fot. Ewelina Krupska

„pocałować się w Polskę”

Czas zamknięcia, a przynajmniej znacznego ograniczenia aktywności i migracji, to dobry moment na małe i duże rachunki sumienia. Debiutancki tom Patrycji Sikory pt. „Instrukcja dla ludzi nie stąd” gorzko w tym rozliczeniu może nam pomóc. O potencjale wybuchowym wiersza i problemach z wolnością - z poetką rozmawia Agnieszka Budnik.

AB: Pomimo tego, że „Instrukcja dla ludzi nie stąd” to twój debiut książkowy, na scenie poetyckiej i performatywnej jesteś obecna już od dłuższego czasu. Czy książka to naturalne zebranie doświadczeń slamu [slam – poetycki turniej improwizowany – przyp. red.], czy może zupełnie coś innego, odrębnego?

Patrycja Sikora: I tak, i nie. Kiedyś pojęcie slamu zamykało się dla mnie w Jasiu Kapeli, Uczcie Grudniowej i hasztagu #teamsłowacki – to był początek inspirowany tym, co można znaleźć na YouTubie; poezja z kolei wyłącznie w Yonie Wallach i nurtach mistycznych w islamie, szczególnie w Rumim.

Na scenie performatywnej debiutowałam ponad dwa lata temu w Łodzi, w klubie Żarty Żartami. Nie jestem Adamem Kaczanowskim, nawet nie mam śmiałości do bycia nim pretendować, ale nie najgorzej czuję się w dusznych przestrzeniach, konfrontując rzeczy ze swojej głowy z ludźmi, których nie znam, a którzy te rzeczy aprobują.

 

Na slamach prezentuję zazwyczaj te brzydkie, gorzkie i smutne fragmenty; ropę.

Mój idiom poetycki ukształtowała i wciąż kształtuje samotność w tłumie, niezgoda wobec bierności społeczno-politycznej i Bliski Wschód, natomiast slam pozwolił mi na artykułowanie tej wewnętrznej dysharmonii.

 

kolaż autorstwa Eweliny Krupskiej

kolaż autorstwa Eweliny Krupskiej

Proponuję drobne ćwiczenie wyobraźni: spacer małych kaczek z matką – slam jest tą ostatnią kaczuszką w rządku, za którą matka ogląda się z troską.

W książce jest kilka wyraźnych powidoków slamu, ale tom jest zdecydowanie czymś odrębnym i mocno ewoluował od czasu scenicznych występów. Wzięłam się z krawędzi, ścierania śliny z policzków, nierówności, głodu, marszów, Hebronu, migracji, sclerosis multiplex i sznurów modlitewnych. Zawsze tam będę.

 

 

marina abramović leży w trawie i patrzy

jeszcze nie wpadliśmy na to, jak skomponować przestrzeń,

która nie skurczy się zbyt szybko

do ostatniego człowieka.

na jego żywot święty wołanie,

że jakaś kobieta z belgradu wycięła sobie gwiazdę na brzuchu,

że dziecko zabiła, bo go nie chciała, że zwariowała

cała ziemia, a w niebie nikt nie mieszka.

za chwilę będzie już po wszystkim,

nie wyjdziemy z tego cało.

(„Instrukcja dla ludzi nie stąd”, WBPiCAK 2020)

 

 

AB: Ale nie tylko doświadczenie performerskie odbija się w książce. Widać w niej mocno bieżące lektury, wrażliwość ekopoetycką Małgosi Lebdy i czułość na krzywdę Szczepana Kopyta, który jest też redaktorem twojej książki. Czy czujesz jakąkolwiek łączność pokoleniową, programową? Co w ogóle sądzisz o kategorii pokolenia? Czy jest nam dzisiaj nadal potrzebna? Czy w jakiś sposób pomaga organizować i rozumieć świat?

PS: Pokolenie? Jest taki skecz kabaretu Hrabi pt. „Egzamin” i ja nim jestem – wystawiam się na oblanie egzaminu, bo przynależność pokoleniowa to dla mnie data urodzenia lub akt zgonu. Nie czuję jej inaczej niż w zapisie metrycznym.

 

Oczywiście nie kwestionuję programów, manifestów, definicji, ale skóra różni się od skaju – piszę zgodnie z ramówką, którą sobie wymyśliłam. Siedzę i diagnozuję, wypisuję receptę na kilka sesji jogi nidry i techno, żeby na chwilę zapomnieć.

Urodziłam się w 1989 roku. Atmosfera ówczesnych zmian politycznych dotknęła z pewnością Różyckiego, Sosnowskiego czy Tkaczyszyna-Dyckiego, ale patrząc z tej perspektywy, mnie dosięgnęła dopiero Unia Europejska, terroryzm, sprzęt AGD w lasach, ubojnie, obozy koncentracyjne dla homoseksualistów w Czeczenii czy Krystyna Pawłowicz. Nie umiem się cieszyć w świecie, który kuleje i żałuję, że nie mam w sobie takiej odwagi, jaką miała np. Róża Luksemburg. Ale mogę pisać i walczyć wierszem.

