fot. Mariusz Forecki

Poznańscy do szpiku kości

Dla mnie poznańskość to jest po prostu robienie rzeczy tak jak należy. Często słyszę: „U was jest porządnie, wy jesteście tacy poznańscy”. To duży komplement. To również poczucie związku z historią regionu – mówi Joanna Nowakowska, redaktor naczelna wydawnictwa Media Rodzina.

KUBA WOJTASZCZYK: Jakie były początki wydawnictwa? Czy pamięta pani pierwszy tytuł, który Media Rodzina wprowadziła na rynek?

JOANNA NOWAKOWSKA: Gdy zaczęłam pracować w Media Rodzinie, wydawnictwo miało już pięć lat, ale historię jego początków słyszałam tyle razy i z tylu punktów widzenia, że czuję, jakbym ją sama przeżyła. Pierwszym naszym tytułem było „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Wydawnictwo powstało właśnie po to, żeby tę książkę wydać. Taka była misja Roberta Gamble’a, założyciela firmy. Wierzył w tę książkę i się nie pomylił, bo szybko stała się bestsellerem. I nadal nim jest, a istnieje na polskim rynku od 26 lat i służy już drugiemu pokoleniu rodziców! Książkę wprowadził na rynek dyrektor Bronisław Kledzik, który dla Media Rodziny opuścił Wydawnictwo Poznańskie i zbudował od podstaw nową firmę wydawniczą.

 

Jak wydawnictwo ewoluowało przez lata?

Początkowo dominowały u nas poradniki dla rodziców i książki psychologiczne. Seria Jak mówić rozrastała się.  Pod koniec lat 90. wielką karierę zrobiła „Inteligencja emocjonalna” Daniela Golemana.

 

W latach 90. przejęliśmy też prawa do „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa i tym cyklem wkroczyliśmy w literaturę dla dzieci.

Pojawili się u nas znakomici autorzy polscy, m.in. Wojciech Widłak i Małgorzata Strzałkowska. Z nimi przyszli świetni ilustratorzy – i tak powstała nasza oferta ilustrowanych książek dla najmłodszych dzieci. A potem postanowiliśmy również rodzicom zaoferować coś do czytania dla przyjemności i w ten sposób narodziła się seria beletrystyczna Gorzka Czekolada, z głośnymi kryminałami Nele Neuhaus.

Czy można powiedzieć, że Media Rodzina to wydawnictwo poznańskie, czy może tylko, że znajduje się w Poznaniu?

Jesteśmy poznańscy do szpiku kości. Pracujemy po poznańsku, oszczędzamy po poznańsku, wydajemy poznańskie tytuły w serii wydawniczej Posnaniana. Mamy książkę o poznańskim Czerwcu ’56, wydaliśmy „Małego Księcia” w gwarze poznańskiej, teraz publikujemy komiks o powstaniu wielkopolskim.

 

A co dla pani znaczy poznańskość?

Ponieważ jestem poznanianką od pokoleń, to początkowo nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, co to znaczy. Myślałam, że wszyscy ludzie są poznaniakami. Ale tak nie jest. Od kolegów wydawców albo autorów często słyszę: „U was jest porządnie, wy jesteście tacy poznańscy”. To duży komplement. Dla mnie poznańskość to jest po prostu robienie rzeczy tak jak należy. Jest to również poczucie związku z historią naszego regionu i kontynuacja najlepszych poznańskich tradycji.

 

Media Rodzina ma na swoim wydawniczym koncie wiele perełek, chociażby wspomniane przez panią „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa. Czy potrzeba dużej siły perswazji, aby promować klasykę wśród kolejnych pokoleń młodych czytelniczek i czytelników?

