fot. Mariusz Forecki

Wszystkie Rzymy prowadzą do Meskaliny

„Staramy się nie spoglądać tylko na rachunek ekonomiczny, bo to zabija ducha. Od lat łączymy ułańską fantazję z poznańską porządnością. Trzeba wiedzieć, na ile można sobie pozwolić, zaszaleć, ale mieć też zapłacone rachunki i nadal nie być odpowiednikiem «korpo»” – mówi Benek Ejgierd, założyciel poznańskiego klubu Meskalina.

SEBASTIAN GABRYEL: W centrum poznańskiego Starego Rynku znajduje się klub, bez którego wielu mieszkańców nie wyobraża sobie kulturalnej mapy swojego miasta. Jak wspominasz czas, kiedy go zakładałeś?

BENEK EJGIERD: To był szalony czas i to szaleństwo ciągle trwa, a nawet zwiększa swój zasięg [śmiech]. Meskalina to szczególne miejsce na mapie kulturalnej, nie tylko Poznania. W swojej niszy jesteśmy rozpoznawalni w wielu miejscach na świecie. Parę dni temu odwiedziło nas dwóch Australijczyków. Zwiedzali Europę, a ich znajomi jako obowiązkowy punkt na trasie wpisali właśnie Poznań i Meskalinę. Znaleźliśmy się więc między takimi miejscami jak Amsterdam, Praga czy Budapeszt.

 

Coś w tym jest, że nasza działalność jest bardziej dostrzegana z oddali, z innej perspektywy. Poznaniacy już dobrze nas znają. Często słyszę: „Meskalina? To ci z rynku, banda szaleńców” [śmiech].

A mówiąc bardziej serio, klub otworzyliśmy 4 czerwca 2010 roku, zagrał wtedy zespół Snowman. W najnowszych dziejach Polski 4 czerwca to ważna data, kontynuujemy więc pewne dzieło.

Klub był bezpośrednią kontynuacją Meskala, znajdującego się przy ulicy Nowowiejskiego 8. Możemy się pochwalić, że w ciągu 15 lat w obu miejscach zorganizowaliśmy około 130 wystaw, ponad 2500 koncertów, kilkanaście festiwali. Trudno zliczyć to wszystko, co się odbyło, i trudno przewidzieć, co jeszcze zrobimy. Na pewno będziemy pracować, możecie więc na nas liczyć [śmiech].

 

Zastanawiam się, w jaki sposób powstają programy koncertów w Meskalinie. Budujesz je autorsko? Artyści występujący w klubie są odzwierciedleniem twoich muzycznych preferencji?

Benek Ejgierd, właściciel klubu Meskalina w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Zawsze jest pewność, że będą u nas fajne zespoły. W programy imprez zewnętrznych nie ingeruję, a w innych przypadkach wybieram sam.

Zapraszając muzyków na nasze festiwale, korespondujemy z wieloma osobami ze świata. Jesteśmy obecni we wszechświecie dźwięków i zawsze ktoś ciekawy z tego świata jest w trasie. Jednak nie zawsze nas na tego kogoś stać, ale często potrafimy zaczarować i się udaje. Mamy też naszych wieloletnich partnerów, jak choćby Borówka Music i wielu innych bookerów, a także kontakty bezpośrednie, wypracowane przez lata osobistych rozmów i bezsennych nocy. Noc bywa w takich przypadkach sprzymierzeńcem [śmiech].

 

Jak widać, jest wiele zmiennych, które doprowadzają do ostatecznego rezultatu, którym jest realizacja samego wydarzenia. Wtedy w Meskalinie jest święto, u nas każda impreza ma taką rangę. Kusimy też cenami biletów, które nie są drogie.

Pytanie o muzyczne preferencje jest chybione: ja ich nie mam. Ja się nie znam na muzyce… [wyraz twarzy nie zdradza żartu, choć w to nie wierzę – kom. S.G.]. Po prostu drukuję nazwy zespołów, następnie tnę papier na paski i rzucam. Te, które wylądują na biurku, są zaproszone. To metoda selekcji zbliżona do występującej w naturze. Teoria chaosu – sprawdza się.

 

Choć harmonogramy występów w Meskalinie zawsze cechowały się różnorodnością, to chyba można powiedzieć, że ich wspólnym mianownikiem jest niezależność artystów. Czy to również dewiza Meskaliny – robić swoje, bez względu na aktualną koniunkturę? Pytam o to, bo odnoszę wrażenie, że to klub, który z natury rzeczy lubi iść pod prąd.

Lubimy iść swoją drogą. Czy to droga „pod prąd”? Nie wiem. Na pewno nie jest to droga „z prądem”, staramy się zachować naszą niezależność, którą w dużej mierze zawdzięczamy naszym stałym bywalcom. Bez nich nie dalibyśmy rady. To dzięki zaufaniu i przyjaźni naszych gośćmi tworzymy to miejsce wspólnie – Meskalina bywa dla nich drugim domem.

