fot. archiwum autorki

Szlakiem dębów i ptaków

Wystarczy nastawić budzik na czwartą trzydzieści, zaparzyć kawę, herbatę do termosu, zrobić kilka kanapek, wrzucić do plecaka lornetkę. Rogalinek to pół godziny drogi samochodem z Poznania.

Za ptakami nie chodzi się po szlakach. Raczej się je przecina, schodzi z nich i powraca, brodzi w trawie, trawersuje przez zręby w poszukiwaniu nawołującej sowy. Tam, gdzie możemy – chodzimy sami, tam gdzie rezerwat i obszar chroniony – koniecznie z przewodnikiem albo karnie po nitce szlaku. Czasem wędrujemy ścieżkami wyznaczonymi przez sarny i jelenie, najczęściej kierujemy się nieoficjalną mapą ptasiarzy.

Wystarczy nastawić budzik na czwartą trzydzieści, zaparzyć kawę, herbatę do termosu, zrobić kilka kanapek, wrzucić do plecaka lornetkę. Rogalinek to pół godziny drogi samochodem z Poznania. Jeśli jesteśmy w lepszej formie, pakujemy się w sakwy i ruszamy rowerami. My pojedziemy około dwóch godzin. Zaprawieni w bojach pewnie szybciej. Trasą rowerową R9 (na Wrocław) docieramy do Puszczykówka, stamtąd już wzdłuż Warty – przez most – trafiamy do Rogalinka.

NIE TYLKO WRÓBLE

Parkujemy pod zabytkowym drewnianym kościółkiem w Rogalinku. Jest połowa września, tuż po wschodzie słońca, czyli szósta trzydzieści. Z wału przeciwpowodziowego wyłania się morze mgły, jej gęsta wstęga zaznacza Wartę, znad białej warstwy nad łąkami i polami wystają dęby, jak maszty zatopionych okrętów. Wrażenie tym mocniejsze, że, ze względu na sędziwy wiek i obecność chronionego chrząszcza kozioroga dębosza, część dębów jest już martwa.

 

Rzesze fotografów przyjeżdżały i przyjeżdżają robić zdjęcia obumarłym olbrzymom. To odmiana szypułkowa, a łęgi rogalińskie to właśnie ich ostoja i malowniczy cmentarz.

Słońce powoli wznosi się zza lasu, stopniowo przeganiając mgły, budząc spore stadko wróbli, hałasujące przy ścieżce. Rogalinek i Rogalin są troszkę wiejskie, pewnie dlatego wróble czują się tu całkiem nieźle. W zaroślach popiskują sikory, małe modre rozbójniki i te większe – bogatki. Po przygotowanym na zimę polu, biega stado pliszek siwych.

 „[…] pliszki należą do ptaków zaczepnych i atakują nawet o wiele większe od siebie gatunki, goniąc za nimi w locie. Ponieważ lot ich jest bardzo zwinny, mogą sobie pozwolić nawet na zaatakowanie niebezpiecznego krogulca, który, jak się wydaje, dla pliszek nie jest groźny”.

NAŚLADOWCY I AWANTURNICY

Wędrujemy przez mgłę, grzejemy się w pierwszym słońcu, łęgi lśnią rosą na pajęczynach…

Osłonecznione, w pierwszej kolejności, czubki drzew obsiadły szpaki. Jesienne stada są głośne i objadają się owocami dzikiego wina czy czarnego bzu. To te ptaki, które kojarzy się z filmów w sieci – tworzą olbrzymie stada, kuliste i rozciągające się formacje, zwrotne i uprawiające podniebny balet. Na pobliskiej topoli któryś zawzięcie naśladuje wilgę, to też szpaczy znak rozpoznawczy – imitacja.

„Śpiew dorosłego samca jest niezwykle urozmaicony i składa się z różnych tonów w większości zapożyczonych od innych ptaków. Szpak naśladuje świetnie głos czajki, dzięcioła zielonego, jaskółki, dzierlatki, wróbla, kawki, wrony, kaczki i całą skalę głosów zapożyczonych od łyski. Obok tego naśladuje świetnie plusk wody […]”.

Wędrujemy przez mgłę, grzejemy się w pierwszym słońcu, łęgi lśnią rosą na pajęczynach, odzywa się dzięcioł duży, ze ścieżki podrywają się dwa trznadle. Jesteśmy zmęczeni. Mamy za sobą długi tydzień, niewiele się zastanawiając, wybieramy łąkę pod rozłożystym dębem i zalegamy na niej na najbliższą godzinę. Budzi mnie szum. To znów szpaki, jest ich kilkadziesiąt, może setka. Na dębie awanturuje się kowalik.

„Kowalik […] sprawia wrażenie, jak gdyby stale był wystraszony, gdyż z powodu krótkiej szyi trzyma głowę nisko i wtula ją w ciało. Bystre oczy i nagłe ruchy głowy nadają mu wyraz jak gdyby wielkiej przebiegłości”.

ŚMIECH ZZA WARTY

Herbata i kanapki bardzo się przydają, już dobrych kilka godzin dzieli nas od śniadania. Słońce mocniej grzeje, jest dziewiąta trzydzieści, śmiejemy się, że kiepskie ptasie łowy – same szpaki, wróble, sikory. Wtedy, znad dębu, dokładnie pośrodku korony, wypływa krogulec. Jakby się zdziwił naszą obecnością. Obserwujemy nieudane polowanie, drobny ptak, nierozpoznany w ostrym już świetle słońca, wymyka się szponom. Krogulec odlatuje. Zadzieram głowę, wysoko na gałęzi drzewa czyści piórka i śledzi lot szerszenia pokrzewka. Zza Warty śmieje się dzięcioł zielony.

 

„Dzięcioł zielony odzywa się najpilniej, gdy zbierają się chmury i dlatego lud uważa okrzyki tego ptaka za przepowiednie deszczu. Oczywiście, nie należy przypisywać dzięciołowi zmysłu proroczego”.

Jakby słońce osuszyło mokre pióra, ogrzało zziębnięte skrzydła – pojawiają się jaskółki dymówki, znad stawu wzbijają się łabędzie nieme. Łabędzi nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć, że nadlatują. Łopot dużych ciężkich skrzydeł można usłyszeć z zamkniętymi oczami, dźwięk jest nie do pomylenia.

POPŁOCH W DROBNICY

 

Słońce powoli wznosi się zza lasu, stopniowo przeganiając mgły, budząc spore stadko wróbli, hałasujące przy ścieżce.

Warta to w niedzielę królestwo rybaków – przeciwległy brzeg zbyt szybko zapełnia się samochodami. Wędrujemy wąską ścieżką przez chęchy, znów spotykamy żółtego trznadla oraz… połacie kolczurki klapowanej. Pnącza z kolczastymi, ogórkowatymi owocnikami wyglądają pięknie, ale znajomi przyrodnicy załamywali nad nimi ręce – to roślina inwazyjna, która wymknąwszy się z ogródków działkowych (aha!), panoszy się niemiłosiernie, podduszając rodzime nadwarciańskie zarośla.

Suche drzewo po drugiej stronie rzeki i kształt na gałęzi. Bez lornetki obstawiam myszołowa. Pół godziny dalej i później – trzy „myszaki” kołują niespiesznie nad łąkami. I wtedy pojawia się ona, wypatrywana od rana: kania. Pojawienie się drapieżnika wznieca popłoch w ptasiej drobnicy. Mam niewprawne oko, ale nadal obstaję przy tym, że to może ta „ładniejsza” – kania ruda, z wciętym ogonem i jasnymi „oknami” na spodzie smukłych skrzydeł?

 

„Kania ruda w przestworzach płynie, majestatycznie zataczając kręgi i koła, żaden z naszych ptaków nie dorównuje jej wytwornością lotu. Jest ona wielką ozdobą krajobrazu”.

POWRÓT: KLANGOR ŻURAWI

Wracamy pod drewniany kościółek po pięciu godzinach. Im częściej się zatrzymujemy, tym więcej słyszymy i widzimy. Chyba o to chodzi, o zanurzenie się w przyrodzie, świeżym powietrzu, otwartym widoku. Zejściu z łąk towarzyszy najpiękniejszy jesienny głos – klangor żurawi. Nawołują się, kołują, odlatują, pewnie na inną łąkę. Łęgami można też przejść czerwonym szlakiem z Rogalinka do Rogalina. Ale to może w następną niedzielę, zanim wstanie słońce.

Wszystkie cytaty pochodzą z ważnej dla mnie książki – dwutomowego atlasu „Ptaki ziem polskich” Jana Bogumiła Sokołowskiego. Nie zawsze rozpoznam pokrzewkę – czy to kapturka, czy piegża, ale dzięki poznańskiemu przyrodnikowi lubię ptaki. Atlas to druga edycja, z 1972 roku, więc trzeba pamiętać, że nie wszystko, co profesor pisze, jest dziś aktualne. Ale pliszki nadal są odważne, a modraszki to harde bandziory.

 

Tekst ukazał się w dodatku do „Głosu Wielkopolskiego”, Kultura u Podstaw, Szlaki/Wielkopolska, 29–30 września.

MARIA KRZEŚLAK-KANDZIORA – szefowa księgarni, kocha książki i przyrodę. Założyła księgarnię Bookowski, która mieści się w CK ZAMEK w Poznaniu.

 

CZYTAJ TAKŻE: Zachwyt na szlaku
CZYTAJ TAKŻE: Szlaki tradycji
CZYTAJ TAKŻE: Śladami