fot. Mariusz Forecki

Między pastorówką a synagogą

Nie zobaczycie tu przypadkowego zbioru lokalnych ciekawostek, tylko pieczołowicie dobrane, wyjątkowe kolekcje. Krążą jeszcze po Lesznie opowieści, jak to założyciel i pierwszy dyrektor muzeum – dr Stanisław Chmielowski – objeżdżał rowerem upaństwowione majątki i pałace, by ratować dzieła sztuki.

 

Plac Jana Metziga to wyjątkowe w Lesznie miejsce. Najpierw był to w XVII wieku Nowy Rynek, potem po wzniesieniu ewangelickiego kościoła Rynek Kościelny, a od prawie stu lat patronuje mu niemiecki lekarz Johann Metzig. Z przerwą podczas II wojny światowej, gdy plac nosił nazwę SA, oddziałów szturmowych NSDAP. I zaraz potem, gdy stał się placem Armii Czerwonej.

Rzecz to w Wielkopolsce niesłychana, by pamięć o pruskim lekarzu, była godna nazwania jego imieniem ważnego placu. A była to postać wyjątkowa, przyjaciel Polaków, XIX wieczny orędownik powołania niepodległej Polski i wybitny lekarz wojskowy, reformator żołnierskiego umundurowania i pionier wojskowej medycyny. Jego szczątki są pochowane obok, na cmentarzu przy kościele poewangelickim.

HISTORIA – WIELKA I MAŁA

Rośnie na placu wielki dąb, który na siłę jest nazywany Bolkiem i rzekomo ma setki lat. A naprawdę to pruski Dąb Pokoju, jakich wiele posadzono w Niemczech w 1871 roku, po zawarciu traktatu pokojowego kończącego wojnę prusko-francuską. Stare piękne drzewo nikomu nie wadzi i dopełnia zadbaną zieleń wnętrza placu. Obok jest fontanna i od niedawna pomnik pochodzącego z Leszna poety, Stanisława Grochowiaka. Na obrzeżach placu są jeszcze dwie stare szkoły, kiedyś ewangelicka i katolicka, dzisiaj szkoła podstawowa i budynek przyszłej biblioteki miejskiej.

Tak to w tym miejscu przeplata się historia – i ta wielka, i ta mała, miejscowa, historia wielokulturowego polskiego miasta Leszna. Ma ona odbicie w leszczyńskim Muzeum Okręgowym, które mieści się na narożniku placu, w dawnej, barokowej jeszcze pastorówce i sąsiedniej kamieniczce. Już same drzwi do muzeum, za ozdobną kratą, zbite z deseczek nabijanych żelaznymi ćwiekami i z kutą, misterną rokokową kołatką, zapowiadają miejsce niezwykłe.

 

Nie zobaczycie tu przypadkowego zbioru lokalnych ciekawostek, jak to w takich miejscach bywa, tylko pieczołowicie dobrane, wyjątkowe kolekcje.

Muzeum Okręgowe w Lesznie, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Okręgowe w Lesznie, fot. Mariusz Forecki

Gromadzone konsekwentnie od 1950 roku, kiedy to powstało muzeum. Krążą jeszcze po Lesznie opowieści, jak to jego założyciel i pierwszy dyrektor objeżdżał rowerem okoliczne, upaństwowione majątki. I z opuszczonych pałaców ratował dzieła sztuki.

Widok doktora Stanisława Chmielowskiego, targającego wielkie obrazy, przytroczone do dwukołowego pojazdu niczym żagiel, musiał być niezapomniany. Nawet w złych dla naszego dziedzictwa latach udało się w Lesznie wiele uchronić przed zniszczeniem. Może dlatego, że nie wyrzuca się tu niczego. Wszystko przecież może się jeszcze przydać.

WYJĄTKOWA KOLEKCJA

Najważniejsza w muzeum jest piękna kolekcja malarstwa polskiego z XIX i XX wieku. Krakowiacy zamarliby w zadziwieniu, wchodząc do sal z obrazami Wyspiańskiego, Chełmońskiego, Axentowicza, Fałata, Jarockiego, Wyczółkowskiego, Juliusza Kossaka czy Jacka Malczewskiego. Ten zbiór prawie 800 obrazów i 250 grafik dorównuje wielkim polskim muzeom. A łączy go też tematyka polskiej wsi i wiejskiego obyczaju.

Sporo tu obrazów mało znanych i nietypowych w dorobku artystów. „Żniwiarka” Jacka Malczewskiego uśmiecha się do nas jak z socrealistycznych portretów malarzy rosyjskich. Stoi twardo na ziemi w blasku letniego słońca, zupełnie bez często towarzyszących obrazom artysty treści mitologicznych i filozoficznych.

Na ścianie znalazłem też pracę niedużego formatu, zatytułowaną „Tragiczny list”, Kazimierza Pochwalskiego, który jako profesor wiedeńskiej Akademii oblał na egzaminie wstępnym na malarstwo młodego Adolfa Hitlera. Zwrócił też moją uwagę pejzaż okolic Jutrosina, gdzie Czartoryscy budowali swój pałac i ufundowali piękny kościół widniejący na obrazie w oddali. Tę kwintesencję polskiego krajobrazu, ze szpalerem starych wierzb, namalował z rozmachem Michał Wywiórski. Można również zobaczyć piękny widok Leszna z 1740 roku i wspaniale zdobione okładki starodruków.