 

AB: Co dzisiaj jest dla ciebie najważniejsze w poezji?

PS: Diagnozowanie, ale nie grożenie palcem. I reakcja. Warto pisać poezję, która zrobi ci guza w mózgu albo po prostu dobrze. Jak Justyna Bargielska, Julian Kornhauser, Paweł Tomanek, Maciej Kotłowski, Małgosia Lebda, Ilona Witkowska, Yona Wallach, Tomasz Bąk czy Hans Magnus Enzensberger (dzięki, Szczepan!).

 

Poezja jest dobra, kiedy chcesz się z nią przespać.

AB: W takim razie, co cię zmusza do pisania? Wpadasz na frazę, widzisz obrazy, a potem je opisujesz?

PS: Piszę kompulsywnie. Zapisuję rwane frazy, kleję to później najlepiej w pociągu. Prawie wszystkie wiersze powstały na trasie Poznań – Wieruszów. Czy może być coś piękniejszego od inspiracji firmą cateringową Rozenek-Majdan? Kill me now.

 

AB: Co jeszcze cię drażni?

PS: Co mnie drażni? Mam ochotę odpowiedzieć słynnym nagraniem sondy ulicznej z Ostrowa Wielkopolskiego; okazjonalne i maskowane zrywy społeczne na chwilę, płacz po upływie dwóch tygodni w trybie trial na platformach filmowych i to, że człowiek potrafi być naprawdę jadowitym skurwysynem.

 

AB: Ponad wierszami z książki unosi się wyobraźnia filmowo-muzyczna, którą dodatkowo podbija genialna okładka. Skąd wziął się ten kolaż?

Instrukcja dla ludzi nie stąd, okładka: Piotr Zdanowicz, autorka kolażu: Natalia Polasik /moon water, fot.: Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu

Instrukcja dla ludzi nie stąd, okładka: Piotr Zdanowicz, autorka kolażu: Natalia Polasik /moon water, fot.: Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu

PS: Jakiś czas temu Natalia Polasik zilustrowała jeden z moich wierszy dla „Małego Formatu”. Kolaż, który powstał, zadziałał tak, jak dobra poezja. Kiedy pracowałam nad książką, Natalia wstawiła na swój instagramowy profil nowy projekt, a ja wiedziałam, że jeśli się zgodzi, ta grafika wyląduje na okładce tomu, którą typograficznie dopieścił Piotr Zdanowicz. W tym kolażu jest to, co w wierszach. Iluzoryczna rzeczywistość zamknięta w diecie pudełkowej, manipulacja i detonujące fosfeny.

 

AB: „Instrukcja dla ludzi nie stąd” ma duży potencjał wybuchowy. Bywasz sumieniem czytelnika, który zapomniał o wojnie w Syrii, pokazujesz niekonsekwencje w moralności katolików, którzy rzucają psom kiełbasę z gwoździami.

PS: Zdecydowanie ma taki potencjał. Nie wiem, czy nadaję się do pisania książki, dla której zaplanowałabym oś tematyczną, chociaż właśnie próbuję i bieg przez płotki kończę srogą zadyszką.

 

„Instrukcję dla ludzi nie stąd” zamknęłam kilka miesięcy temu. Jest w niej feminizm, jest ekologia, wojna, nietolerancja, kasowanie historii wyszukiwania, są lukrowane nagrobki marketingu i młode, dynamiczne zespoły, którym na lunch rzuca się soczyste jabłka.

Najważniejsza dla mnie koncepcja rave’u chyba się udała. Chciałam, aby każdy wiersz był stroboskopem, który wrzuci czytelnika w tryb migania. To książka-teledysk lub książka-dokument, która fleszami z Syrii czy niechcianej inicjacji seksualnej przedłuży trwanie w pamięci.

 

AB: Twoja książka jest panoramą, notesem z codzienności: dostaje się i reklamie, i newsom, i celebrytom. Pokazujesz możliwe strategie oporu, moralne wybory, które wymagają wysiłku i jakiegoś powściągnięcia siebie. Bycie fair jest tu po prostu orką na ugorze.

PS: Wypisek z notesu z codzienności: mam wyrzuty sumienia, kiedy jem. Denerwuję się na społeczną odpowiedzialność biznesu, która ratuje słonie w Indiach i jednocześnie zatrudnia kilkuletnie dziewczynki do składania telefonów. „Translab” jest choćby wierszem, w którym podmiot próbuje przekonać, że moralny wybór nie powinien wymagać wysiłku. Że od bycia fair nie dajemy nikomu po dupie, a jednak motywowani czymś, zawracamy. No i po co? Żeby skończyć na czyimś sznurku? Często na swoim? Dajmy sobie szansę, żeby wstać z pozycji embrionalnej.

 

 

translab

pod lasem widzę groby piesków

ubite drobnymi piąstkami dzieci,

które ścierając krew z ciepłych nosów,

ciasno wiązały krzyż z gałęzi brzóz.

 

myję ręce prezydentom, zabieram

głos w sprawie odpadków z tratwy –

to nie jest idiotyczna formalność.

