fot. Mariusz Forecki

Tak wiele, tak niewiele

Profesor Vladimír Birgus opowiada o swoich fotografiach z lat 70. i 80., a także o powrotach do historycznych materiałów dokumentalnych, nabierających współcześnie nowej aktualności.

„Tak wiele, tak niewiele” to wystawa zdjęć realizowanych przez Vladimíra Birgusa w latach 70. i 80. w krajach demokracji ludowej, głównie w Czechosłowacji, ale i w Polsce, Związku Radzieckim, na Węgrzech. Skupiając się na komunistycznej obrzędowości, stworzył on zestaw zdjęć komentujących uwikłanie pojedynczych ludzi w opresyjny system polityczny. Zbudował pełną szarzyzny historię o podwójnym życiu, jakie prowadziło się w tym czasie, toczącym się w cieniu przepełnionych pustymi gestami oficjalnych manifestacji. Zaproponował przytłaczający komentarz, sprowadzający się do przejmującego portretu ludzi złapanych w pułapkę wszechobecnej cenzury, propagandy i kontroli.

Zdjęcia prezentowane są obecnie podczas cyklu europejskich wystaw, które odbywają się tej jesieni w Pradze, Paryżu, portugalskiej Bradze i Poznaniu. Korzystając z okazji ich wielkopolskiej odsłony i spotkania z publicznością, rozmawialiśmy o powodach, dla których te historyczne materiały nabierają współcześnie nowych znaczeń.

 

MICHAŁ SITA: Dokumentalną fotografię łatwiej oceniać po czasie?

VLADÍMIR BIRGUS: To prawda, że dokumentalna fotografia zyskuje z czasem na znaczeniu, a szczególnie jest to czytelne w przypadku autorów odkrywanych na nowo. Lartigue na przykład, przez dziesiątki lat zapomniany, daje zupełnie niepowtarzalny wgląd w realia francuskiej belle époque. Nikt inny nie sfotografował tego okresu tak jak on. Vivian Maier zyskuje uznanie, na jakie nie miała w swoich czasach najmniejszych szans. Dzieje się tak, ponieważ dokumentalna fotografia zatrzymuje rzeczywistość, zachowuje wgląd w realia pewnego momentu na nieco innych zasadach niż fotografia mody, inscenizacje, fotografia intermedialna czy konceptualna.

Dokument żyje innym rytmem. Nie zawsze znajduje się na szczycie popularności, ale z czasem okazuje się istotny. Nie tylko przez to, że rejestruje, ale i przez to – co spotyka się u niektórych autorów – że interpretuje i analizuje rzeczywistość, o której opowiada.

 

Pańskie czarno-białe zdjęcia z krajów socjalistycznych przeleżały w prywatnym archiwum 40 lat. Dlaczego tak długo i jak ten czas wpłynął na ich odbiór?

To opóźnienie wynikało właśnie z tego, że interpretacje zawarte w tych obrazach były niebezpieczne. Nie dało się ich wystawiać na bieżąco. W Polsce mieliście Chrisa Niedenthala, Andrzeja Baturo, Krzysztofa Barańskiego, którzy będąc fotografami zawodowymi, czyli takimi, którzy drukowali zdjęcia w prasie, jednocześnie mieli możliwość spoglądania na rzeczywistość z ironią. U nas było inaczej. Wartościowy dokument z komunizmu wykonywali między innymi Viktor Kolář, Jindřich Štreit, Dana Kyndrová – żaden z nich nie utrzymywał się z fotografii, zdjęcia robili do szuflady.

Vladimír Birgus, „Tak wiele, tak niewiele”

Vladimír Birgus, Praga 1989 r., zdjęcie z cyklu „Tak wiele, tak niewiele”

W Czechosłowacji kilku autorów zajmujących się tym samym co ja, tematem socjalistycznej obrzędowości, to ludzie, którzy na co dzień nie żyli z fotografii. Jindřich Štreit był nauczycielem, ja wykładałem na FAMU. Nie miało dla nas znaczenia, czy zdjęcia opublikuje jakaś gazeta. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na osobisty komentarz. Podobnie do dokumentacji codzienności podchodzili amatorzy tacy jak Gustav Aulehla. Profesjonaliści z kolei musieli uważać na to, co robią – pytanie, czy prasa przyjmie to, co mają do zaproponowania, było dla nich kluczowe. Fotografując oficjalne obchody, skupiali się więc na zupełnie innych momentach niż ja czy Jindřich Štreit.

