fot. Mariusz Forecki

Szpieg, który się wstydził

Spektakl oparty na prawdziwej historii kanclerza Willy’ego Brandta i jego współpracownika, a jednocześnie szpiega – Güntera Guillaume’a. Rewelacyjna scenografia, minimalistyczna i chłodna, jak nasze wyobrażenie o niemieckiej polityce. Spójna koncepcja reżyserska. Tylko czasem między aktorami nie iskrzy i przedstawienie traci tempo.

Willy Brandt wygrał po raz kolejny wybory, choć łatwo nie było, w sztabie radość, na scenie zabawny taniec zwycięstwa, podbijający tempo spektaklu. I tylko twarze aktorów, przypominają twarze etatowych żałobników z domu pogrzebowego. Czy tak cieszą się politycy ze zwycięstwa swojego przywódcy? Trudno w to uwierzyć.

Palais Schaumburg, siedziba kanclerza Republiki Federalnej Niemiec, rok 1969, moment przejmowania urzędu przez pierwszego powojennego polityka lewicy, charyzmatycznego Willy`ego Brandta. Pojawiają się doradcy nowego kanclerza – Horst Ehmke, który będzie dowodził jego biurem (Jakub Papuga), Hans-Dietrich Genscher, przyszły minister spraw wewnętrznych (Michał Frydrych), Herbert Wehner, przewodniczący partii socjaldemokratów (Piotr Kaźmierczak), który potem będzie tworzył układy poparcia dla Helmuta Schmidta (Andrzej Szubski).

Rozpoczynają się gabinetowe rozgrywki, przeplatane wyraźnym wątkiem szpiegowskim. To właśnie obecność oficera Stasi w najbliższym otoczeniu Willy’ego Brandta, przyczyniła się do jego upadku, choć polityczną karierę złamały mu też przecieki. Współpracownicy kanclerza ujawniali mediom kulisy jego prywatnego życia – zdjęcia, świadczące o nadmiernym pociągu polityka do kobiet i alkoholu.

„Demokracja” Michaela Frayna w reżyserii Pawła Szkotaka to niezły spektakl, choć między aktorami czasem nie iskrzy, przez co przedstawienie kilka razy traci tempo. Momentami odnosi się wrażenie, jakby aktorzy raczej odgrywali temat niż go tworzyli. Wyjątkiem jest Przemysław Chojęta jako Günter Guillaume, oficer Stasi, a jednocześnie oddany współpracownik Brandta, który w dużym stopniu odpowiada za jego dymisję. To bez wątpienia jego spektakl. Aktor potrafi prowadzić rolę tak, że widz ani na chwilę nie ma wątpliwości, co do niejednoznaczności postaci Guillaume’a, co do tego, że był człowiekiem, targanym rzeczywistymi, sprzecznymi emocjami, a nie tylko oficerem, chłodno wykonującym swoje szpiegowskie obowiązki. W finale okazuje się, że stał się też ofiarą politycznych rozgrywek. „Herbert Wehner posłużył się mną, jak morderca sztachetą, żeby zatłuc Willy’ego” – mówi – „Ani przez moment nie pokazałem, że się wstydzę. Ale jest mi wstyd. Teraz jest mi wstyd...”.

Nie przekonuje natomiast do siebie odtwórca roli Willy’ego Brandta – Michał Kaleta. Ten, dobry skądinąd, aktor poszedł w grę nonszalancką, od początku dystansując się do kreowanej przez siebie postaci. W efekcie jego Brandt jest jednowymiarowy, zblazowany. Nie ma w nim ani wielkiego, charyzmatycznego polityka, ani uwodzicielskiego kobieciarza. Jest średniego formatu polityczny gracz, który nadużywa alkoholu i czasem cierpi na depresję. Dlatego słabo wypada scena, która mogła być przejmująca. Myślę tu o sławnym „uklęknięciu Brandta”. To, daleko wykraczające poza protokół dyplomatyczny, zachowanie ówczesnego kanclerza Republiki Federalnej Niemiec przed Pomnikiem Bohaterów Getta, podczas jego wizyty w Warszawie w 1970 roku, uznano za gest historyczny. Egon Bahr, jeden z najważniejszych doradców Willy’ego Brandta od polityki wschodniej, w jednym z wywiadów, tak wspomina tamtą chwilę: „Jechałem w samochodzie z panem Beitzem von Kruppem, za Brandtem. Ten wysiadł, my powoli poszliśmy za nim. Nagle stanęliśmy jakby przed ścianą odwróconych do nas tyłem dziennikarzy, operatorów itp. Zrobiło się całkiem cicho. Podeszliśmy, dotknęliśmy czyichś pleców, pytając, co się dzieje. Osoba ta odwróciła się i powiedziała: „On klęczy!”. Nie widzieliśmy tego. Wieczorem wypiłem z kanclerzem szklaneczkę whisky i, mimo że nic nie widziałem, byłem tym wydarzeniem tak poruszony, że nie byłem w stanie zapytać go o ten moment. Powiedziałem tylko: „To było wspaniałe!”. Brandt zareagował: „Nagle poczułem, że złożenie wieńca nie wystarczy”. Oznacza to, że była to decyzja chwili. I nie mam wątpliwości, że obraz ten poznał cały świat. Z pewnością przyczynił się do przyznania Brandtowi Pokojowej Nagrody Nobla”.

