fot. Olga Urban

Pływając sobie

Minęły wakacje. Teatry niemal nie grały, twórcy zbierali siły i pomysły na kolejny sezon – nadal w niepewności, co będzie dalej?

Czy kolejna już fala pandemii znów spowoduje zamknięcie teatrów? A może będą mogły one normalnie pracować, wstęp rezerwując jedynie dla zaszczepionych? Mimo wakacji ludzie teatru najwyraźniej nie potrafili nie myśleć o teatrze – fora jemu poświęcone pełne były postów, komentarzy, opinii, wspomnień i pytań.

Do kogo należy teatr?

Na jednym z nich natknęłam się na pytanie dyrektora teatru o to, jaką cenę powinny mieć bilety na spektakle. Nie wiem, czy był to rodzaj społecznych konsultacji, czy próba zwrócenia uwagi na różnice w cenach między poszczególnymi teatrami?

 

Problem wydaje się dość poważny – jak pogodzić rozmaite czynniki mające swój udział w tym, za ile złotych widz kupi sobie bilet.

Problem pieniędzy zawsze wiąże się z tematem posiadania i prawa własności. Tak też – sprowokowana, czy wzbudzona do rozważań na temat cen biletów – postanowiłam na spokojnie to przemyśleć. Ponieważ jednak „adehadeowcom” kiepsko idzie leżenie w trawie, rzuciłam się z moimi myślami w jezioro, korzystając z – być może jednego ostatnich w tym roku – ciepłego dnia.

Ciało zajęte rytmicznym działaniem daje głowie spokojnie zajmować się swobodnymi rozważaniami. Mój mózg jednak, niczym konik polny, wykonał niespodziewany skok i nagle zaczęłam myśleć nie tyle o ekonomicznym aspekcie kwestii oglądania spektakli, ale o sprawie bardziej ogólnej – do kogo należy teatr? Taki zwykły, normalny teatr publiczny, w jakimkolwiek mieście.

No więc, do kogo…

Najczęściej i najoczywiściej sprawę rozwiązuje się prosto – teatr należy do tego, kto daje na niego pieniądze. Pieniądze płyną (a może raczej kapią?) od organu założycielskiego – instytucji samorządowej, której konkretny teatr podlega.

 

(Jaka przepiękna przezroczysta woda – tak głęboko, a nadal widzę każdy kamień na dnie).

 

No dobrze, ale ów organ „swoje” pieniądze uzyskuje między innymi z podatków – jest więc raczej kimś w rodzaju pośrednika. Jak duże prawa może rościć sobie pośrednik? O ilu sprawach może decydować? Czy pośrednik – z racji posiadania nie swoich pieniędzy – ma prawo mieć decydujący wpływ na to, jak będzie wyglądał teatr? Czy jest on bardziej samorządowy, czy jednak raczej publiczny?

 

Samorząd – jak wiadomo – to zwykle jakaś konkretna opcja polityczna (nawet gdy przedstawia się jako bezpartyjna).

Czy instytucja teatru jest więc takim samym łupem, jak inne łupy wyborcze? Zdobyliśmy, utrzymujemy, więc to nasze? Bo ze swoim można zrobić co się chce – nawet zniszczyć. Z własnością można zrobić wszystko – bo kto ma prawo zabronić?

Oczywiście w teorii istnieją przepisy, które raczej nie zakładają możliwości zniszczenia przez właściciela (czy może raczej chwilowego dysponenta?) własności. Historie z ostatnich lat wskazują jednak, że czasem wśród „organów” dominuje myślenie „moje, więc zrobię z tym co zechcę”, bez oglądania się na konsekwencje (które i tak głównie dotykają teatrów).

 

(Ups, zapędziłam się. Z powrotem w stronę brzegu.)

 

No, dobrze – w praktyce to „organ” ma plenipotencje (i pieniądze), dzięki temu obsadza dyrektora – który odpowiada przed „organem”, ale ma prawo (albo i obowiązek) realizować program, dzięki któremu wygrał. No i musi rozliczać się z „organem”, z tego ile pieniędzy udało mu się „odzyskać” dzięki biletom, czyli uzyskać je od widzów. I tu mamy kolejny element – widz płaci, czyli może wymagać?

 

(O! Jaki duży ptak mnie obserwuje. Dla bezpieczeństwa skręcę.)

 

Zawsze może nie płacić – po prostu nie kupować biletów. Ale, ale – czy jednak kwestię, do kogo należy teatr, można sprowadzać wyłącznie do pieniędzy?

Bardziej duch, czy materia?