Jedynie Dana Kyndrová na bieżąco publikowała, ale działo się tak ponieważ przekazywała zdjęcia magazynom używającym ich do ilustrowania tekstów całkowicie nieprzystających do treści fotografii. Jej prace mogły się ukazać publicznie, bo w tym prasowym kontekście zachowywały pozory wspierania świata socjalizmu, mimo że samodzielnie były w oczywisty sposób ironiczne. Gdyby kilka z tych zdjęć wybrać, napisać do nich osobny tekst, mogłoby się to źle skończyć.

Również moje zdjęcia nie miały szans w oficjalnych przestrzeniach. Miałem jednak to szczęście, że Katedra Fotografii na FAMU, gdzie pracowałem, była bardzo liberalnym miejscem, z profesorem Jánem Šmokiem dbającym o otwartość tego środowiska. Zawsze gdy miałem problemy z milicją, zeznawałem, że fotografuję dla FAMU, mogłem liczyć, że profesor ukryje donosy. I w komunizmie, gdy człowiek  miał trochę odwagi, mógł stworzyć wysepki wolności. Dla siebie i innych.

Vladimír Birgus, „Tak wiele, tak niewiele”

Vladimír Birgus, Leningrad 1982 r., zdjęcie z cyklu „Tak wiele, tak niewiele”

 

Zdjęcia z socjalistycznych obchodów są zaskakujące szczególnie w kontekście pańskich późniejszych, kolorowych zdjęć, tych najbardziej rozpoznawalnych. Jak dziś podchodzi pan do swoich wcześniejszych prac?

W zdjęciach z cyklu „Tak wiele, tak niewiele” chodzi o to samo subiektywne spojrzenie. Zawsze interesowała mnie fotografia z podtekstem, pozwalająca na różnorakie interpretacje. Właśnie tego rodzaju zdjęcia robiłem w komunizmie. Kolorowe fotografie powstawały zresztą równolegle, pracę nad nimi zacząłem już w 1982 roku. Czarno-białe miały podobny do nich, subiektywny charakter. Zawsze starałem się, by fotografie nie były jedynie prostym opisem rzeczywistości, ale by znalazł się w nich wizualny symbol, metafora, niezależnie czy był to kolorowy cykl „Coś niewysłowionego”, czy fotografie komentujące codzienność polityczną.

 

Niedawno w Poznaniu wystawę zrealizował Jindřich Štreit, proponując przegląd sposobów zachowania niezależności w sztuce czechosłowackiej w czasach komunizmu. Pojawiają się projekty, takie jak Simona Mennera, reinterpretujące fotograficzne archiwa wschodnioniemieckiej Stasi. Dlaczego właśnie teraz zaczynamy wracać do postaw twórczych kształtowanych w autorytarnym reżimie? Dlaczego zyskują na aktualności?

Powodów jest kilka. Pierwszym jest fakt, że zapominamy. My, którzy przeżyliśmy te czasy, wracamy do okresu młodości z intencją, by wspominać ją lepiej, niż wyglądała w rzeczywistości. Po latach pamiętamy, że byliśmy młodzi i zakochani. Zapominamy reżim i jego totalitaryzm. Stąd potrzeba powrotu do surowej dokumentacji z tych czasów, przypominania, że żyło się wtedy podwójnym życiem.

Vladimír Birgus, „Tak wiele, tak niewiele”

Vladimír Birgus, Loket 1984 r., zdjęcie z cyklu „Tak wiele, tak niewiele”

 

Większość nie wierzyła w komunizm, ale bała się, że gdy to zamanifestuje, to jej dzieci nie przyjmą na uniwersytet, że nie dostanie mieszkania. Ludzie chodzili więc na pochody pierwszomajowe, brali udział w uroczystościach. Zachowywali pozory.