Do Meskaliny zawsze jest blisko. Na naszej ściance za barem wisi karteczka z sentencją: „Wszystkie Rzymy prowadzą do Meskaliny”. Tu jesteś u siebie.

 

„Bez biznesplanów i udawania: podczas koncertów w Meskalinie zawsze najważniejsza była muzyka i kontakt między ludźmi” – to cytat z waszej strony internetowej. Naprawdę można obejść się bez całej tej otoczki „robienia interesów”?

Staramy się nie spoglądać tylko na rachunek ekonomiczny, bo to zabija ducha. Od lat łączymy ułańską fantazję z poznańską porządnością. To się da zrobić. Trzeba wiedzieć, na ile można sobie pozwolić, zaszaleć, ale mieć też zapłacone rachunki i nadal nie być odpowiednikiem „korpo”. Fundamentem naszej działalności jest sprzedaż w barze, z tego finansujemy kulturę w klubie. I tak to smakuje.

 

Opowiedz o ludziach Meskaliny. O ile dobrze wiem, wasz zespół jest niewielki, ale czujecie się w nim jak w rodzinie.

Klub Meskalina w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Trzon ekipy, czyli „drużyny Meskalina”, nie zmienia się od lat. Wiele osób przewinęło się przez bar, przez klub. Za wszystkimi tęsknimy, porozjeżdżali się po świecie, do innych miast, poszli do „normalnej pracy”. Ludzkie losy, wiadomo. Każdy z nas musi być wszechstronny, umieć pracować za barem, lać piwo i robić drinki, „miksować koktajle”. Musi umieć podłączyć kabelki i nie bać się urządzeń scenicznych.

 

Każdy z ekipy potrafi najróżniejsze rzeczy. Jesteśmy uniwersalni i niezniszczalni – każdy wie, co ma robić. Czasem się zmęczymy. Czasem zdarzy się, że za dużo pracujemy i nie grzeszymy uprzejmością. Ale wszyscy kochają tę pracę, z ludźmi i dla ludzi.

 

Od lat główną kierowniczką tego kontrolowanego zamieszania jest Magda Theus. Jest niezawodna i uwielbiana przez wszystkich. Od lat bardzo dużo niezbędnych spraw trzyma Boogie – Marcin Wieczorkiewicz. Ekipa realizacyjna od początku jest ta sama: Beata Kaszuba, Bartek Stanisławiak. Kasper Grubba, Andrzej Majos. To zgrana paczka. Do tego ludzie, z którymi możecie stanąć twarzą w twarz przy barze, nasi „baronowie”: Anna Biernacka, Dorota Theus, Anna Nowicka, Iwka Juralewicz, Kamil Moliński, Maria Awaria. Jest też sekcja DJ-ska, w skład której wchodzą: Margin, Look, Boogie, Człowiek, Ufo i wielu innych. Lubimy spędzać ze sobą czas, lepszej paczki w mieście nie znajdziesz.

 

Podejrzewam, że każdy właściciel klubu ma w pamięci koncerty, które są dla niego największym powodem do dumy, jak i te, po których miał ochotę zapaść się pod ziemię [śmiech]. Największe petardy i niewypały Meskaliny to…?

Znakomitości, do dziś często wspominane, to Południce – zespół śpiewający tradycyjne pieśni na białe głosy z towarzyszeniem muzyki elektronicznej. Czad. Muzyka znakomita, ale nikt się nie spodziewał, że będzie taki trans. Próbowaliśmy to powtórzyć, ale z Białegostoku jest do nas kawał drogi, a wszystkie panie z zespołu mają liczne obowiązki. Zostały wspomnienia i znakomita płyta.

Koncert zespołu Algiers, klub Meskalina w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Z wielką miłością wspominam też takich artystów, jak: Michał Kmieciak, Grabek, Kowalonek, Peter J. Birch, Mitch & Mitch, Niechęć i Jazzpospolita. To nasze zaprzyjaźnione zespoły, czekamy na każdy ich koncert, zresztą oni też lubią tu zawsze wracać. Z zagranicznych w pamięci pozostały mi: Eivor, Sasha Boole, Mina Caputo, Algiers – niezapomniany jam session do wczesnego rana. Koncerty towarzyszące Made in Chicago i jamy po nich trwające godzinami. Please The Trees i lider Valaw Havelka – grali u nas w każdej odsłonie swoich projektów, Zhenia Urich i środowisko rosyjskich bardów z Hamburga, Dennis Jones – człowiek orkiestra. I prawdziwa orkiestra Big Band Beats and Pieces – dwukrotnie wystąpiła na naszej scenie, największy band, jaki kiedykolwiek się tu zmieścił, szesnaście osób!

 

Jednak najbardziej szczególną historią jest dla nas Frank Turner. Może dlatego, że wiemy, że poczuł to „coś” (i z wzajemnością), wrócił do nas trzy razy, chociaż codziennie gra na wielkich scenach na całym świecie, każdego dnia od lat dla kilku tysięcy ludzi.

