fot. materiały prasowe filmu „Avatar”

Recenzja: „Avatar: Istota wody”

Oglądanie nowego filmu Jamesa Camerona jest jak jazda na rollercoasterze w lunaparku – wiesz, co cię podczas niej spotka, a i tak krzyczysz z wrażenia. Chociaż nie zawsze na całe gardło.

Ego reżysera

Jest wiele słów, którymi można byłoby określić „Avatara: Istotę wody”, drugą część filmu z 2009 roku, w reżyserii Jamesa Camerona. Wizualnie zachwycający, pochłaniający, olśniewający. Wydaje mi się jednak, że najlepiej określa go słowo „ego”. Ego reżysera, które jest nieustannie eksponowane, gdy oglądamy ponad trzygodzinny (sic!) film, i łechtane, kiedy w ciemnej sali kinowej, z okularami 3D na nosie, wciągamy powietrze z wrażenia. 350 milionów dolarów wydanych na produkcję widać w każdej scenie.

 

Oszczędzono natomiast na scenariuszu, który wypełniają ckliwe dialogi i sztampa (tym bardziej dziwi, że Cameron potrzebował do jego napisania współautora, Josha Friedmana).

fot. materiały promocyjne „Avatar: Istota wody”

Z drugiej strony oglądanie „Avatara: Istoty wody” jest jak jazda na rollercoasterze w lunaparku – wiesz, co cię podczas niej spotka, a i tak krzyczysz z wrażenia. Być może w czasie trwania nowego filmu twórcy „Titanica” nasz krzyk nie zawsze jest na całe gardło, ale na pewno jest on słyszalny.

Fabuła

W wywiadach reżyser opowiada, że skrócenie czasu trwania nowego „Avatara” odbyłoby się kosztem narracji, bo ta jest skomplikowana i przypomina kostki domina. Otóż nie. Jest bliźniaczo podobna do tej, którą śledziliśmy w jedynce (i umówmy się – ta również sprawiała wrażenie, jakby twórca scenariusz napisał na dzień przed rozpoczęciem zdjęć). Tyle tylko, że została pogłębiona, wydłużona i inaczej rozłożono akcenty.

 

Akcja zostaje przeniesiona 10 lat naprzód.

Nasz główny bohater, były człowiek Jake Sully (Sam Worthington) na dobre „założył” ciało Na’vi, niebieskiego plemienia zamieszkującego Pandorę, które miał infiltrować w ramach projektu „Avatar” w pierwszej odsłonie, kiedy to pozostali ludzie do woli eksploatowali surowce mineralne planety. Robił to do czasu zakochania się w lokalnej wojowniczce Neytiri (Zoe Saldaña), z której ludem Jack rozgromił nikczemnych Ziemian i Ziemianki, po czym został najlepszym z najlepszych Na’vi, ich przewodnikiem/dowódcą i zaczął wieść życie w pełni szczęścia. Na początku „Istoty wody” jego dobra passa trwa. Mają z Neytiri troje własnych dzieci, przybraną córkę Kiri (której połączenie z pierwszą częścią filmu jest kluczowe), a także Pająka, ludzkie dziecko, Tarzaniątko (sic! Dodam, że to najgorsza postać w filmie).

 

Niestety, dobre życie w zgodzie z cyklem kosmicznej natury nie trwa wiecznie.

fot. materiały promocyjne „Avatar: Istota wody”

Ziemianie, nazywani przez Na’vi „ludźmi nieba”, nie dają o sobie zapomnieć. Wracają. Najpierw, by na nowo przeprowadzać szturm na zasoby naturalne Pandory (bo Ziemia umiera). Niebieski lud stawia czynny opór, dlatego rok później projekt „Avatar” zostaje wznowiony. Ponownie świadomość ludzi zostaje „przetransportowana” w sztucznie wykreowane ciała Na’vi, by ci mogli lepiej odnaleźć się w ekosystemie Pandory i fizycznie stawić czoła plemieniu (Na’vi mają 3–4 metry wzrostu). Tylko tym razem tymi ludźmi jest grupa bojowo nastawionych marines pod wodzą pułkownika Milesa Quaritcha (pamiętny perfekcyjny czarny charakter z pierwszej części, teraz również grany przez Stephena Langa). Ich misja: dorwać zdrajcę Sully’ego. Quaritch i reszta nie cofną się przed niczym, aby ją wykonać.

 

Dlatego Jake, chcąc ochronić Na’vi i swoją rodzinę, zrzeka się przewodniczenia plemieniu i pod osłoną pandorskiej przyrody z najbliższymi ucieka z lasu deszczowego.

