fot. zasoby komercyjne, główna brama do Kampusu Uniwersytetu Stambulskiego

Tu wszyscy są wielką rodziną

O doświadczenia związanych z nauczaniem polskiego w Stambule, różnicach kulturowych między Turcją a Polską i doświadczeniu bycia „pomiędzy” z dr. Arturem Stęplewskim rozmawia Oskar Czapiewski.

Oskar Czapiewski: Przez 25 lat uczył pan na poznańskiej polonistyce. Co sprowadziło pana do Stambułu?

Artur Stęplewski: W Poznaniu nie pracowałem całe 25 lat. Po studiach, już jako pracownik polonistyki, wyjechałem do Moskwy i Pekinu na lektorat. Po kilku latach wróciłem do Polski i do mojego staro-cerkiewno-słowiańskiego. Piszę mojego, ponieważ wiem, że dla wielu kolegów prowadzenie tego przedmiotu było karą, o negatywnym stosunku studentów nie wspominając…

 

A ja naprawdę to lubiłem. Przyznam, że cieszą mnie przypadkowe spotkania z byłymi studentami, którzy – już bardzo szczerze – przyznają się do nienawiści do tego scs-u i do mnie osobiście.

Jednak z rozrzewnieniem wspominają nasze zajęcia. W głowie zostały im jedynie strzępy deklinacji i koniugacji oraz anegdoty (między innymi o Cyrylu i Metodym, Bizancjum).

I tu pojawia się kolejny wątek, czyli Stambuł – Konstantynopol, stolica Bizancjum. Nigdy nie przyznawałem się na zajęciach, że nigdy wcześniej nie byłem w „drugim Rzymie”, ale IX wiek w stolicy imperium miałem w małym palcu. Tak, to było moje marzenie, którego realizację odkładałem z roku na rok.

Kiedy już jako pracownik slawistyki i bałkanistyki UAM wyjeżdżałem prywatnie i zawodowo do Serbii, Macedonii, Albanii i Kosowa, Stambuł był na wyciągnięcie ręki. Co więcej, nawet będąc w Turcji, robiłem wszystko, żeby nawet nie było tu międzylądowania.

 

Artur Stęplewski, fot. Oskar Czapiewski

Artur Stęplewski, fot. Oskar Czapiewski

Aż w końcu decyzja zapadła; niespokojna dusza wzięła górę.

Przygodę z UAM czas skończyć i przeprowadzić się… oczywiście do Stambułu. Zamieszkałem, rozgościłem się i wreszcie zdecydowałem się szukać śladów moich Braci Sołuńskich, fanariotów i Bizancjum. Odkryłem nowy świat z jego niezwykłą zwykłością.

 

O.Cz.: Chyba nie tak łatwo, poza konserwowanymi zabytkami, znaleźć tutaj ślady przeszłości. Miasto dynamicznie się rozwija i ewoluuje. Co roku przybywa tu około pół miliona ludzi. Między 1950 a 2000 rokiem populacja Stambułu wzrosła dziesięciokrotnie. Czy od czasu, gdy pan tutaj przybył, zauważył pan jakieś szczególne efekty tak zawrotnego tempa tej miejskiej ekspansji? A jakie zmiany zauważył pan w sobie po przeprowadzce? Czy sposób życia tutaj bardzo różni się od tego w Polsce?

A.S.: Przyleciałem do Stambułu w szczytowym momencie pandemii (tych szczytów było później jeszcze kilka), być może dlatego trudno mi zastaną sytuację porównać ze zwykłym życiem w mieście. Początkowo ulokowano mnie w całkiem pustym akademiku w odległej dzielnicy. Odległości są tu naprawdę znaczne i dojazd na przykład do pracy może zabierać do trzech godzin; ja jechałem tylko półtorej.

 

Wokół mnie mieszkali przede wszystkim Arabowie i Kurdowie.

Pewnie dzięki ich swobodnemu podejściu do wirusa nie bardzo się przejmowałem statystykami podawanymi przez media. Maseczkę nosiło się raczej dla ozdoby na przedramieniu. To, co mi imponowało, to ciągłe bycie w pracy. Podkreślam „bycie”, bo nie zawsze to się wiąże z efektywnością i zadaniowością.

W upalne noce budziłem się bardzo wcześnie i obserwowałem, jak od czwartej rano w piekarni po drugiej strony ulicy ojciec z synem zaczynali wypiekać, przed szóstą obaj wracali do domu, a zastępowały ich cztery siostry, które obsługiwały do dwudziestej, potem przez kolejne trzy godziny najstarsi bracia.

Rodzinne interesy są tu podstawą ekonomii. Z perspektywy europejskiej oczywiście z żalem patrzy się na dzieci, które sprzedają, strzygą, zamiatają i dostarczają towary. Tu jednak, choć nie jest to legalne, uznaje się, że jest to wdrażanie kolejnego pokolenia w życie. Z całą pewnością kryzys ekonomiczny, który niezwykle dokucza wszystkim w ostatnich latach, wymusza zatrudnianie każdej pary rąk.