Każdy koncert to historia „przed” i „po”. To nie tylko sama muzyka, to ludzie. Jest wielu charyzmatycznych artystów, już sama możliwość rozmowy z nimi to frajda. Wielu ma pomysł na życie, którym się dzieli. To jest wspaniałe.

 

A co, jeśli chodzi o niewypały?

Te można podzielić na dwie sekcje: niewypał frekwencyjny i artystyczny. W tym pierwszym jesteśmy mistrzami świata, i to zaszczytne miejsce na podium pielęgnujemy. I nie mamy z tym problemu, takich artystów zapraszamy, bo takie karteczki spadły na biurko.

A niewypał artystyczny… to ZUO. To nie jest nazwa zespołu. Staramy się usuwać z sieci wszystkie znaki, że coś takiego u nas miało miejsce. Palimy w kwasie solnym twarde dyski. Za rogatkami miasta zespół musi dać słowo, że więcej do Poznania nie wróci, i to na piśmie. Kasowane są fotografie. No i to, z czym mamy największy problem, czyli gdy próbujemy po koncercie kasować filmiki z telefonów, ludzie często się buntują. Ale na szczęście mamy „swoich” na YouTubie, którzy blokują wszystko, co nie spełnia naszych standardów jakości. Dzięki temu w tym serwisie jest dużo materiałów dobrej jakości artystycznej. Made in Meskalina.

 

Poznań to wdzięczne miasto do prowadzenia muzycznego klubu? Tylko szczerze! [śmiech]

Poznań jest super, daje nam możliwość działania już tyle lat. Czego chcieć więcej? Wdzięczni jesteśmy! Ale Poznań lubi też mody i w tych modach jest mało lojalny i zupełnie nieprzewidywalny. Jak wszyscy mają ruszyć nad Wartę, to idą wszyscy, jak jest moda na hummus, to musowo, jak mają być krafty, to każdy zna encyklopedię browarnictwa „na blaszkę”, a że piwo niepijalne – trudno, taka moda.

Gdy w mieście jest fajna impreza, to wszyscy tam będą. To pokazuje, w jak niewielkiej niszy funkcjonujemy. Naprawdę, kilkaset osób utrzymuje przy życiu kilka alternatywnych miejsc. Dlatego od lat tak bardzo dbamy o naszych gości. I wielu z nich wraca, bo Meskalina jest jak latarnia, która w Poznaniu wskazuje drogę.

 

Jakie koncerty odbędą się w Meskalinie po wakacyjnej przerwie?

Jeśli odpowiem na to pytanie, to zaprzeczę teorii karteczek spadających na biurko. Mogę powiedzieć tylko tyle: nic nie wiem. Meskalina chwilowo ma pod górkę, koncertów będzie mniej, ale będą. Zadbamy o to, by dalej zaskakiwać. Bardzo chciałbym zrobić koncerty Jazz Ring Festival, ze specjalnym bigbandowym projektem, a na kolejny Festiwal Przyjaciół Meskaliny zaprosić kilku ulubionych bardów, od Czech przez Kanadę i Rosję, aż po Australię. Świat w pigułce.

 

Jak wiele planów, które wiążesz z klubem, nie zostało jeszcze zrealizowanych? Czego życzyłbyś „swojemu dziecku” na kolejne lata?

W tym pytaniu słychać inne, niezadane, ale wiem, o co chodzi. Stary Rynek będzie remontowany, a wraz z nim budynek Galerii Miejskiej. W Poznaniu jest tradycja dłuuugich remontów, bo krótkie się nie opłacają. Dlatego wiemy, że na 2–3 lata będziemy musieli zainstalować się w nowym miejscu. Nie jest prawdą, że oglądaliśmy lokal w Londynie, nie będzie emigracji. Oglądaliśmy lokale w Poznaniu, mamy jeszcze trochę czasu.

A czego bym życzył Meskalinie? Tego samego co sobie i wszystkim: „nie dorośnij nigdy, a jeśli już, to tylko tyle, ile trzeba”. Amen.

BENEK EJGIERD – właściciel klubu Meskalina, mieszczącego się na poznańskim Starym Rynku, działającego od 2010 roku. Animator kultury, od wielu lat jeden z najważniejszych twórców poznańskiej sceny klubowej. W czasach studenckich prowadził DKF Akademicki na Szamarzewie, był też aktorem Teatru Strefa Ciszy. Później założył swój pierwszy klub W Starym Kinie, a następnie Meskal. Był współtwórcą Federacji Organizacji Pozarządowych MadeInPoznan.org i współtwórcą festiwalu MadeInPoznan. Aktywnie uczestniczył w Sztabie Antykryzysowym na Rzecz Poznańskiej Kultury.

 

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #13

CZYTAJ TAKŻE: Techno to muzyka przyszłości. Rozmowa z Mariuszem Zychem

CZYTAJ TAKŻE: Niech ta muzyka trwa! Rozmowa z Piotrem Kulką i Pawłem Zawadzkim