Są też w muzeum liczne portrety mieszczańskie, leszczyńskich przedstawicieli różnych narodowości i wyznań. Większość postaci z obrazów patrzy na nas tajemniczym i nieobecnym wzrokiem. Czego nie można powiedzieć o wyjątkowych wizerunkach dwóch anemicznych dziewczynek – Marianny i Amelii Mercken z drugiej połowy XVIII wieku. Siedzą one w białych, zwiewnych i wykwintnych sukienkach, niczym miniaturki dorosłych kobiet, przy nakrytym czerwonym kobiercem stoliku. Pozują dystyngowane przy domowych zajęciach, jedna podczas pisania listu, druga w czasie robótki na trzech drutach. Tej ostatniej wspina się na kolana czarny piesek. Rozświetlona delikatnym światłem scena rozgrywa się na ciemnym tle ściany, z wielkim, głuchym lustrem, otoczonym ornamentem z małych, delikatnych różyczek.

PORTRETY TRUMIENNE

Wystawę malarstwa dopełnia zbiór dużych portretów dworskich, z wizerunkiem królowej Marii Leszczyńskiej na czele. W kolekcji, prezentowanej wśród antycznych mebli wyjątkowej roboty, królują świetne portrety członków rodziny Sułkowskich, niegdysiejszych właścicieli Leszna i pobliskiej Rydzyny. Osobne miejsce zajmuje też kolekcja portretów królów kurkowych.

Muzeum Okręgowe w Lesznie, fot. Mariusz Forecki

Muzeum Okręgowe w Lesznie, fot. Mariusz Forecki

 

Intrygująca jest sala poświęcona sarmackim obrzędom pogrzebowym, zaaranżowana z całym barokowym bogactwem tej uroczystości, z trumną na katafalku i z występującymi tylko w polskiej kulturze szlacheckiej portretami trumiennymi.

Malowano je naturalistycznie na blasze, a nieboszczycy łypią na nas oczami jak żywi. Bo takie było zadanie miejscowego artysty. Wizerunek przybity do przodu trumny podczas uroczystości pogrzebowych uobecniał osobę zmarłą, przywoływał pamięć o niej. Po pogrzebie portret wraz z tablicami herbowymi i tablicą inskrypcyjną wieszano w kościele. Miał przemawiać do zebranych i przemawia do nas dzisiaj, częściej już ze ścian muzeów niż kościołów.

Jest też w muzeum na samej górze zbiór obiektów etnograficznych. Są oryginalne stroje ludowe, rzeźbione, drewniane formy do barwienia tkanin i zdobienia ciasta. Można zobaczyć wyjątkowe stare zdjęcia i instrumenty muzyczne. Z ciekawostek wymienię drewniane organy o 400 piszczałkach, wykonane przez tutejszego rzemieślnika. Mają przyczepioną przez twórcę karteczkę, zapisaną ołówkiem: „Upraszam bardzo ten organ nie niszczyć. Kosztowało mnie to 18cie lat pracy. Antoni Prałat. 1918”.

WIZYTÓWKA MIASTA

Z głównej siedziby muzeum warto przespacerować się przez rynek i dalej jeszcze kawałek ulicą Gabriela Narutowicza, do odrestaurowanej leszczyńskiej synagogi. Tam muzeum prezentuje judaika i wystawy czasowe. To jedna z nielicznych bożnic żydowskich w Polsce, która jest w świetnym stanie i ma godną swej historii funkcję. Nie zawsze było tak dobrze.

Wojciech Hildebrandt, Michał Kruszona, „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018

Ten piękny budynek, wzniesiony w ostatnich latach XVIII wieku, przez pół stulecia po wojnie straszył swoją ruiną w zadbanym centrum Leszna. Dopiero w 1993 roku doczekał się odbudowy. Znacznie przy tym zmienił formę. Część wejściowa została pozbawiona wieży. Jej sylwetka zniknęła z panoramy Leszna, tak jak zniknęli z tego miasta Żydzi. Wysokie wnętrze przedzielono żelbetowym stropem na wysokości galerii, zachowując ciekawe dekoracje ścian i sufitów. Nowa przestrzeń służy prezentacji ciekawych wystaw czasowych, odbywają się w niej również koncerty.

Leszno to jedno z najlepiej rozwijających się miast średniej wielkości w Polsce. Z powołanym właśnie zawodowym teatrem, ważnym festiwalem muzycznym Barok Plus i powiększającą się kolekcją ciekawych artystycznie murali. Leszczyńskie muzeum jest świetną wizytówką miasta.

 

Tekst pochodzi z książki Wojciecha Hildebrandta i Michała Kruszony pt. „Wielkopolskie muzea. Między szklaną gablotą a ekranem LED”, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego w Poznaniu, Departament Kultury, Poznań 2018.

WOJCIECH HILDEBRANDT – z wykształcenia architekt, dziennikarz portalu Kultura u Podstaw; nauczyciel akademicki, rysownik i fotograf. Prowadził Wielkopolską Szkołę Architektury i Sztuki. Autor programów edukacji artystycznej i architektonicznej dla młodzieży. Miłośnik Wielkopolski i jej dziedzictwa kulturowego, któremu poświęcił wiele artykułów. Pasjonat tradycji polskiego domu i obyczaju, znawca historii.

 

CZYTAJ TAKŻE: Kosz, samochód i inne plecionki

CZYTAJ TAKŻE: Opowieść o pszczołach. Muzeum Pszczelarstwa w Swarzędzu

CZYTAJ TAKŻE: Wsi spokojna, wsi wesoła...