 

fosfeny detonują wypukłe brzuszki:

nie przygotowano mnie do tego.

tańczę z lekarką do symfonii cielęcych skór

i płaczę, kiedy mówi mi,

że poeta jest kimś więcej od polityka,

gdyż nim nie jest.

 

dymy nad miastem – absurdalne tradycje.

zadanie domowe – przedstaw dzieciństwo faszysty

na linorycie.

 

oglądam obrazki z rajem w podrzucanych gazetkach

i wyczuwam cringe. mylę ludzi bez domów

z najbliższą rodziną. mam wyrzuty sumienia,

kiedy jem.

 

migotanie światła –

zawsze to jakaś ufność, że powiedzą innym,

co się z nami stało.

 

leżę w pozycji embrionalnej. nie dziedziczyć wykluczenia –

to czyńcie na moją pamiątkę.

(„Instrukcja dla ludzi nie stąd”, WBPiCAK 2020)

 

AB: Dotykasz też tego, co tak mocno formatuje nasze zachowania w codziennym życiu: katolickiego etosu, moralnych drogowskazów, które okazują się frazesem. Twoje wiersze to również wyraz niezgody na pustą religijność, formatujące rytuały, które wpychają dziewczynki w białe sukienki, wiążąc je symbolicznie z czystością, zamieniając w przedmiot adoracji.

PS: Nie mam problemu z moralnymi drogowskazami wyłącznie wtedy, kiedy świadomie decydujemy się na podążanie w określonym kierunku i akceptujemy wynikające z tego wyboru konsekwencje. Racja, niektóre wiersze to wyraz niezgody wobec hipokryzji, która niszczy ideę, wobec symboliki religijnej, przyklejania etykiet społecznych. Nie po drodze mi z programowaniem komuś codzienności, a już tym bardziej z programowaniem codzienności dziewczynkom oraz chłopcom w domach z INRI.

 

AB: Diagnoza to jedno, zaangażowanie – drugie; bo oprócz tego opisu, który pokazuje nam religijność i państwowość z dykty, konsekwentne punktujesz nierówności i absurdy dnia codziennego. To prowadzi nas do końcówki książki: do konkretnego i słusznego żądania, postulatu, na który polskie społeczeństwo dalej nie chce przystać. Słowem, do równości. Sytuację osób LGBT+ rozgrywasz kategoriami widzialności i normy: w kraju, gdzie normalny jest wyzysk pracowników, nadal nienormalna jest miłość.

PS: Odkąd maszeruję po równość, zawsze mam nadzieję, że robię to po raz ostatni. Religijność i państwowość z dykty ma dużo wspólnego z przemierzanymi wespół z kolorowym tłumem kilometrami, których nie zapisuję w żadnej aplikacji.

 

Przemocowa i stygmatyzująca narracja prowadzona przez środowiska konserwatywne, ohydne kampanie stawiające znak równości między społecznością LGBT+ a pedofilią, projekty ustaw zakazujące edukacji seksualnej, strefy wolne od i wiele, wiele innych zamykają mnie w ciemnej piwnicy. Jest tam bardzo zimno, czuć wilgoć, zło i niezrozumienie.

Wiesz, co jest najgorsze? Rozpoczęcie procesu godzenia się z absurdalną sytuacją, która doprowadziła do tego, że osoby nieheteronormatywne odbierają sobie życie, emigrują, uciekają z domów, nierzadko skazując się na bezdomność. Często jestem na granicy, miewam ataki paniki, nie zawsze trzymam swoją dziewczynę za rękę, bo boję się, że następnym razem nie skończy się na pluciu pod nogi. Ale też czerpię z resztek sił, które obie mamy i cisnę w wiarę w zmiany. Nie jesteśmy niewidzialne. Nie jesteśmy niewidzialni.

 

 

proszę sprawdzić folder inne

jestem z kobietą, która boi się ciem –

nauczyłam się w porę gasić światło.

w konstytucji jest o tym, że nas nie ma.

rozkładamy dywanik modlitewny – nie lata, ale

neutralizuje dźwięki cywilizacji zdartych gardeł.

mieszkamy w chmurze, śnimy ultrasonograf:

typ radiologia, położnictwo.

(dlaczego chłopców bawi labioplastyka?)

jeśli się o czymś wspomni, to coś istnieje,

nie powiedziano jeszcze wszystkiego.

odwagi, strefy wolne mają płytki sen.

wybicki playing softly in the background

(„Instrukcja dla ludzi nie stąd”, WBPiCAK 2020)

 

 


Patrycja Sikora – ur. w 1989 w Wieruszowie. Finalistka projektu Biura Literackiego Połów 2018. Nominowana do Nagrody Głównej XXIV OKP im. J. Bierezina oraz 7. Konkursu Poetyckiego Fundacji „Duży Format”. Laureatka wielu slamów poetyckich. Publikowała m.in. w magazynie „Kontent”, „Dwutygodnik”, „Czas Kultury”, „Helikopter”, „Mały Format”, „Tlen Literacki”, „Fabularie”, „Drobiazgi”. Mieszka w Poznaniu.