Nie sądzę. Wręcz przeciwnie – polski czytelnik ma duży szacunek dla klasyki. Zadaniem wydawcy jest tylko podać mu ją w jak najlepszej formie. W 2005 roku wydaliśmy pierwsze kompletne tłumaczenie baśni Andersena bezpośrednio z języka duńskiego. Wcześniejsze przekłady polskie opierały się głównie na niemieckich wersjach, wskutek tej okrężnej drogi wiele treści zostało utraconych, a drugie tyle nadbudowanych. Niektóre fragmenty miały niewiele wspólnego z oryginałem. Andersen otworzył naszą serię Klasyka w nowych szatach, składającą się z klasycznych dzieł literatury światowej w nowych, przystępnych tłumaczeniach i pięknych szatach graficznych. Rola ilustracji w wydaniach klasyki jest nie do przecenienia.

 

Nie możemy nie wspomnieć o największym hicie wydawnictwa, czyli o „Harrym Potterze” J.K. Rowling. Jak ta książka wpadła w państwa ręce?

Kupiliśmy do niej prawa w 1999 roku. Książka została zaoferowana przez agenta kilku większym polskim wydawcom, ale do nas nie trafiła. Robert Gamble po prostu kupił i przeczytał amerykańskie wydanie pierwszego tomu. Byliśmy szybsi i bardziej zdecydowani od konkurencji. Pan Robert często powtarza, że był w tym „palec boży”. Już mieliśmy składać agentowi ofertę, gdy Bob zupełnie przypadkiem się dowiedział, że między nim a J.K. Rowling są dwa stopnie oddalenia. Wtedy poczuł, że to znak, że musimy ten tytuł mieć, nie zważając na koszty. To było ryzyko, bo nikt wtedy nie przypuszczał, co się stanie za dwa, trzy lata.

 

Czy „Harry Potter” zmienił rynek wydawniczy?

Bardzo, i to na całym świecie. Od starszych kolegów wydawców z Anglii, Stanów Zjednoczonych czy Niemiec słyszałam potem, że przed „Harrym Potterem” dziecięcy świat wydawniczy nie poruszał się w obszarach tak wysokich zaliczek i tak wysokich nakładów. Wydawnictwa dziecięce mniej się liczyły na rynku, były mniej zyskowne, bardziej hobbistyczne. Teraz, gdy rynek praw elektryzuje wiadomość o jakimś świetnym tytule dziecięcym czy młodzieżowym, to żaden wydawca nie chce tego przegapić.

Ale najważniejsze – i najfajniejsze – jest to, że dzieciaki naprawdę zaczęły czytać.

 

To zabrzmi trochę brutalnie, ale nam „Narnia” zaczęła się naprawdę dobrze sprzedawać dopiero po „Harrym Potterze”. A dokładniej – gdy czekano na kolejne jego tomy.

A był to czas przed ekranizacjami obu serii. Zawsze, gdy w kinach pojawia się ekranizacja, książka zaczyna się lepiej sprzedawać. Przy „Harrym Potterze” ten mechanizm nie działał. Sprzedawał się tak dobrze, że film nic nie zmienił.

 

A jak (i czy) zmienił Media Rodzinę?

Oczywiście, że zmienił. Wielki bestseller nauczył nas przede wszystkim pokory. Musieliśmy się do niego dostosować od każdej strony: finansowej, dystrybucyjnej, marketingowej. Musieliśmy podołać zadaniom logistycznym, które dla znacznie większych firm stanowiłyby wyzwanie. Kolejne tomy „Harry’ego” ukazywały się tego samego dnia i o tej samej porze w całej Polsce. Konkretnie o północy. Półmilionowe nakłady trzeba było sfinansować, wydrukować i rozdystrybuować w jak najkrótszym czasie, żeby nigdzie nie przydarzył się falstart. A potem młodzi czytelnicy pisali listy i mejle, domagając się następnych książek, i trzeba było zaspokoić ich apetyty.  Ciągle towarzyszyło nam pytanie: co dalej? Co po „Harrym Potterze”? Musieliśmy też znosić słowa krytyki, a nawet zmasowany atak, bo im większa popularność książki, tym więcej różnych opinii na jej temat.