Ukrywa się wśród Metkayinów, odległego amfibiotycznego rafowego ludu, któremu przewodzi Tonowari (Cliff Curtis) i Ronal (Kate Winslet). Rodzina Sully’ego będzie musiała nauczyć się tytułowego the way of water, wodnego sposobu życia. Długiego wstrzymywania powietrza pod powierzchnią, ujeżdżania wielkich latających ryb, szanowania obyczajów. Dzieci Jake’a i Neytiri, oraz Ronal i Tonowari, początkowo sobie niechętne i rywalizujące ze sobą, zaczną szanować się nawzajem, a nawet lubić. Mimo że Na’vi tęsknią za swoimi rodzinnymi stronami, z dnia na dzień będą lepiej oswajać nową, morską rzeczywistość. Do czasu, gdy Quaritch upomni się o swoją zemstę.

Mocne i słabe strony produkcji

Tak, jak wspomniałem na początku – 3D olśniewa. Efekty nie polegają już tylko na prostym zaskoczeniu widowni. Co prawda strzała czy woda polecą w naszym kierunku, ale również dostaniemy czas, aby zadomowić się z przyrodą, „dotknąć jej”. Gdy Sully z rodziną uczą się „istoty wody”, my robimy to razem z nimi. Tutaj ego Camerona najbardziej się uwydatnia. Nie po to musiało minąć 13 lat jego życia, byśmy nie mieli spędzić pod wodą sporej części filmu! Reżyser użył aż 48 klatek na sekundę, co daje wrażenie hiperrealizmu. Pandora jest żywa, wybucha kolorami, pęcznieje na naszych oczach. Podziwiamy ekosystem aż… do znudzenia.

 

Nie zdziwiłbym się, gdybym na koniec usłyszał: „Czytała Krystyna Czubówna”.

 

fot. materiały promocyjne „Avatar: Istota wody”

Reżyser też wizualnie cytuje swoje poprzednie filmy, z „Obcym”, „Titanikiem” i „Otchłanią” na czele. Tak, jakby za sprawą najnowszej technologii chciał podkręcić to, czego z dawnym sprzętem nie mógł zrobić. Ten zabieg świetnie wypada w trzeciej, wypełnionej czystą akcją części produkcji. Trzyma w napięciu i jednocześnie zachwyca.

 

Gdyby całość była w taki sposób nakręcona (nawet z i tu obecnym patosem), drugi „Avatar” byłby o wiele lepszym filmem.

Tymczasem, raz jeszcze problematyczne jest też kulturowe przywłaszczenie elementów rdzennych kultur, obdarzenie nimi plemion zamieszkujących Pandorę i częściowe obsadzenie ról białymi aktorami i aktorkami. Sully, niczym bohater z „Tańczącego z wilkami”, nie tylko staje się lepszym tubylcem niż tubylcy, ale też „zakłada” (zresztą nie tylko on) niebiałe ciało. Kate Winslet mówi z bardzo problematycznym akcentem. Kiri (grana przez Sigourney Weaver) ma głębsze połączenie z samą planetą i jej naturą niż rdzenni Na’vi. Rola ciekawej postaci, jaką jest Neytiri, w drugiej części zostaje zminimalizowana, a jej główną cechą charakteru jest złość.

 

Gra ją ponownie Zoe Saldaña.

A przecież jednym ze stereotypowych wizerunków czarnych kobiet jest bycie nieustannie wściekłą. Cameron reprodukuje także binarny i heteronormatywny podział świata. Zaskakujące jest to, że jego wyobraźnia potrafi wykreować wieloryby, które są artystami (nie będę zdradzał), a nie umie wyobrazić sobie świata, gdzie współistnieją nie(hetero)normatywne osoby.

 

 

Mimo wszystkich uproszczeń i problematycznych rozwiązań, „Avatara: Istotę wody” ogląda się świetnie.

Oczywiście wszystko dzięki technologii, która ma na celu również odwrócić uwagę od niedoskonałości. Oglądanie nowego filmu Camerona jest też jak wycieczka do najodleglejszego miejsca. Wiemy, że na zawsze w nim nie pozostaniemy, tylko niebawem wrócimy na Ziemię. Warto się w tę podróż udać. To (TYLKO) 3 godziny.       

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
27
Świetne
Świetne
19
Smutne
Smutne
3
Komiczne
Komiczne
9
Oburzające
Oburzające
11
Dziwne
Dziwne
24