Mam wrażenie, że moje zdjęcia całkiem precyzyjnie portretują ten stan, gdy człowiek dostaje flagę do ręki i gdy go posyłają na jakiś wiec. To mu się nie uśmiecha, ale myśli o tym, że w weekend się od tego odetnie, w domu posiedzi, pójdzie do knajpy. Będzie żył normalnie. Fotografie opowiadają o tej właśnie dwoistości funkcjonowania.

Drugi kontekst to fakt, że myśleliśmy o demokracji jako danej raz na zawsze, a to przestaje być w naszych wyszehradzkich terenach oczywiste. Populiści mówiący o demokracji jako przeżytku, o bezwartościowym frazesie, stanowią dla niej realne zagrożenie. Również z tego powodu przypomnienie, jak totalitaryzm wygląda, jest dziś istotne.

Od 29 lat, poza demonstracjami związkowymi, wielkie, masowe protesty, z jakimi mamy dzisiaj do czynienia w Czechach, po prostu się nie zdarzały. To samo dzieje się w Polsce i na Węgrzech. Nikomu nie śniło się tych 29 lat temu, że trzeba będzie się upominać o tak fundamentalne wartości. Myśleliśmy, że raz na zawsze mamy to za sobą. Dziś żyjemy w całkiem innej rzeczywistości.

 

Projekty fotograficzne oparte na archiwalnych materiałach mają tak duży wpływ na międzynarodową publiczność, bo skutecznie komentują dzisiejsze realia społeczne?

Oczywiście. Wiąże się to też jednak z koniunkturą w obiegu fotografii. Jeśli mówimy o festiwalu w Arles, Europa Środkowa leży na marginesie tego typu zainteresowań. Znaczący wyjątek pojawił się w tym roku – wystawa Libuše Jarcovjákovej.  Jarcovjákova to czeska fotografka, która w latach 70. i 80. fotografowała underground komunistycznej Pragi. Dla zachodniej publiczności okazało się nie do uwierzenia, że w Pradze tego czasu działały kluby dla gejów. Nie mieści się w głowie, że w komunistycznym świecie coś takiego miało rację bytu. Na tej wielkiej, przekrojowej wystawie, fotografka z bliska przedstawiła świat praskiej alternatywy:  pokazała aborcje, swoich kochanków, kochanki, wszystko w jednej, sensacyjnej ekspozycji.

Do tego momentu, z niewielkimi wyjątkami Koudelki, środkowoeuropejska fotografia pojawiała się na salonach festiwalu w Arles bardzo rzadko. Jego radar namierzony jest raczej na tereny postkolonialne, dodatkowo na Chiny i Amerykę Łacińską. My byliśmy ciekawi w roku 1990. W tym przełomowym momencie realizowaliśmy sporo wystaw, jak chociażby ekspozycja czechosłowackiej fotografii współczesnej, której premiera odbyła się w Muzeum Ludwig w Kolonii, a po niej kolejnych 9 odsłon w Europie i Stanach Zjednoczonych. Ale po kilku latach Europa Środkowa przestała interesować Zachód.

 

Kontekst historyczny to jeden element pańskiej opowieści. Myśląc o świecie współczesnej fotografii, bardzo istotne wydają się w niej próby rozdzielenia interpretacji od propagandy, kwestie manipulacji, społecznych fikcji, reakcje na zamknięte, ślepe postawy. Prowadząc Instytut Twórczej Fotografii, ma pan świetny wgląd w tego rodzaju próby reakcji. Jakie w tym kontekście strategie przyjmują studenci? Dokument jest podstawowym medium, za pomocą którego się wypowiadają?

Nie jesteśmy szkołą dokumentalną. Nie tak zdefiniowałbym ITF. Klasycznego społecznego dokumentu uczy tu Jindřich Štreit, Václav Podestát prowadzi zajęcia z subiektywnych form dokumentalnych, ale pracujemy też przecież z Ditą Pepe uczącą inscenizowanej fotografii, Tomášem Pospěchem prowadzącym studentów w bardziej konceptualnym kierunku. Pedagogowie są specjalistami w swoich działkach i dzięki temu to jedna z niewielu szkół prawdziwie uniwersalnych.