No właśnie, przecież przyjęło się, że teatr to bardziej dziedzina ducha, niż materii (o materializmie nie wspominając). Czy więc wszystko można sprowadzić do pieniędzy – nie podoba ci się widzu, co tu w teatrze robimy, to po prostu do nas nie przychodź? Przecież taki dyrektor dopiero co przyszedł do tego budynku, do tej instytucji, zespołu a niektórzy widzowie przychodzą już kilka-kilkadziesiąt lat. Mówią o teatrze: „nasz teatr” i co? Tak nagle mają przestać identyfikować z tym, co było oswojone przez tyle lat, z miejscem, gdzie czuli się „u siebie”?

 

(Muszę się odwrócić, zaraz sobie plecy spiekę. Zamoczyć włosy, czy nie?).

 

To właśnie oni tu są – towarzyszyli teatrowi jaki był przez lata, wspierali uwielbieniem dla tego konkretnego zespołu (jakkolwiek nie prezentowałby się on w porównaniu z innymi). Kto ma prawo im to odbierać?

 

Przecież „organ” dysponuje pieniędzmi między innymi z ich podatków. Znów ten argument finansowy, a miało nie być o materializmie…

Z kolejnej jednak strony, co zrobić jeśli teatr taki, jaki znali przez dziesięciolecia, jest trochę passé? Pozostawić ich w tym zadowoleniu, czy jednak próbować coś zmienić? Bo przecież skoro „organ” przekazujący pieniądze zdecydował się na zmianę kierownictwa (a prawo do tego dają mu przepisy), to może chciał też coś zmienić.

Samorząd reprezentuje mieszkańców – obywateli, więc jako ich przedstawiciel ma prawo odmienić oblicze ich ziemi, w tym teatru.

Z drugiej strony, czy teatr up to date jest jedynym sposobem na robienie dobrego teatru?

 

(Ale ten facet zasuwa, jakby trenował na olimpiadę. Zwolnię bo zaraz na siebie wpadniemy.)

 

Tylko co, jeśli akurat tę zmianę mieszkańcy-widzowie odrzucą. Przestaną przychodzić, kupować bilety – to raz, a teatr bez widza jest bez sensu, dwa: „organ” się będzie czepiał, że frekwencja spadła i przychody małe.

 

(Dzień dobry! – Kurcze, jakie to miłe, tak sobie mówić „dzień dobry” na środku jeziora. A ja głupia podejrzewałam, że facet mnie staranuje.)

 

Są przecież jeszcze wszyscy nieartystyczni pracownicy teatru, którzy najczęściej są najbardziej zasiedziałą grupą – znają ten konkretny teatr długo, teatr to ich miejsce pracy.

 

Dyrektorzy, aktorzy, reżyserzy przychodzą i odchodzą, a oni zostają.

Może dzięki długiemu trwaniu, to oni mogliby rościć sobie największe prawo do teatru? Mają najmniejszy wpływ na to, co teatr gra, a przecież to oni zapewniają mu ciągłość instytucjonalną i znają go lepiej, niż ktokolwiek inny.

Wychodzę…

Dobrze, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę aktorów – to przecież oni są twarzami teatru i nierzadko pracują w nim dłużej, niż jakikolwiek dyrektor. Teoretycznie znają widownię, wiedzą, co się w takim mieście podoba, co ludzie lubią w teatrze.

 

(Jakie piękne widoki na okolicę są z dala od brzegu. Tak tu ślicznie.)

 

Teatr to także dla nich miejsce zarabiania na życie – pracują długo nad spektaklem, który się nie podoba, więc mało będzie grany, a oni nie będą zarabiać.

 

W którą stronę by się nie odwrócić, kończy się na pieniądzach.

Poza tym aktorzy są artystami, mają prawo się rozwijać, mogą więc domagać się współpracy z takimi twórcami, którzy im ten rozwój umożliwią. Tylko że rzadko są oni bardzo spójną grupą – estetycznie, światopoglądowo. Wiadomo – artyści to indywidualiści. To, czego chce część, może nie odpowiadać innej części…

Czy w swoim dążeniu do rozwoju artystycznego powinni brać pod uwagę także to, co nazywa się gustem widowni, bo inaczej można mieć „teatr zdradzonego przymierza”? Jak to wszystko pogodzić?

 

(Wychodzę. Miałam się relaksować, a tu głowa ciągle w pracy i kombinuje. A może jeszcze popływam? Tylko już ani jednej myśli o teatrze.)

 

Taki dyrektor teatru to ma przerąbane, on chyba cały czas musi się nad tym zastanawiać.

 

(Wychodź, bo Cię te myśli zadręczą.)