fot. Materiały prasowe

Trzemesznianki

Jolanta Sroczyńska-Pietz w powieści „Światłoczuli”, powstałej w ramach rezydencjalnego programu Departamentu Kultury UMWW „Goście Radziwiłłów”, przedstawia historię małej ojczyzny, bohaterkami czyniąc głównie kobiety.

Kultura do niedawna jeszcze była rozpatrywana z pozycji centrum. To stąd, z jakiegoś najczęściej bardziej wyobrażonego niż realnego środka, miałaby promieniować na inne, peryferyjne bardziej rejony. Tam tworzyć by miano najlepsze, najbardziej wartościowe dzieła, obmyślać idee o ważności powszechnej. Na prowincji, na peryferiach zaś – przyjmować to wszystko, co stworzono gdzie indziej, z wdzięcznością i podziwem, z braku własnych możliwości twórczych. Jeśli już coś miałoby powstać, to jako ledwie blady cień doskonałych wzorów odległego centrum.

 

Małomiasteczkowość, prowincjonalność, zaściankowość to przecież synonimy wtórności, nieoryginalności, ograniczoności perspektyw, zacofania i zamknięcia na nowość.

Dzisiaj chyba sytuacja się zmienia. Dostrzegamy uproszczenia tkwiące w takiej jednostronnej perspektywie relacji pomiędzy „centrum” a „peryferiami” (bez cudzysłowu się chyba już nie obejdzie). Widzimy, że bez obustronnej wymiany ani jedna przestrzeń, ani druga nie miałyby racji istnienia. Zawsze ktoś dążył do dużych ośrodków po wiedzę, ale i przynosił coś ze sobą, co ubogacało, było wkładem prowincji w kulturę. Wracając, nie musiał wdrażać bezrefleksyjnie, z przekonaniem o ich doskonałości, wyuczonych rozwiązań, a raczej konfrontował je z okolicznościami, specyfiką kontekstu i dostosowywał doń.

Małe historie

Ta optyka współgra ze zmianą w postrzeganiu historii. Ważne dla nas dzisiaj są nie tylko doniosłe wydarzenia zmieniające oblicze całego świata, lecz i małe ojczyzny z ich małymi historiami, specyfiką, kolorytem. Mikrohistorie pokazujące szczególne, osobne nieraz losy małych regionów i miejscowości.

Jolanta Sroczyńska-Pietz w swojej powieści „Światłoczuli”, powstałej w ramach rezydencjalnego programu Urzędu Marszałkowskiego „Goście Radziwiłłów”, stara się literacko oddać tę właśnie przemianę. Miejscem akcji czyni wielkopolskie Trzemeszno.

Soczewka

Jednak samo uczynienie Trzemeszna punktem koncentrującym losy postaci nie zawęża problematyki powieści do wydobycia na wierzch historii tej konkretnej małej ojczyzny. Jakkolwiek dla trzemesznian z pewnością dodatkową atrakcją przy lekturze powieści może być rozpoznawanie znanych miejsc i uświadamianie sobie przy okazji, że ich historia jest życiem innych ludzi, to w istocie owa mała ojczyzna jest soczewką dla pokazania mechanizmów historii.

 

Okładka książki, fot. materiały prasowe

Okładka książki, fot. materiały prasowe

Powszechne staje się lepiej zrozumiałe poprzez lokalne. A lokalne przez powszechne.

Wielka historia, tak to określmy, jest odległa. Ma swoich wielkich bohaterów, wielkie wydarzenia – tak samo niedostępne dla świadomości, jak Księżyc. Małe historie posiadają twarze babć, dziadków, sąsiadów – są bliskie i dzięki temu w większym stopniu zrozumiałe. Wyraźniej też pozwalają ukazać mechanizmy procesów historycznych, bo wyrażają się w znanych z przekazywanych wspomnień zdarzeniach.