Richard von Weizsäcker, szósty prezydent Republiki Federalnej Niemiec, uważał, że było to „niesłychane wydarzenie i niewyobrażalny moment“. Ten „niewyobrażalny moment” na scenie teatru odarty jest z jakiegokolwiek znaczenia i siły. I duży w tym udział Kalety, który pada na kolana, jak ktoś, kto zbyt wiele wypił i zwala go z nóg. Scena wypada dość śmiesznie, choć aktorzy mają twarze pokerzystów (zresztą przedtem i potem też). I nie chodzi wcale o to, by monumentalizować postać Brandta, ale o to, by umieć pokazać emocje, które nim wtedy targały. 

 

Pozostali aktorzy tworzą polityczny kontekst, w którym zatopiona jest relacja Brandt – Guillaume, ale kontekst znaczący. Szkoda, że nie pokusili się o większe zindywidualizowanie granych przez siebie postaci, czyżby uznali to za zbędne?

Za mało charakteru pokazują Schmidt i Genscher. Chociaż pierwszy uchodził za twardziela i konserwatystę, a drugi – za cynika. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ten okres w niemieckiej polityce, Polaków specjalnie nie interesuje, a może po prostu wiemy o nim zbyt mało?

„Demokracja” to tekst bez wątpienia ciekawy, ale na scenie ma pewne dłużyzny, które reżyser próbuje zdynamizować, wprowadzając elementy taneczno-ruchowe (fajny pomysł). Jedynym mankamentem tych zabawnych scen jest to, że aktorzy nie czują ich surrealistycznego zabarwienia. A to jest właśnie ten moment, kiedy reżyser puszcza oko do widowni.

Nie ma co ukrywać, przy tego typu realizacjach, największy ciężar spoczywa nie na reżyserze, ale właśnie na aktorach. To oni muszą umieć zafascynować widza dramatem, rozgrywającym się w cieniu gabinetowych rozmów, a pośrednio także – zbudować portret współczesnej demokracji (dość ponury zresztą). I to na scenie Teatru Polskiego nie do końca się udało.

 

Znakomita scenografia Agaty Skwarczyńskiej (współpracującej często z Teatrem im. H. Konieczki w Bydgoszczy) powoduje jednak, że nawet w chwili, kiedy napięcie siada, nie odczuwamy tego zbyt dotkliwie.

Gra świateł (też sprawka Skwarczyńskiej) buduje nastrój, który porusza nasze emocje, a świetnie dobrane projekcje na jednym z murów, zajmują cały czas naszą uwagę. Pomysł artystki – prosty i niezwykle funkcjonalny, przy tym pojemny znaczeniowo, to dowód na to, że dobra scenografia może być istotnym elementem konstrukcyjnym całego spektaklu, tworzyć z nim jedność. 

Premiera „Demokracji” odbyła się w Londynie w Royal National Theatre 9 września 2003. Jej autor, obecnie 82-letni Michael Frayn, jest jednym z najbardziej znanych angielskich dramaturgów i powieściopisarzy. Na polskich scenach, oprócz „Demokracji”, grane były również inne jego sztuki: „Czego nie widać” i „Kopenhaga”.

Teatr Polski w Poznaniu, „Demokracja” Michaela Frayna w reżyserii Pawła Szkotaka. Premiera 26 kwietnia.

 
Poniżej galeria zdjęć ze spektaklu.