 

Czy seria Rowling wpłynęła na czytelników i ich gust?

Na pewno tak. Już nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile sformułowań z książek trafiło do naszego języka i otaczającej rzeczywistości. Jak często używa się „Pottera”, by coś wyjaśnić lub przekazać.

 

Rowling podniosła poprzeczkę nowym autorom książek dla dzieci, ale jednocześnie utorowała im drogę. Bo takiego fenomenu czytelnictwa wśród dzieci nigdy wcześniej nie było.

Wielu dobrych, nowych autorów przebiło się dzięki temu, że wcześniej była Rowling.

 

Z jakich innych tytułów wydawnictwo jest równie dumne?

Lubimy się chwalić edycjami, które same w sobie stanowią piękne przedmioty i którymi przyjemnie jest się otaczać. Taka też jest nasza edycja „Pana Tadeusza” z ilustracjami Józefa Wilkonia albo „Pinokio” z ilustracjami Roberto Innocentiego.

Jesteśmy oczywiście dumni z tego, że poza „Harrym Potterem” wychwyciliśmy też inne bestsellery dziecięce i młodzieżowe. Na długo przed premierą amerykańską, na podstawie surowego maszynopisu pierwszego tomu, kupiliśmy prawa do „Igrzysk śmierci”. Szybko wyczuliśmy też potencjał serii Pani Peregrine.

 

Ale szczególnie dumni i potrzebni czujemy się wtedy, gdy nasze książki psychologiczne trafiają do kanonu terapeutów i nauczycieli akademickich.

Mamy w katalogu wielkie nazwiska z dziedziny psychologii czy psychiatrii jak Alice Miller czy Elizabeth Kübler-Ross. To są naukowcy, których praca ma przełożenie na jakość życia każdego człowieka.

 

Co czeka Media Rodzinę w przyszłości? Jakie książki pojawią się na rynku?

Będziemy kontynuować wydawanie klasyki, np. dzieł wybranych Hermanna Hessego. Będziemy też skupiać się na książkach dla dzieci i młodzieży.

 

Właśnie na rynku pojawia się pierwszy tom nowej serii pt. Nevermoor, która – słowami jednej z recenzentek – jest lekiem na tęsknotę za Hogwartem.

Po 20 latach od premiery „Harry’ego Pottera” czas na zmianę warty. Teraz w jego buty wchodzi dziewczynka, Morrigan. Pewnie będzie o niej głośno.

 

Na koniec proszę zdradzić, co teraz pani czyta?

Czytam głównie książki jeszcze w Polsce niewydane. Jeśli już zostały wydane, to tracę nimi zainteresowanie. Chyba każdy wydawca tak ma. Ale oczywiście, jak każdy „normalny” czytelnik, nadrabiam też zaległości lekturowe. I jak każdy redaktor, zawsze czytam kilka książek jednocześnie. Teraz zaczynam „Lethal White” Galbraitha jestem wierną czytelniczką tego autora [śmiech], jestem też w połowie pięknej „Historii pszczół” Mai Lunde, a przed chwilą skończyłam „Biegunów”, którzy leżeli kilka lat na mojej półce, aż dostali Nagrodę Bookera, a ja poczułam wyrzuty sumienia. I zawsze mam na kuchennym stole napoczętą lekturę szkolną. Czytam (albo odświeżam sobie) wszystkie lektury moich dzieci, chyba głównie po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że szkolny kanon lektur rozpaczliwie potrzebuje zmian!

 

*JOANNA NOWAKOWSKA – członek zarządu, redaktor naczelna wydawnictwa Media Rodzina.

CZYTAJ TAKŻE: Trup w magistracie. Recenzja książki „Zabójstwo z urzędu”
CZYTAJ TAKŻE: Kościół myślący. Relacja ze spotkania autorskiego z Zuzanną Radzik
CZYTAJ TAKŻE: Na przekór – o mądrych książkach dla dzieci