Rany pamięci zbiorowej
Opublikowano:
20 marca 2026
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
„Spoina” Irminy Kosmali, zrealizowana w ramach stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego, zamyka jej powieściową trylogię, w której filozofia splata się z codziennym życiem.
O miejscu
Miejscem, w którym toczy się fabuła „Spoiny”, jest Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Dziekanka”, działający w Gnieźnie od lat 90. XIX wieku. W powieści pojawia się także jako obiekt, w którym dokonano zbrodni wojennych. To tutaj w ramach szeroko zakrojonej akcji „T4” naziści, przy aktywnym współudziale dyrektora szpitala, doktora Wiktora Ratki, dokonali masowej eksterminacji pacjentów szpitala psychiatrycznego poprzez zagazowywanie ich w ciężarówkach.
Te pierwsze „eksperymenty” stały się podstawą dla stworzenia machiny przyszłych obozów koncentracyjnych i komór gazowych. Specjalną jednostką, zajmującą się tym procederem w Kraju Warty była SS-Sonderkommando Lange (od nazwiska jego dowódcy Herberta Langego).
Doktor Ratka, przed wojną kontynuujący po swoim poprzedniku postępowy kierunek zmian w szpitalu, nagle, w 1939 roku sprzeniewierza się wartościom ludzkim i misji lekarskiej, wstępuje do NSDAP, zostaje folksdojczem, zamienia fartuch medyka na mundur, wymierza personelowi kary za używanie języka polskiego i zamiast leczyć – uczestniczy w zabijaniu.
Obie postacie występują w „Spoinie”, obok innego lekarza, Kazimierza Filipa Wizego, inicjatora włączenia do terapii pacjentów zajęć twórczych, który odmówił podpisania volkslisty oraz uczestniczenia w akcji „T4” i stracił pracę w szpitalu. W książce pojawia się wątek przyjaźni Wizego z malarką Olgą Boznańską, która go sportretowała i prowadziła z nim korespondencję.
O ludziach
Gnieźnieński szpital stanowi także „ranę” w pamięci zbiorowej lokalnej społeczności, a w „Spoinie” symbolizuje również napięcie pomiędzy światem „normalnych” i „nienormalnych”. Profesor filozofii, będący bohaterem dwóch poprzednich powieści trylogii („Złuda” i „Krótka historia nikczemności”) zostaje pacjentem „Dziekanki”, a teraźniejszość i przeszłość mieszają się tu i przenikają jak w majakach chorego.
Czas przeżywany przez powieściowe postacie i czas odczuwany przez czytelnika realizuje się w trybie nierzeczywistym, halucynacyjnym, chociaż nie jest to bezsensowna maligna, ale pełna nieoczywistych sensów podróż w głąb ludzkiej psyche, z emocjami, lękami i tragicznością losu.
Ważnym zabiegiem literackim zastosowanym przez autorkę jest nadanie postaciom – pacjentom szpitala – pseudonimów z nawiązujących do historii filozofii, mitów lub Biblii. Mamy tu Diogenesa, Schopenhauera, Ikara, Słupnika, Hioba czy Apejrona. Nie są to tylko powierzchowne ksywki, każde z tych nowych „imion” albo oddaje przeżyte tragedie poszczególnych osób, albo odwołuje się do ich zachowań czy opinii o życiu. Losy ludzkie splatają się tu więc z ideami filozoficznymi, przekazanymi jednak w sposób dla czytelnika dostępny.
O powadze
Jak mawiał amerykański psycholog i psychoterapeuta Paul Watzlawick:
„sytuacja jest beznadziejna, ale nie jest poważna”.
Sens tego powiedzenia potwierdza praktyka: wiele osób, w sposób intuicyjny, nawet w bardzo tragicznych okolicznościach życia używa żartów, kpin, dowcipów, by odjąć nieco ciężaru Hiobowym zdarzeniom, nabrać dystansu, nie poddać się całkiem.
Bohaterowie powieści Irminy Kosmali tak właśnie się zachowują – rozmawiają ze sobą w tonie lekkiej konwersacji, zabarwionej humorem, chociaż poznajemy także rozpaczliwe losy, które doprowadziły ich do miejsca, w którym się znaleźli.
Z ciepłą ironią prowadzona jest również narracja. Siostra Aniela, rozdając pigułki, mówi do jednego z pacjentów, gdy podaje mu mały kubeczek z lekarstwem:
„Nietzsche, żebyś jeszcze dziś nie zobaczył Boga”. Hiob snuje refleksje: „Zawsze mnie zastanawiało, […] dlaczego człowiek pamięta o butach, a zapomina o duszy”. Andrzej pyta Schopenhauera, co dziś ciekawego wymyślił, na co ten pyta: „A masz szluga?”, „tonem człowieka, który właśnie odkrył brak sensu w istnieniu, ale chciał to jeszcze skonsultować z nikotyną”. A Hiob podsumowuje Schopenhauera: „Ty jedyny z nas potrafisz cierpieć z takim wdziękiem, że nawet refleksyjna egzystencja nie ma odwagi ci przeszkadzać”.
Dzięki takim zabiegom autorka powieści ukazuje pacjentów szpitala nie jako „przypadki”, bezwolne „biedne istoty”, ale ludzi, którzy mają swoje osobowości, intelektualny i emocjonalny potencjał. Poranionych, ale jeszcze z iskrą życia w sobie.
O śnieniu
Nie znaczy to jednak, że kondycja ludzka zostaje tu wyśmiana. Rzeczywiste losy bohaterów książki, historie pacjentów z przeszłości i świat wyobrażony, ukazany pod postacią halucynacji, splatają się ze sobą w jedną opowieść o ludzkim cierpieniu, o potrzebie nadania sensu życiu pełnemu okrucieństwa oraz o wyborach w sytuacjach granicznych.
Takiego wyboru musi dokonać główny bohater, przenosząc się (w pewnym sensie) do czasów wojny. Irmina Kosmala pokazuje, że symboliczna rana, tkwiąca – jak można by rzec – w zbiorowej pamięci, nie zagoi się, dopóki nie dojdzie do przepracowania traumy – i tej indywidualnej, i zbiorowej.
Do tego jednak potrzebna jest wrażliwość, szacunek i uznanie wartości każdego, także tego ciężko chorego, człowieka. Jeżeli tego brakuje, to także dzisiaj ryzykujemy, że w instytucjach totalitarnych, takich jakimi czasem bywają szpitale, będzie się dokonywać rodzaj „społecznej eksterminacji” tych, których uznamy za skazanych na wykluczenie, jak w czasie akcji „T4”.
Przychodzą mi tu na myśl relacje współczesnych lekarzy i ich pacjentów, ale też tych polityków, którzy mają moc decyzyjną, a są obojętni na los osób z niepełnosprawnościami lub słabych, bo dotkniętych w inny sposób przez los. Splatanie światów: teraźniejszego, przeszłego i stanu halucynacji pozwala autorce połączyć je w punkcie, który nazywamy empatią.
Znaczenie słowa halucynacja odnosi się do śnienia, marzenia, ale też błądzenia. Czytelnik, brnący w zagubieniu przez te zmieniające się perspektywy, zaproszony zostaje w jakiś sposób do wejścia w skórę osoby z diagnozą psychiatryczną – pomieszania porządków. Ale w owym zagubieniu, zmyleniu, nie wiedząc chwilami, w jakim znajdujemy się świecie, czujemy się nadal ludźmi. I być może tak da się tę powieść czytać – jako ćwiczenie wrażliwości w literackim doświadczeniu. I jako antidotum na obecne zagrożenie rosnącymi w siłę faszyzującymi grupami politycznymi.