 

W różnych nurtach fotografii widocznych w ITF widać różne sposoby reakcji. I są one równoległe.

Robią to dokumentaliści, którzy rozumieją, że o wiele bardziej subiektywne podejście do dokumentu skutecznie komunikuje o współczesnych problemach, tą drogą, spośród polskich studentów, idzie na przykład Arkadiusz Gola, Adrian Wykrota, Mariusz Forecki czy Michał Szalast ze swoim ekspresyjnym zestawem z demonstracji.

Vladimír Birgus, „Tak wiele, tak niewiele”

Wystawa fotografii Vladimíra Birgusa „Tak wiele, tak niewiele”, widok ekspozycji w galerii PIX.HOUSE, fot. Mariusz Forecki

Szereg studentek i studentów, jak Anna Grzelewska, Rafał Siderski, Aleksandra Śmigielska czy Kaja Rata, ukazuje w autorefleksyjnych fotografiach własne życie albo losy swoich bliskich. Inni interesują się tematami społecznymi, trzeba wspomnieć Krzysztofa Gołucha, który od wielu lat z ogromną empatią dokumentuje życie niepełnosprawnych, tworząc obrazy o wielkiej sile. Jacenty Dędek zebrał setki sugestywnych portretów mieszkańców polskich wsi i miasteczek. To możliwości dokumentu eksplorowane przez polskich fotografów związanych z ITF.

Mnóstwo ludzi reaguje też w konceptualnych nurtach twórczości: Krystyna Dul, Konstancja Nowina Konopka, Michał Patycki, Jadwiga Janowska albo Karolina Wojtas. Rafał Milach w bardziej złożonych pracach, książkach i wystawach, proponuje opowieści, w których nie chodzi już o dokumentację, ale o komentarz na temat sposobów, w jakie władza wpływa na człowieka. To inny, jeden z równoległych sposobów reakcji na sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, mający ogromny wpływ na jego studentów.

Inni inscenizują i szukają możliwości w tworzonych przez siebie sytuacjach. Poszukują też tego, czym jest prawda w fotografii i jej społecznym kontekście – dobrym przykładem jest Pavel Maria Smejkal, który wygumkował ze sławnych wojennych fotografii ludzi. W zdjęciu zatknięcia flagi nad Reichstagiem Jewgienij Chałdieja wymazał osoby, pozostawiając tylko pustą ulicę. To bardziej intelektualne sposoby reakcji na współczesność, na manipulacje prawdą i na to, jak pod wpływem zewnętrznych nacisków kształtują się ludzkie postawy.

 

Wystawa fotografii Vladimíra Birgusa „Tak wiele, tak niewiele” czynna jest do 24 października 2019 r. Fotografie prezentowane są w galerii PIX.HOUSE, ul. Głogowska 35a, wtorek–piątek 14.00–19.00)

 

VLADIMÍR BIRGUS – urodzony w 1954 roku, profesor, historyki fotografii i jeden z najbardziej rozpoznawalnych czeskich fotografów. Znany najszerzej z realizowanych od lat 80. barwnych fotografii. Te niejednoznaczne obrazy, subiektywne interpretacje rzeczywistości, były szeroko eksponowane na całym świecie i miały duży wpływ na sposoby rozumienia koloru w fotografii funkcjonującej w obiegu sztuki. Jego czarno-białe zdjęcia z cyklu „Tak wiele, tak niewiele”, dokumentujące komunistyczną obrzędowość oficjalną i codzienne funkcjonowanie w jej cieniu, eksponowane są po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach od ich powstania. Vladimír Birgus jest też pedagogiem, założycielem i kierownikiem Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie – ważnej szkoły w Europie Środkowej, od lat 90. kształcącej coraz szersze grono polskich studentów.

 

CZYTAJ TAKŻE: Powinno być dobrze. Kolekcja Wrzesińska – recenzja książki Zuzy Krajewskiej

CZYTAJ TAKŻE: Message z Indii

CZYTAJ TAKŻE: Księżyc w trójwymiarze