bez silnika przez Amerykę Południową”, w której Tomza jest wymieniony na stronie tytułowej.

 

W takim razie jakie są niedostatki literackie początkujących literatów-podróżników?

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

W największym skrócie: ludzie chcą pisać o sobie, o swoich przeżyciach, nie są jednak na tyle oczytani, żeby zdawać sobie sprawę, że nie jest to oryginalne.

Aby książka była interesująca dla szerszego grona czytelników, to podróż w sensie jej chronologicznego przebiegu nie powinna być głównym tematem, a co najwyżej pretekstem. „A jeśli nie sama podróż, to co?” – pytają mnie podróżnicy. I tu pojawia się problem celu samej podróży.

Rasowi reporterzy, wyruszając w świat, mają już jakąś wizję tego, czego chcą się dowiedzieć, poznać, przygotowują się do tego, zbierają materiały, czytają. A tak zwani zwyczajni włóczędzy jadą w jakimś sensie na oślep, wyznaczając sobie jedynie cel geograficzny w nadziei, że po drodze coś ciekawego się im przydarzy. Dlatego jest im trudniej stworzyć opowieść, która będzie miała ciekawą konstrukcję, ze wstępem, rozwinięciem, punktem kulminacyjnym itd. Wyjątki stanowią przedsięwzięcia o charakterze wypraw wyczynowych, np. w wysokie góry. Tu sam przebieg wyprawy, opisany w najprostszej formie dziennika, może być zupełnie wystarczający.

 

Wróćmy do samego procesu wydawniczego. Jak z punktu widzenia Sorusa wygląda rynek wydawniczy?

Z naszej perspektywy, niewielkiego wydawcy, z gruntu mamy bardzo słabą pozycję wobec dystrybutorów, którzy dyktują warunki. My możemy tylko ustalać ceny detaliczne na takim poziomie, aby otrzymać 50 procent ceny okładkowej, którymi musimy podzielić się z autorem, opłacić druk i jeszcze coś na tym zarobić.

Aby było uzasadnienie do wydawania własnych książek, musiałyby to być nakłady kilkutysięczne, a takich nie udaje się nam uzyskać. Jest to bardzo trudne, jeżeli nie mamy odpowiedniego potencjału promocyjnego. To wszystko wiąże się z naszą pozycją wśród dystrybutorów i…

 

…koło się zamyka.

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

Tak. Na szczęście autorzy coraz częściej zdają sobie sprawę, że nie wystarczą tylko kanały dystrybucji, by książka się sprzedawała. My takie kanały mamy. Nasze książki trafiają do Empiku, o co zresztą autorzy głównie pytają. Natomiast, co wpływa na sprzedaż, tego już nie wiedzą. Dlatego otwarcie mówię, że jeśli autor oczekuje od wydawcy, że ten pomoże mu w promocji, tym bardziej jeśli jest to debiutant, to najczęściej się przeliczy.

Obecnie, jeśli debiutanci wydają książkę i robią to z sukcesem, to nad działaniami promocyjnymi pracują sami. Nikt inny nie jest w stanie tak zaangażować się w promowanie nieznanego autora jak sam autor. Nikt nie ma tyle czasu, tyle pasji i chęci, aby ryzykować. Bo promocja debiutanta to wielkie ryzyko.

Niektórzy wydawcy proponują różnorakie pakiety marketingowe, czyli np. pozyskiwanie recenzji u blogerów. Sami zrezygnowaliśmy z takich działań, bo ich skuteczność jest ograniczona i jedynie rozbudza nadzieje u niedoświadczonych autorów. A także drenuje ich kieszenie. Lepiej podsunąć im artykuły selfpublisherów, którym udało się osiągnąć sukces i którzy chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami na blogach – to najlepsze źródło wiedzy o działaniach promocyjnych.

My natomiast proponujemy autorom usługę profesjonalnej recenzji, w której profesjonalista z danej dziedziny czyta nadesłany tekst i krytycznie, acz rzetelnie odnosi się do niego. Dzięki temu autor dowie się, jaką faktycznie wartość ma jego dzieło i z tą wiedzą może mu pomóc na różne sposoby. Bo prawda jest taka, że tzw. usługowi wydawcy rzadko czytają nadsyłane teksty i zapoznają się z nimi dopiero na etapie korekty.

 

Mam taki zwyczaj, że na koniec rozmowy z wydawcami, pytam ich o ostatnie lektury. Proszę zdradzić, co pan teraz czyta?

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus

Dominik Szmajda, redaktor naczelny wydawnictwa Sorus. Fot. Mariusz Forecki

Z Festiwalu Kolosy w Gdyni wróciłem z książką „Krok po kroku. Z Ziemi Ognistej na Alaskę” Michała Worocha. Wydana przez samego autora. Michał, osoba jeżdżąca na wózku, razem ze swoim przyjacielem Maciejem Kamińskim, również poruszającym się na wózku, kupili samochód terenowy i przez rok przejechali nim obie Ameryki. Podróżowali tylko we dwóch, bez innych osób, które mogłyby im pomóc. Za tę wyprawę otrzymali Kolosa w kategorii „Wyczyn roku”. Dopiero zacząłem czytać, ale już po kilkunastu stronach mnie wciągnęła.

DOMINIK SZMAJDA – żyje i pracuje w Poznaniu. Od lat inspiruje go postać Kazimierza Nowaka, któremu zawdzięcza swoje zainteresowanie podróżami rowerowymi. Ostatnio jednak zdradził rower i (s)pływa lub wędruje. Najczęściej po afrykańskich lasach deszczowych. Na co dzień współtworzy Wydawnictwo Sorus. Organizuje komercyjne wyprawy w miejsca, które są mu bliskie. Działa też społecznie, prowadząc Fundację im. Kazimierza Nowaka.

CZYTAJ TAKŻE: Zarażać książką. Rozmowa z Jolantą Maćkowiak-Piasecką

CZYTAJ TAKŻE: Od Puszczy do „Puszczy”. Tropem zimy

CZYTAJ TAKŻE: Zwieramy szyki. Rozmowa z Mateuszem Sulwińskim