 

A rodzina jest w Turcji i na Bliskim Wschodzie świętością – darem i przekleństwem.

Pandemia spowodowała zamknięcie tysięcy miejsc pracy, wtedy znalezienie choćby dorywczego zajęcia u członka rodziny było błogosławieństwem. Z przekleństwem zaś wiąże się inna obserwacja. Kiedy na zajęciach rozmawialiśmy o mieszkaniu, jeden ze studentów wciąż powtarzał, że mają być w każdym pomieszczeniu drzwi. Zapytałem go w końcu, dlaczego wciąż powtarza jedno zdanie. Spojrzał na mnie smutno i odpowiedział:

 

„Bo chciałbym chociaż trochę prywatności.”

 

Temat ten pojawia się często w rozmowach z młodymi ludźmi, nawet emigrację w dużym stopniu łączyłbym z marzeniem o uwolnieniu się od rodziny.

Do dzielnicy, w której teraz mieszkam, robiłem kilka podejść. Kiedy pojechałem oglądać pierwsze mieszkanie na Beyoğlu, nawet nie zadzwoniłem do drzwi. Przechodziłem wzdłuż zniszczonych kamienic z początku XX wieku (dawno zatarły się ślady luksusowych fasad i zdobień), z kilku herbaciarni przyglądali mi się nieprzyjaźnie miejscowi. Nawet na postawnym facecie robiło to niemiłe wrażenie.

Wreszcie jednak, zmęczony akademikiem, zdecydowałem się na ofertę tuż przy Tarlabaşı. Nazwa tej ulicy musi tu paść ze względu na złą sławę. Tureccy koledzy z niedowierzaniem i strachem przyjęli moją decyzję. A ja szybko zacząłem się rozgaszczać. Po dwóch latach wciąż pytają mnie znajomi spoza mojej (dzielnica, ale raczej dzielnia), czy się nie boję.

 

Odpowiadam wtedy, że wszystkie prostytutki z alfonsami, transwestyci, transseksualiści, dealerzy i innego rodzaju podejrzane typy mieszkają po drugiej stronie czteropasmówki, więc ja jestem bezpieczny i – co najważniejsze – szczęśliwy.

Los sprawił, że znów otaczają mnie głównie Kurdowie i Arabowie, co daje mi możliwość poznawania miasta i Turcji również z ich perspektywy.

Dla sprzedawców w okolicznych sklepach i barach stałem się starszym bratem albo braciszkiem; rano, nim dojdę do przystanku, witam się i zamieniam kilka zdań z mnóstwem ludzi. Nawet herbatę pijam regularnie w tych herbaciarniach, które tak mnie wystraszyły na początku. Podejrzanych typów unikam, ale swobodnie chodzę uliczkami, nad którymi wystają obnażone piersi, naturalne lub doprawione, a na chodnikach stoją mężczyźni, którzy lubieżnie trzymają ręce w kieszeniach.

 

Mnóstwo ludzi jest w Stambule, ale przyznaję, że nie jest to nie do wytrzymania.

Komunikacja miejska jest zorganizowana perfekcyjnie, co nie zmienia faktu, że oczywiście korki bywają i w godzinach szczytu tłok jest niesamowity. Jednak dość szybko można poznać zasady ruchu, nauczyć się nie wpadać na innych, przechodzić na czerwonym świetle i między samochodami. Być może zresztą jest mi tak dobrze w dwudziestomilionowym mieście dlatego, że – jak często słyszę – przez pandemię jest niewielki ruch turystyczny.

Gdyby turyści przyjeżdżali jak zwykle, to wtedy bym się przekonał, co znaczy męka życia w Stambule – powtarzają często ci, którzy z niedowierzaniem słuchają, że tak szybko się zadomowiłem. Ale jest chyba ważniejszy powód. Ja lubię być poza. Jestem trochę jak Róża Żabczyńska z „Cudzoziemki” Kuncewiczowej, z tą różnicą, że ją to czyniło nieszczęśliwą, a ja w tym się odnajduję. Jestem tu poza codziennością Polski – właściwie nie wiem, co się tam aktualnie dzieje; natomiast bez mediów tureckich jestem poza „najważniejszymi” wydarzeniami krajowymi. Ja je tworzę i wybieram sam dla siebie.

 

O.Cz.: Zadomawianie się na pewno ułatwia znajomość tureckiego. Ile zajęła panu nauka tego języka? Czy jest w nim coś, co szczególnie się panu podoba? Ile właściwie zna pan języków?

A.S.: W tym wypadku muszę zareagować jako lingwista i stary belfer. Wystarczająco długo zajmuję się językami, więc oczywiście przyzwyczaiłem się do pytań, ile ich znam, i próśb, żeby coś powiedzieć w języku x. I choć czasami dla zabawy i świętego spokoju to robię, to zawsze wtedy mi żal, że nie mam czasu opowiedzieć o fenomenie Języka (!) jako takiego.

 

Wnętrze Faculty of Letters, Uniwersytet Stambulski, fot. zdjęcie na licencji komercyjnej

Wnętrze Faculty of Letters, Uniwersytet Stambulski, fot. zdjęcie na licencji komercyjnej

Zatem może trochę tutaj. Od pięćdziesięciu lat jestem użytkownikiem języka polskiego, mówię nim i piszę, ale czy go znam? W chwilach zwątpienia mogę spojrzeć na dyplom doktora z zakresu językoznawstwa i poprawić sobie nastrój, ale kiedy się stoi w sali pełnej młodych ludzi, którzy dopiero zaczynają się go uczyć i siłą rzeczy trochę na oślep tworzą wypowiedzi, to człowieka ogarnia panika.

Bo niby zdanie jest poprawne, ale jednak brzmi obco. Często widzę uśmiechy na twarzach moich studentów, gdy zaczynam myśleć o tym, co mi nie zagrało w usłyszanej konstrukcji. Szybko wtedy mówię, że gramatycznie było w porządku, ale muszę wymyślić historyjkę, scenkę, kiedy Polacy tak by powiedzieli, a może tylko napisali, na przykład w jakiejś powieści dziewiętnastowiecznej, no i jeszcze którzy Polacy, to znaczy wskazać region albo grupę społeczną.

Możliwe oczywiście, że świetnie znam polszczyznę – lubię czasem tak myśleć, ale zdaję sobie sprawę, że teksty fachowe w wielu dyscyplinach są dla mnie niedostępne bez względu na fakt, że obiektywnie można nazwać je polskimi.

Międzynarodowe normy glottodydaktyczne określają co prawda, ile słów i konstrukcji gramatycznych trzeba poznać, żeby otrzymać certyfikat znajomości języka na jakimś poziomie, ale praktyka bardzo rozmija się z rzeczywistością.

 

W Turcji poznałem nowy zwyczaj komunikacji. Otóż tu niemal wszyscy nagrywają krótkie wiadomości i wysyłają je przez komunikatory w komórkach. Przyznaję, że nie umiem się do tego przyzwyczaić.

Kilka razy prosiłem znajomych Irańczyków i Kurdów, którzy naprawdę świetnie znali angielski, żeby pisali do mnie. Okazało się jednak, że żaden z nich nie zna zasad pisowni. Nauczyli się doskonale mówić, ale nigdy nie poznali odmiany pisanej. Czy zatem oni znają angielski? Nie umiem odpowiedzieć.

Jeśli więc dla uproszczenia szybko odpowiadam, że znam jedenaście języków, to nie oznacza wcale, że we wszystkich czuję się tak samo swobodnie w każdej sferze życia. Innymi słowy, jeśli po serbsku mogę rozmawiać o podstawowych nurtach w filozofii, to już po chińsku wolałbym, żeby tematem rozmowy była historia.

 

Podobnie częstym pytaniem jest zagadnienie trudności języka. Wiadomo, że każdy chciałby nauczyć się szybko i bez wysiłku, ale nie ma takiej skali w językoznawstwie, która określałaby, że języka x nauczymy się w sześć miesięcy, nawet jeśli nie będziemy chcieli, a język y zajmie nam 5 albo 10 lat.

Wszystko jest kwestią indywidualnych uzdolnień, wieku, w którym zaczynamy poznawać nowy język, motywacji. Często powtarzam osobom, które uczę chińskiego, że w żadnym języku tak szybko nie zacznie się mówić, oczywiście jeśli ma się trochę słuchu muzycznego, żeby odtwarzać różnice tonów, ale pisać wszystkich znaków to się nigdy nie nauczymy, a im lepiej chcemy mówić, tym robi się trudniej.

W turecki, zwłaszcza gdy się tu mieszka, człowiek się zanurza. Nie jest to kraj, w którym łatwo można znaleźć kogoś posługującego się angielskim. A skoro codziennie kilka osób pozdrawia cię na ulicy, w sklepie, dopytuje, to musisz odpowiedzieć, więc zaczyna się powoli dukać, aż szablony językowe stają się nawykiem.

 

Czasem oczywiście muszą pojawiać się interferencje z własnego języka albo chociaż idiomu – osobistego języka.

Dwa razy zwrócono mi na to uwagę w zupełnie zaskakującym zakresie. Już po jakimś czasie mojego pobytu w Moskwie, niedawno zmarła wybitna polonistka rosyjska profesor Tichomirowa, uśmiechnęła się do mnie życzliwie, zaciągnęła się papierosem i powiedziała:

 

„Artur, mówisz naprawdę fantastycznie po rosyjsku, czasem nawet można zapomnieć, że nie jesteś Rosjaninem, ale twój język jest za grzeczny. My, Rosjanie, tak wciąż nie przepraszamy i nie dziękujemy.”

