fot. Mariusz Forecki

Przedmioty piękne i użyteczne

„Przedmioty piękne i użyteczne” – tak nazywa się stała ekspozycja Muzeum Okręgowego im. Stanisława Staszica w Pile. Tytułem wystawy celnie zdefiniowano większość zebranych tu eksponatów. To swoista wizytówka pilskiego muzeum.

Do Piły, co należy sobie już na wstępie szczerze powiedzieć, nie przyjeżdża się, aby zwiedzać muzea, a mówiąc – może już nazbyt dosadnie – obcować z wysoką kulturą. Nie chciałbym w żaden sposób urazić mieszkańców tego pięknie położonego miasta nad Gwdą. Przekonany jestem, że w tym względzie większość z nich podziela moje zdanie. Postawiona przeze mnie teza nie wydaje się więc zbytnio ryzykowna. 

ZNISZCZONE MIASTO

Do Piły przyjeżdża się najczęściej w interesach, choćby do fabryki żarówek. Inni zatrzymują się tu na chwilę, w samym centrum, by posilić się szybko przyrządzonym jedzeniem, goszcząc przejazdem w drodze nad morze. Wjeżdżając do miasta od strony Poznania, mija się dworzec kolejowy, następnie skręca się na wiadukt, później jeszcze dwa ronda i w prawo, przez most na Gwdzie. I w tym miejscu się właśnie zatrzymamy.

Mniej wymagający podróżni wybiorą zapewne jeden z najbardziej eksponowanych w Wielkopolsce barów McDonald’s. Bardziej wybredni, szanujący komfort miejsca, w którym spożywają posiłki, odwiedzą być może restaurację Pomarańczowy Fortepian. Oba te kulinarne przybytki mieszczą się nieopodal ulicy Browarnej. Z jednego i drugiego gastronomicznego punktu widać bardzo ładny budynek stojący w cieniu drzew. Wszystkich podróżnych zachęcam: zajrzyjcie do jego wnętrza!

 

Od 1997 roku jest on siedzibą Muzeum Okręgowego im. Stanisława Staszica w Pile. W latach 30. XX wieku mieścił się w tym gmachu Konsulat Rzeczpospolitej Polskiej.

Muzeum Okręgowego im. Stanisława Staszica w Pile, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Okręgowego im. Stanisława Staszica w Pile, fot. Mariusz Forecki

Niełatwo było być Polakiem w międzywojennej Pile. Miasto zwane po niemiecku Schneidemühl było stolicą Marchii Granicznej Poznańsko-Zachodnio Pruskiej. Polski konsulat działał tu od 1930 roku, dbając w tych dramatycznych czasach o interesy mieszkających tu Polaków. Oprócz funkcjonującego w Pile oddziału Związku Polaków w Niemczech istniał w mieście polski chór Halka. Można go było usłyszeć w każdą niedzielę podczas polskiej mszy. Taki stan rzeczy trwał do ostatniej niedzieli sierpnia 1939 roku.

Niemieccy mieszkańcy miasta w zdecydowanej większości popierali nacjonalistów z NSDAP. Przedwojenna granica Niemiec z Polską przebiegała 6 kilometrów od centrum Piły. Nie było to bez znaczenia w 1945 roku. Jako jedno z pierwszych niemieckich miast, do którego wkroczyła Armia Czerwona, Piła została doszczętnie zniszczona. Stało się tak być może również dlatego, że była ona dużym ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego pracującego na potrzeby Trzeciej Rzeszy.

Nie było w powojennej Wielkopolsce drugiego tak zniszczonego miasta. Stąd ocalały z pożogi budynek muzeum to istna perełka na tle architektonicznej monotonii miasta zbudowanego dosłownie od nowa.

FAJANSOWA SOWA

Wspomnienia z czasów wojny znajdziemy na muzealnej ekspozycji.  Stojąc przed jedną z gablot, możemy porównać oryginalne polowe umundurowanie żołnierzy dwóch armii, ścierających się w walkach o miasto na początku 1945 roku. Wchodzimy niemal pomiędzy lufy ich karabinów. Nie wiedzieć dlaczego, szczególną uwagę zwróciłem nie na uzbrojenie, lecz na żołnierskie spodnie. Mówiły one o frontowych przewagach nie mniej od broni. Pikowane waciaki Rosjanina, mimo swojej przaśności, na pewno zapewniały termiczny komfort żołnierzowi walczącemu w zimowych operacjach frontowych. Niemiecki mundur zapewniał większą swobodę ruchów, ale nie zdawał egzaminu w starciu z mrozem.

 

Rozmyślając nad praktyczną stroną ubioru radzieckiego żołnierza, nie uświadamiałem sobie początkowo, że kątem oka przyglądam się stojącej w sąsiedniej gablocie, śnieżnobiałej, olbrzymiej sowie. Po chwili, niczym zahipnotyzowany, stałem „oko w oko” z dużą fajansową sowią figurą. Ta właśnie sowa pozostanie na zawsze w mojej pamięci jako największa atrakcja odkryta w muzeum. Przywołałem w pamięci niezwykłą rolę, jaką wizerunki sów odegrały w kulturze.

 

Ta z gabloty, ustawiona pomiędzy innymi fajansowymi figurami, pochodziła z Pacykowa. Jak na sowę przystało, stała na księgach stanowiących integralną część całego posągu.