Konkret codzienności

A „Światłoczuli” obejmują w kolejnych przybliżeniach kilka dziesiątek lat historii Polski w takiej właśnie perspektywie, losów ludzkich, dla których wielka polityka jest ramą decydującą o możności bądź niemożności podjęcia jakichś działań. Akcja jest rozpięta pomiędzy 1895 a 1925 rokiem. Obejmuje germanizacyjne próby zaborcy pruskiego, pierwszą wojnę światową i powstanie wielkopolskie, kryzys gospodarczy lat dwudziestych. Wszystkie te wydarzenia są tłem dla drobnych działań, małych gestów, w których nie mniej niż w bohaterskich czynach widać opór, determinację w kultywowaniu swego stylu życia, języka, narodowości. Nie spotykamy na kartach powieści spektakularnych wydarzeń, jak strajk młodzieży, maszerujących na front oddziałów, krwawych bitew. Czytelnik dostaje obraz historii odmienny niż podręcznikowy, bar-dziej chyba sugestywny: przemawiający konkretem codzienności.

Być kobietą

Autorka jednak nie tylko przepisuje historię prowincjonalnego miasta, czyniąc je punktem spajającym biografie głównych postaci, dodatkowo obsadza kobiety w roli bohaterek swojej powieści. Mężczyźni u Sroczyńskiej-Pietz mają poboczne (jakkolwiek nie marginalne) znaczenie, a punkt ciężkości przeniesiony jest na kobiecą perspektywę i sprawczość.

 

Jolanta Sroczyńska-Pietz, fot. Janusz Jurek

Jolanta Sroczyńska-Pietz, fot. Janusz Jurek

Istnieje test Bechdel (tak nazwany od jego twórczyni), pozwalający ocenić, na ile film i każde inne dzieło kultury prezentuje kobietę jako aktywną uczestniczkę zdarzeń, a nie jedynie obiekt męskich westchnień i rywalizacji. Tę aktywność różnie można interpretować i pokazywać.

W „Światłoczułych” każda z bohaterek na swój sposób uczestniczy w życiu. Ida, Zosia i Zyta dają autorce możliwość pokazania ograniczeń i możliwości działań kobiet. Wielość dróg, jakimi można dochodzić do swoich celów.

Na jeszcze innym planie ukazuje Jolanta Sroczyńska-Pietz rzeczywistość Trzemeszna jako złożoną przestrzeń współistnienia i spotkań Polaków, Żydów i Niemców. Ich wzajemne relacje, animozje, a jednocześnie sąsiedzki los. Wspólne miejsce niepozwalające na separację. Przyjaźnie (we wspomnieniach Izydory i w dzieciństwie Zyty) są szczere, spontaniczne, a jednocześnie naznaczone tymi podziałami. Każdy się tu zna i wydaje się, że w te uniwersa poukładanych stosunków zamęt wprowadza nagłymi wtargnięciami wielka historia.

Cień zegara

„Światłoczuli” – choć to powieść, którą czytać można osobno – są swego rodzaju kontynuacją wcześniejszej powieści Jolanty Sroczyńskiej-Pietz „Cień zegara słonecznego”. Spotykamy się w niej z Idą w 1945 roku, już po zakończeniu wojny, w chwili śmierci i poznajemy jej historię od roku 1882. Z listów wyczytuje ją wnuczka Marysia, córka Zosi. Widać tu pewien zamysł pisarski stworzenia opowieści o ostatnich stu kilkudziesięciu latach polskiej historii z perspektywy kobiet i małej ojczyzny.

 

Goście Radziwiłłów, fot. Janusz Jurek

Goście Radziwiłłów, fot. Janusz Jurek

Autorka chce kobiety wydobyć z cienia historii, pokazać fundamentalną wagę ich krzątactwa – jak to określała Jolanta Brach-Czaina – i czyni to umiejętnie.

Teraz chyba trzeba czekać na kolejny tom trzemeszeńskich historii – obejmujący losy bohaterek wojenne i powojenne, w nowej zupełnie rzeczywistości społecznej i politycznej. Zamykający może opowieść albo też prowadzący dalej, ku bliższym nam czasom. Nie mniej przecież interesującym i naznaczonym wielką historią. 

Podziel się kulturą!