 

I podobnie ocenił mnie kiedyś sprzedawca na stambulskiej ulicy, pytając, skąd jestem. Musiałem się chyba zawahać, bo nachylił się i szepnął:

 

„Mi możesz powiedzieć. Dobrze mówisz po turecku, ale Turcy nie są tacy uprzejmi.”

 

No proszę, i czy można powiedzieć, że ja znam rosyjski albo turecki?

A co mi się w tureckim podoba? Skracanie dystansu między ludźmi poprzez konstrukcje i zwroty językowe. Tu wszyscy są wielką rodziną (pamiętam to z mojego dzieciństwa na Dolnym Śląsku). Sprzedawczyni w sklepie jest moją abla – starszą siostrą, kelner staje się moim abe – starszym bratem, a nawet kanka-brach (od kan – krew, więc taki brat krwi), są też wujkowie i ciocie.

Trudno z rodziną nie rozmawiać!

 

O.Cz.: Wspomniał pan o Dolnym Śląsku. Jako że jest pan językoznawcą, muszę spytać – czy uznaje pan mowę Ślązaków za osobny język?

A.S.: A miało być bez polityki! Prowokuję, jednak niestety taka jest rzeczywistość. Zaraz do tego wrócę, ale muszę zastrzec, że Dolny Śląsk od Górnego językowo dzieli spora granica. Wciąż słyszę wypowiedź profesora Jana Miodka (wrocławianina pochodzącego z Tarnowskich Gór), który – chyba jeszcze przed moimi studiami polonistycznymi – wypowiedział się w telewizji, że Dolnoślązacy mówią najczystszą standardową polszczyzną.

 

Taki był w każdym razie stan pod koniec XX wieku, a wynikał z przymusowej i przyspieszonej edukacji przesiedleńców po II wojnie światowej, dla których wspólnym językiem stała się literacka odmiana polskiego.

Dziś, przyznaję to z żalem, świadomość normy przeciętnego użytkownika we Wrocławiu czy Legnicy jest taka sama jak w innych częściach kraju. Górny Śląsk zachował swoją mowę i słychać jej elementy nawet u moich kolegów po fachu, którzy z całą pewnością świetnie znają teoretycznie zasady odmiany kulturalnej.

Myślę, że zwrócił pan uwagę, że stosuję sporo synonimów pojęcia język i robię to nie tylko ze względu na stylistykę. Muszę tak postępować, ponieważ poruszył pan niezwykle delikatny i polityczny w samej rzeczy problem. Językoznawstwo nie potrafi niestety w tym zakresie oddzielić badań od sytuacji społecznej, kulturowej i ekonomicznej. Co więcej, nie wytworzyło wystarczających metodologii, który pozwoliłyby stwierdzić, czy jakiś system komunikacji jest językiem, czy też nie.

 

Skutkiem tego są spisy języków świata, które różnią się o kilka tysięcy, to znaczy niektórzy lingwiści podają minimalną liczbę około 1500, natomiast inni wyliczają 6000 języków.

Wszyscy mają rację, choć wychodzą z całkiem innych założeń. Najprostsze i zdroworozsądkowe wyjaśnienie jest takie, że możemy mówić o dwóch różnych językach wtedy, kiedy użytkownicy się nie rozumieją. Tak, ale… W jakim stopniu lub zakresie się nie potrafią zrozumieć? Na tak postawione pytanie trudno znaleźć rozsądną odpowiedź. Można też wskazać języki, których użytkownicy rozumieją się bez żadnego problemu, na przykład duński i norweski, nikt jednak nie ma wątpliwości, że są one różne.

 

Mnie najbardziej przekonuje definicja M. Weinreicha – amerykańskiego lingwisty żydowskiego pochodzenia – który w 1945 roku stwierdził, że język to dialekt z armią i flotą.

Z flotą może bym nie przesadzał, bo nie każdy kraj musi mieć dostęp do morza, ale co do istoty stwierdzenie to jest jak najbardziej aktualne również dziś. Ja dodałbym jeszcze tylko wolę. Mam tu na myśli chęć posiadania własnego języka, innego od tych, którymi mówią sąsiedzi.

Kiedy zatem pojawi się wola, to może nastąpić okres długotrwałej pracy na stworzeniem tego języka (skądinąd każdy język przechodził ten proces). I górnośląski jest na dobrej drodze: są już liczne tłumaczenia literatury światowej, jest oryginalna proza i poezja, zróżnicowana gatunkowo i tematycznie, są słowniki oraz elementarze, czytałem też teksty naukowe z zakresu humanistyki. Powtarzam, to oczywiście początek, ale udany. Potrzebna natomiast jest edukacja na wszystkich poziomach i przede wszystkim reklama – zainteresowanie samych użytkowników koniecznością poznawania standardu.