Często podróżuję do zachodniej Ukrainy. Pacyków to wioska położona nieco poniżej Stryja, w dawnym powiecie stanisławowskim. Nie spodziewałem się, że w Pile zobaczę eksponaty z polskich wschodnich kresów, do tego z fabryki fajansu w Pacykowie działającej krótko, bo w latach 1912–1939, czyli w czasach, kiedy Piła nie funkcjonowała w granicach państwa polskiego. Tymczasem, o czym dzisiaj już wiem, to właśnie w muzeach zachodniej Polski spotyka się najwspanialsze fajanse z Pacykowa, słynnej przed 1939 rokiem wytwórni. 

UŻYTECZNE I PIĘKNE

Ludzie zasiedlający nowe miasta, od Szczecina po Opole, przywieźli ze sobą część materialnego dziedzictwa z rodzinnych stron. Przy okazji nie należy dawać wiary mało przychylnemu określeniu „pacykarze” odnoszącemu się do twórców z Pacykowa. Wynikało ono – według mnie – być może z chęci deprecjonowania nowej, prężnej wytwórni przez konkurencję z Ćmielowa i Chodzieży. Figury z tej ostatniej wytwórni równie godnie wypełniają zresztą gabloty pilskiego muzeum.

 

„Przedmioty piękne i użyteczne” tak nazywa się stała ekspozycja pilskiego muzeum, którą udostępniono zwiedzającym w 1999 roku. Tytułem wystawy niezwykle celnie zdefiniowano większość zebranych tu eksponatów. Tak trafnie określony fragment ekspozycji jest najciekawszym działem i zarazem wizytówką pilskiego muzeum. Nie możemy zaprzeczyć edukacyjnym walorom kolekcji historycznej, z pewnością przemawiającej do mieszkańców Piły, a prostą narracją budującej ich lokalną tożsamość, czy wręcz związek z polskim dziedzictwem tej ziemi. Jednak dla przybysza z zewnątrz piękno i użyteczność zebranych bibelotów będą największymi argumentami za tym, aby wracać do tutejszego muzeum.

Nie bez przyczyny opis pilskich muzealiów rozpocząłem od fajansu i porcelany. Do Piły powinien zawitać każdy szanujący się kolekcjoner tychże wyrobów. Ćmielowski serwis do mokki kolekcjonerom i estetom może się śnić po nocach – tak wielkie robi wrażenie. Zaprojektował go w 1932 roku Bogusław Wendorf. Kolekcjonerzy, ze względu na obłe kształty dzbanków i filiżanek, nazywają ten zestaw po prostu „Kulą”. Dopełnieniem zbioru polskiego fajansu i porcelany są wyroby z Włocławka i Koła. Na tle rodzimego art déco, możemy też podziwiać starsze o kilkadziesiąt lat wyroby miśnieńskie.

POBUDZIĆ WYOBRAŹNIĘ

Jednym z największych zbytków, stanowiących o klasie domowych salonów na przełomie XIX i XX wieku, było francuskie szkło warstwowe, produkowane w wytwórni Émile’a Gallé. Jego nazwiskiem skrótowo określa się wszystkie wyroby z barwionego szkła warstwowego. Jakie estetyczne efekty dawała tego typu produkcja? Żeby się tego dowiedzieć, najlepiej przyjechać do Piły. Wazony to przedmioty zarówno piękne, jak i użyteczne, znajdziemy je na tamtejszej ekspozycji. Podobnie rzecz ma się z akcesoriami stołowymi, sztućcami, karafkami, a nawet czajniczkami. Tym tropem dojdziemy do sztuki użytkowej z czasów bliskich szklanym wyrobom Gallé.

 

 

Jak wyglądało życie wśród przedmiotów pięknych i użytecznych? Na to pytanie odpowiedzieć mogą między innymi angielska jedwabna suknia balowa, metalowe misternie wyplatane torebki i fantazyjne nakrycia głowy. Jeśli wrócę do tego muzeum kiedykolwiek, to właśnie po to, aby pobudzić wyobraźnię, poflirtować z tym użytecznym pięknem w taki sposób, by przywołać jeszcze raz do życia świat z jedynej takiej epoki beztroskiej szczęśliwości. Dekadencka nuta art déco przykrywała wtedy społeczne niepokoje na świecie.

Wojciech Hildebrandt, Michał Kruszona, „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018

Wracając z Piły, słuchałem w radiu zespołu Krzysztofa Grabowskiego, zna on Piłę od dziecka, a piosenka „Piła tango”, może być kolejnym przyczynkiem do odwiedzenia tego miasta. Nie zapomnijcie wówczas o miejscowym muzeum.

 

Tekst pochodzi z książki Wojciecha Hildebrandta i Michała Kruszony pt. „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018.

 

MICHAŁ KRUSZONA – historyk, muzeolog, absolwent historii UAM w Poznaniu. Od kilkunastu lat jest dyrektorem Muzeum – Zamek Górków w Szamotułach. Autor wielu książek, m.in.: „Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła” (rekomendowana w przewodniku po polskiej literaturze: „500 polskich książek, które warto w życiu przeczytać”), „Czarnomorze. Wzdłuż wybrzeża, w poprzek gór” (nagroda im. Arkadego Fiedlera – Bursztynowy Motyl). Jego najnowsza książka „Reifstein albo podróż Trzech Króli” nawiązuje do historii Wielkopolski u progu niepodległości.

 

CZYTAJ TAKŻE: Kim była Maria Dąbrowska?

CZYTAJ TAKŻE: Między pastorówką a synagogą. Muzeum Okręgowe w Lesznie
CZYTAJ TAKŻE: Kosz, samochód i inne plecionki. Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa