fot. materiały prasowe, kadr z filmu „Malcom i Marie”

Recenzja „Malcolma i Marie”. Co poszło nie tak?

Pierwszy nakręcony i sprzedany Netflixowi za bajońską sumę podczas pandemii COVID-19 film sprawił, że „Malcom i Marie” Sama Levinsona z marszu stał się gorącym tytułem, na który  należało czekać.

Napisany specjalnie dla dwójki aktorów, Zendayi i Davida Washingtona, zamknięty w czterech ścianach i utrzymany w stylowej czerni i bieli obraz miał być wiwisekcją związku oglądanego jak pod mikroskopem. Trailer przyniósł porównania do „Kto się boi Virginii Woolf?” Mike’a Nicholsa. Wrzało. Wraz z niedawną premierą okazało się, że przedwcześnie. „Malcolm i Marie” w najlepszych momentach jest zlepkiem pięknie sfotografowanych, energetycznych scen, które Zendaya bierze szturmem i w nich błyszczy. W najgorszych jest jak ulice w czasie lockdownu – bezduszny, z powidokiem niedawnego życia.

Spełniony twórca

Malcolm (Washington) jest przeświadczonym o swojej wielkości reżyserem, a Marie (Zendaya) jego inteligentną, ironiczną i olśniewającą partnerką. Razem wracają z premiery najnowszego filmu mężczyzny, który, na co wszystko wskazuje, ma okazać się uznanym przez krytyków_czki hitem. Jest pierwsza w nocy, kiedy parkują przed przepięknym luksusowym domem (autentyczna lokalizacja: The Caterpillar House, Camel, California) wynajętym dla pary przez studio produkcyjne.

 

kadr z filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

W chwili, gdy Marie korzysta z toalety, Malcolm szykuje sobie drinka i włącza utwór Jamesa Browna. Rozkręca prywatną imprezę, podczas której może odstresować się po wypełnionym hollywoodzką śmietanką premierowym pokazie i jednocześnie pogrążyć się w uwielbieniu dla własnego talentu.

Marie nie chce w niej partycypować. Jest rozczarowana, ponieważ Malcolm nie podziękował jej w mowie wygłoszonej po premierze i nie chce przyznać, że scenariusz filmu w dużej mierze oparł na nieszczęśliwej młodości Marie, kiedy walczyła z uzależnieniem od narkotyków.

kadr z filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

Gdy mężczyzna prosi ją o przygotowanie nocnej przekąski, makaronu z sosem serowym, frustracja sięga zenitu i Marie wybucha. Kłótnia, która się rozpętuje, dotyczy nie tylko ich wzajemnej relacji, ale też krytyki filmowej, byciu czarnym_ą artystą_ką w Hollywood, rasizmu i związków w ogóle.

 

Scenariusz, który w streszczeniu brzmi jak tworzony przez długie lata, na ekranie wygląda, jakby Levinson napisał go na dzień przed rozpoczęciem zdjęć.

Pierwsze co uderza to antypatyczność Malcolma. Nie jest to antybohater, któremu możemy kibicować, tylko egocentryczny bubek, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Żyje w przeświadczeniu, że wszechświat uwziął się na niego i w chwili, kiedy już niemal wygrywa, już widzi światełko sławy w tunelu, jego partnerka mu w tym przeszkadza. Stereotypowy heteryk, z którym po prostu nie chce się przebywać. Postać została nakreślona grubą kreską, a przesadne wczucie się Washingtona w odgrywaną rolę (z angielska: overacting) nie pomagają w zrozumieniu jej motywacji.

kadr z filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

Przemocowy związek

Początkowo Marie funkcjonuje jako sumienie Malcolma, odbijająca kolejne piłeczki jego wątpliwości, podważająca lawinę wypowiadanych sądów. Nie czyni to z niej pełnoprawnej bohaterki, co Zandaya stara się ograć, a że jest wyśmienitą aktorką, wystarczą jej minimalne środki, jak ruch głową czy przygryzienie warg. Jednocześnie praca, którą musi włożyć jest niewspółmierna z możliwościami, jakie daje jej scenariusz.

 

Trudno uwierzyć, że Malcolm i Marie istnieją poza designerskim domem, jakby zostali stworzeni tylko na potrzeby tych czterech ścian, jak w pierwszej części gry „The Sims”, kiedy nie można było odwiedzać innych cyfrowych postaci.

kadr z filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

Tym samym trudno uwierzyć w ich kilkuletni związek. Malcolm bywa obelżywy w stosunku do swojej partnerki, maltretuje i gnębi ją psychicznie. Zatem kiedy wypomina Marie, że wiózł ją do szpitala po przedawkowaniu i czuwał przy jej łóżku, nie sposób nie wyczuć w tym zwyczajnej ściemy i (nieudanej) próby ocieplenia wizerunku protagonisty. Co więcej, w taki sposób około dziesięcioletnia różnica wieku między nimi sprawia, że odczytujemy ich związek jako przemocową relację, w której Malcolm po prostu wykorzystuje władzę (przez płeć, wiek, karierę, jej uzależnienie), jaką ma nad kobietą.

Ta biała kobieta z „L.A. Times”

kadr z filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

Poza związkiem para w dużej mierze rozmawia o światku filmowym, a dokładnie o białych krytykach_czkach odczytujących obrazy czarnych reżyserów_ek jedynie przez pryzmat polityczności koloru skóry. Na premierze jedna z krytyczek (o której mówi: „biała kobieta z »L.A. Times«”) porównuje Malcolma do następnego Spike Lee i Barry’ego Jenkinsa, a nie Williama Wylera (tylko dlatego, że ten był biały). Doprowadza to protagonistę do furii, której wielokrotnie daje ujście już w domu, bez osób, które mogą zaszkodzić recenzjami. W tym momencie warto wrócić do reżysera „Malcolma i Marie”.

 

Sam Levinson częściowo oparł scenariusz na własnej biografii. Nie tylko nie podziękował żonie podczas odebrania nagrody za swój poprzedni film „Assassination Nation” z 2018 roku, ale też został doszczętnie za niego zjechany przez Katie Walsh, krytyczkę… „L.A. Times”.

plakat do filmu „Malcom i Marie”, materiały prasowe

Czy zatem Levinson, jako podwójnie uprzywilejowany (jest  biały, a jego ojciec to Barry Levinson, twórca „Rain Mana”), wykorzystuje pryzmat czarnego artysty w Hollywood, by odegrać się za negatywną recenzję sprzed lat, do tego napisanej przez kobietę? W tym sensie użyć słowa „nadużycie” to za mało.

Wydaje mi się, że „Malcom i Marie” został (przez COVID-19 naprędce, ale jednak) bardzo przez twórcę chłodno wykalkulowany. Tak jakby Levinson przy tworzeniu filmu zamiast tablicy z napisem „The End”, widział czerwone dywany gal najważniejszych nagród filmowych. Kalkulacja okazała się błędna. Krytycy_czki w większości nie połknęli jego „oscarowej przynęty”. Może to i lepiej, bo w tym roku zamiast czerwonych dywanów twórcy_czynie mogą liczyć jedynie na połączenie przez Zooma. A dla Levinsona to pewnie za mało.

 

„Malcolm i Marie”, reż. Sam Levinson, Netflix 2021.