Zwracam na to szczególną uwagę, ponieważ tworzenie normy wiąże się z wykluczeniem wielu. Innymi słowy, powstaną dialekty regionalne formy standardowej, a to oznacza, że część mówiących po śląsku nie będzie się identyfikowała z językiem, który zaproponują pisarze, publicyści i językoznawcy. To również powód, dla którego potrzebna jest „armia”.

 

Z jednej strony, armia zaangażowanych twórców kultury, z drugiej – administracyjne, odgórne wprowadzanie języka we wszystkich sferach życia.

Jest to oczywiście możliwe również w Polsce, czego przykładem jest język kaszubski, o którym ja na studiach uczyłem się jako o dialekcie polszczyzny. Zatem jako Dolnoślązak z urodzenia całym sercem jestem za tym, żeby Górnoślązacy swój język mieli, jako językoznawca chętnie poznaję nowy język (literaturę śląską kolekcjonuję) i z przyjemnością zaangażowałbym się w tworzenie normy choćby w zakresie grafii i ortografii.

Prawdziwe jednak zasługi należą się już profesorowi Janowi Miodkowi, który prócz polonisty stał się też specjalistą od godki śląskiej i profesor Jolancie Tambor z Uniwersytetu Śląskiego.

 

O.Cz.: Czytałem ostatnio książkę Gastona Dorrena Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata. Autor jest zdania, że mandaryński może zastąpić angielski, jako lingua franca przyszłych generacji. Wiem, że próby przepowiadania przyszłości są dość ryzykowne, ale może jako użytkownik tego języka jest w stanie pan powiedzieć, czy rzeczywiście mandaryński ma taki potencjał? Czy pracując jako lektor w Pekinie, zauważył pan jakieś szczególne oznaki wzrostu zainteresowania tym językiem?

A.S.: Tak, to świetna książka. Przeczytałem ją w jeden wieczór, zazdroszcząc autorowi pomysłu. Są tam oczywiście pewne uproszczenia, ale jest to jednak literatura popularnonaukowa i polecam każdemu, kto boi się językoznawstwa.

Jeśli chodzi o chiński, to rzeczywiście wyraźnie widać wzrost zainteresowania tym językiem. Kiedy zaczynałem studia sinologiczne w 1989 roku, to nabór był co cztery lata i było nas ośmioro w grupie. Informacji o Chinach szukaliśmy w bibliotekach i antykwariatach. Zapotrzebowanie na rynku pracy było niewielkie, dlatego prowadzono tyle samo zajęć angielskiego i chińskiego, a Uniwersytet Warszawski mógł spokojnie specjalizować się w klasycznym języku i literaturze. Nic też dziwnego, że tłumaczenie na Targach Poznańskich po pierwszym roku przyniosło mi małą fortunę.

 

Dziś oczywiście jest inaczej. Chiny, chińskie produkty są wszędzie, ale również absolwentów sinologii, często świetnych znawców Kraju Środka i tłumaczy, jest wielu.

Czy jednak potęga ekonomiczna Chin może być zagrożeniem dla angielskiego? Moim zdaniem nie. Problemem nie jest trudność opanowania słownictwa, gramatyki, pisma czy tonów – swego rodzaju akcentów, które zmieniają całkowicie sens wyrazów-sylab. Podobne trudności są w dowolnym języku, w angielskim naturalnie także. W praktyce nauczania nauczyciele bardzo szybko (za szybko) dają sobie spokój z wyjaśnianiem i poprawianiem wymowy, skupiając się raczej na czasach i trybach. Wynikiem tego na całym świecie rozmawiamy raczej w Basic English dość dalekim od standardu brytyjskiego czy amerykańskiego, ale trzeba przyznać, że to działa.

Swego czasu zapytałem Brytyjczyka – nauczyciela języka, czy mu to nie przeszkadza. Uśmiechnął się i powiedział, że jemu jest z tym wygodnie, bo nigdy nie miał talentów do języków obcych i – co prawda – nie zawsze rozumie, co do niego mówią w jego rodzimym języku, ale ważne, że reagują na pytania i prośby. Podobne upraszczanie i mieszanie spotyka każdy język, który aspiruje do roli międzynarodowego, więc i chiński spotkałby ten sam los, ale jest pewna, dosyć duża różnica.

 

Kiedy moi rówieśnicy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych marzyli o dżinsach z Pewexu, to nie chodziło nam tylko o krój, materiał czy kolor, ale o namiastkę Zachodu, innego życia.

Czy ktoś dziś wkłada bawełnianą koszulkę, żeby poczuć, że jest w Chinach, że przeniósł się na Daleki Wschód? Z całą pewnością nie. Wciąż żyjemy w świecie zdominowanym przez kulturę europejską, nawet jeśli w wydaniu północnoamerykańskim. Chińczycy nie tylko produkują gadżety na wszystkie święta, które nie mają nic wspólnego z ich tradycjami, ale też ozdabiają sklepy i domy, kiedy zbliża się Boże Narodzenie, obchodzą walentynki itp.

Podobnie dzieje się też w muzułmańskiej Turcji. Z prawdziwym zdziwieniem obserwuję, jak w Stambule przed Halloween sprzedawcy próbują ozdabiać wejścia pomalowanymi dyniami i zainteresować nimi klientów. Chinom oczywiście nie można odmówić wielkiej, wspaniałej kultury, ale pozostaje ona ciągle w zasięgu wąskiego grona specjalistów. Nawet kinowe megaprodukcje, oglądane przez miliony widzów, w dużym stopniu pozostają niezrozumiane właśnie przez różnice kulturowe. Sami Chińczycy jakby o tym aspekcie zapominają, skupiając się na ekspansji gospodarczej. Długo zatem jeszcze tłumacze będą potrzebni, gdy tymczasem obywatele Chin coraz lepiej radzą sobie z angielskim.

 

O.Cz.: Muszę się zgodzić, rozwój gospodarczy nie wystarczy, by wypracować sobie pozycję języka międzynarodowego. Wróćmy jednak do Stambułu. W kontekście współczesnych wydarzeń kusi mnie, żeby zapytać o sytuacje emigrantów w tej metropolii. Wspomniał pan o tym, że otaczają pana Kurdowie i Arabowie. Mógłby pan nieco opowiedzieć o przyczynie ich przybycia i o tym, czym różnią się od stambulczyków?

A.S.: Tak, to szczególnie trudne pytanie i niepoprawne politycznie, ale postaram się mimo wszystko odpowiedzieć. Sam jestem osobą bardzo otwartą i zawsze oceniam człowieka, a nie narody czy grupy etniczne. Tymczasem los sprawia, że zwykle mieszkam i pracuję w krajach – delikatnie rzecz ujmując – dosyć hermetycznych, żeby nie powiedzieć nacjonalistycznych.

 

Przyznaję jednak, że te doświadczenia pomagają mi w profesjonalnym zrozumieniu budowania tożsamości narodowej. A zatem, Stambuł był zawsze miastem wieloetnicznym i wielojęzycznym.

Powstanie republiki stało się punktem zwrotnym w wielu dziedzinach życia, w tym również w homogenizacji społeczeństwa tureckiego. Jeden kraj – jeden naród – jeden język; to hasło, przejęte zresztą z romantyzmu europejskiego, błyskawicznie opanowało umysły polityków, a poprzez edukację cały, nowy naród. Turcy współcześni naprawdę wierzą, że byli na tych terenach zawsze i byli… sami. Yabancı – obcy, obcokrajowiec – brzmi tu jak wulgaryzm, mimo uśmiechów sprzedawców, którzy widzą w przybyszach ekonomiczne korzyści. Dużo energii poświęca się także na walkę z oczywistym stereotypem, że Turcy to Arabowie. Osmański świat, złożony z dziesiątków etnosów od Algierii i Bałkanów, poprzez Lewant, do Bagdadu i Baku, zastępuje się dziś wizją wspólnoty tureckojęzycznej (jeszcze kilka lat temu napisałbym turskojęzycznej, to znaczy odnoszącej się do rodziny językowej; dziś oficjalnie pisze się o jednym tureckim z dialektami).

 

W tym obrazku nie ma miejsca dla Arabów ani Kurdów.

Ci ostatni żyli na terenach państwa tureckiego zawsze, tyle że zostali nazwani Turkami górskimi i zakazano im posługiwania się swoim językiem i kultywowania własnej kultury. Zmieniło się to całkiem niedawno, ale przeświadczenie, że są to tylko intruzi, w przestrzeni tureckiej pozostało silne. W Stambule mieszka około pięciu milionów Kurdów, są kurdyjskie restauracje, księgarnie, teatr, szkoły, a jednak kiedy opowiadam znajomym Turkom o kolejnym kurdyjskim zespole muzycznym, który występował na głównym deptaku europejskiej części miasta, czyli jakieś 200 metrów od mojego mieszkania, krzywią się z niesmakiem, twierdząc, że obcy zabierają przestrzeń tutejszej, czyli tureckiej kulturze.

Arabów, głównie Syryjczyków, jest prawdopodobnie ponad dwa miliony w mieście. Przybyli do Stambułu w poszukiwaniu spokojnego miejsca, czasem z myślą, że jest to jedynie przystanek w drodze do Europy, uciekając przed wojną domową. Unikam użycia słowa uchodźcy, ponieważ oficjalnie takiego statusu nie posiadają. W Turcji są według oficjalnej nomenklatury „gośćmi”, którzy nie mają żadnych praw.

 

Żeby odpowiedzieć najprościej na pytanie, czym się różnią, można powtórzyć najpopularniejsze zdanie Turków: Oni są brzydcy.

Za tą estetyczną oceną kryje się cała masa negatywnych przekonań, na przykład o wartości arabskiej kuchni (potrawy są niemal identyczne, a jednak Turcy jedzą tylko w tureckich, a Arabowie w arabskich restauracjach), kawy po arabsku (z kardamonem), a nawet intensywności i prawdziwości islamu.

Stambuł jest wielojęzyczny, powszechne są napisy i szyldy po arabsku i persku. Również oficjalne opisy zabytków są po arabsku, choć – ku mojemu rozbawieniu – widuję je zapisane według systemu łacińskiego, to znaczy od lewej strony do prawej. Trudno zatem mówić o integracji. Poszczególne grupy narodowe nawet mieszkają w różnych dzielnicach.

Motto państwa: Ne mutlu Türküm diyene! (Jaki szczęśliwy jest ten, kto może powiedzieć: Jestem Turkiem) z przemówienia Atatürka z roku 1933 wciąż kreuje wyobrażenie o świecie, pozostawiając obcych poza możliwością koegzystencji.

 

O.Cz.: Skoro jesteśmy już przy postaci Mustafy Kemala zwanego Atatürkiem (tr. ojcem Turków) – pierwszego w historii premiera Republiki Tureckiej, reformatora, dowódcy armii, męża stanu, marszałka Turcji… Już sama liczba tytułów wskazuje na szczególny stosunek Turków do jego postaci. Obrazy z jego wizerunkiem można znaleźć na ścianach budynków uniwersyteckich, w urzędach, kawiarniach, restauracjach, a nawet w prywatnych domach. Najbardziej zaskakuje mnie fakt, że jest wielbiony przez osoby o skrajnie różnych poglądach politycznych. Czy uczucia do Atatürka są poza podziałami? Czytałem pana artykuł o kontrowersyjnym tytule „Czy Atatürk był gejem?”. Zastanawiam się, co pan uważa o samym liderze Turków i przede wszystkim — jaka była reakcja na ten tekst?

A.S.: Jeśli chodzi o kult jednostki, to w tym zakresie widzę chyba największą różnicę kulturową, w każdym razie między mną a mieszkańcami państw, w których najdłużej mieszkałem, to znaczy Rosją, Chinami i Turcją. Nie potrafię zrozumieć ani współodczuwać fascynacji ikonicznym, wyidealizowanym przedstawieniem człowieka, zwłaszcza jeśli jego celem było stworzenie nowoczesnego i demokratycznego kraju i społeczeństwa.

Bardzo często stosuje się w pracach poświęconych Turcji metaforę mostu, który łączy Wschód i Zachód. Przyznaję, że przed zamieszkaniem tutaj również w jednym z moich tekstów wykorzystałem to porównanie. Teraz jednak wydaje mi się ono nietrafne. Powstanie republiki i późniejsze reformy pisma, języka, ubioru, ustroju politycznego, rezygnacja z religii i związanej z nią kultury pozostawiły Turcję pomiędzy Europą a Bliskim Wschodem, ale to „pomiędzy” oznacza, że nie jest jeszcze europejska i już nie jest bliskowschodnia.

 

Turcy chętnie odpowiadają na taką uwagę, że właśnie o to chodziło: o stworzenie państwa dla Turków, z ich językiem i niepowtarzalną kulturą.

Trudno się jednak dziwić brakowi pogłębionej refleksji, skoro od najmłodszych lat w czasie obowiązkowych zajęć szkolnych i uniwersyteckich Turcy uczeni są życia i myśli ojca narodu.

Kreowanie mitu założycielskiego narażone jest jednak na niebezpieczeństwo nagłej zmiany paradygmatu, jeśli tylko okoliczności polityczne tego wymagają. Strącenie z piedestału Lenina i Mao już widziałem. Wspomniał pan o wszechobecnych podobiznach Atatürka. To prawda. Prócz instytucji publicznych bohater trafił do popkultury i skomercjalizował się. Za kilka lir można sobie kupić T-shirt, zapalniczkę, kubek albo etui na smartfon z jego twarzą. Na motorach i ciężarówkach często zobaczymy naklejki z jego autografem.

A jednak najnowsza Turcja zmienia się i ideały kemalizmu nie są już drogowskazem dla współczesnych polityków. Powoli wraca się do porzuconych wartości islamu i państwa Osmanów. Niewprawne oko turysty może przeoczyć fakt, że w skomplikowanej rzeczywistości politycznej Turcy starają się zabezpieczyć i – na wszelki wypadek – obok portretu wodza wieszają również herb Imperium Osmańskiego, przeciwko któremu Atatürk walczył.

Tekst, który napisałem o Mustafie Kemalu, rzeczywiście stał się najpoczytniejszym moim artykułem i wciąż dostaję pytania, czy wydam wersję angielską. Rozumiem oczywiście, że tytuł jest kuszący, ale moim celem nie było przeprowadzenie badań nad życiem seksualnym ojca narodu ani odpowiedź na postawione pytanie. Publikacja powstała na zamówienie lub raczej zaproszenie mojego byłego studenta, a teraz serdecznego przyjaciela Tomasza Łukasza Nowaka z Uniwersytetu Wrocławskiego, który w czasopiśmie „Studia i Perspektywy Medioznawcze” był redaktorem tomu poświęconego kreowaniu obrazu innego w mediach.

 

Mnie zainteresował fakt, i na tym się skoncentrowałem, jak w czasie kolejnego kryzysu turecko-greckiego obie strony postanowiły zdyskredytować przeciwnika poprzez rzekome ujawnienie homoseksualizmu ojca narodu.

Wykorzystałem zatem jedynie internetową prasę grecką i turecką, nie dodając od siebie żadnych informacji o życiu erotycznym. Przyznaję, większość Turków jest zdziwiona i oburzona, że można taki temat podnosić i coś podobnego sugerować, ale podkreślam raz jeszcze: wszystko się zmienia.

Od niedawna na Netfliksie można oglądać serial „Pera Palas’ta gece yarısı”. Nie będę zdradzał fabuły, ale istotne jest to, że w tureckiej produkcji Atatürk jest marchewkowo rudy. Oficjalna wersja przedstawia go jako ciemnego blondyna i tylko tak. Kiedy mówię o tym znajomym, reagują takim samym oburzeniem, jak gdybym w tytule mojego artykułu nie użył znaku zapytania.

 

O.Cz.: Na koniec pozwolę sobie jeszcze spytać: czy długo odkładany przyjazd do Stambułu jest pana ostatnim przystankiem? Czy może zamierza pan wrócić do Polski lub pojechać jeszcze w inne miejsce? I nieco ogólniej: uważa pan, że Stambuł to dobre miejsce do życia?

A.S.: Powinienem pewnie teraz przedstawić jakiś konkretny plan na moją przyszłość, ale nie umiem. Nie jestem zbyt poukładany, a moje życie zaskakuje mnie ciągłymi wyjątkami, jak gramatyka naprawdę skomplikowanego języka. Nie poznałem jeszcze Turcji, niewiele widziałem i przeżyłem; wiem, że sporo przede mną. Równocześnie ciągnie w nowe miejsca, do nowych języków i kultur. To wciąga i uzależnia.

 

Przyznaję, że fascynują mnie osoby, które całe życie spędziły w jednym miejscu. Dla nich świat jest taki prosty i całkowicie zrozumiały, a za przygodę uznają wyjazd po większe zakupy do sąsiedniego miasta albo innej dzielnicy. Czyhają tam na nich inni, odmienni, wrogo nastawieni, inaczej mówiący. Taki świat ma swoje uroki, ale – pewnie niestety – ja tak żyć już nie umiem.

Druga część pytania jest równie skomplikowana. Starałem się pokazać, że ja jestem tu szczęśliwy, ale kiedy mówię to znajomym lokalsom, dziwią się bardzo. W większości bowiem Stambułu nikt nie lubi: jest za duży, zbyt przeludniony, za dużo nie-Turków, brudny itd. Twierdzą tak i Turcy, i ci, którzy z różnych powodów tu zamieszkali. Stambuł kochają przede wszystkim turyści, którzy wpadają tu na kilka dni. Mam jednak głębokie przekonanie, oparte na doświadczeniu, że idealnego miejsca nie ma; wszystko zależy od indywidualnych potrzeb i możliwości.

Fascynuje mnie na przykład potrzeba łączenia się w grupy, żeby poczuć się dobrze w gronie, dajmy na to innych Polaków czy Europejczyków. Przychodzi mi od razu do głowy mój przyjaciel Hiszpan, który w Pekinie dwa razy w miesiącu jeździł do Ikei, żeby pobyć w Europie. Znam też smutne przypadki ludzi, którzy – w obiektywnie dobrych miejscach do życia – nie wytrzymywali, poddawali się, uciekali lub kończyło się to tragedią.

 

Stambuł pozwala, wbrew stereotypom, być sobą. Tu nikogo nic nie dziwi. Można być odmiennym na swój niepowtarzalny sposób.

No dobrze, czasem można usłyszeć coś niemiłego: pewnego razu wyszedłem w szortach i podkoszulku do sklepu. Za rogiem siedziały przy ulicy dwie Arabki solidnie zasłonięte w czarne stroje. Zwyzywały mnie, że wstydu nie mam tak przy dzieciach chodzić. Zdarzyło się to jednak tylko raz i nikt w tę moją historyjkę nie chciał uwierzyć. Sam zaczynam myśleć, że może to nie było do mnie albo źle je zrozumiałem.

No i najważniejsze, jeśli chcemy zwiedzić świat, a nie mamy za dużo czasu, energii czy pieniędzy, to Stambuł wystarczy. Trzeba tylko mieć otwarte oczy i umysł, żeby po tureckim śniadaniu zjeść senegalski obiad, a potem tybetańską kolację.

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
3
Świetne
Świetne
11
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
2