fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Uzależniony od endorfin

„W ballroomie totalnie nie ma miejsca na zachowanie transfobiczne, queerfobiczne czy homofobiczne; inni albo cię skomplementują, albo nic nie powiedzą, bo twój nieheteronormatywny wygląd jest dla nich czymś normalnym” – mówi Sinoa, niebinarny voguer z Kiki House of Army.

Jakub Wojtaszczyk: Czy taniec od zawsze był obecny w twoim życiu?

Sinoa: Jedno z pierwszych wspomnień związanych z tańcem mam z dziadkiem, który zawoził mnie na zajęcia z naszej wsi, Wolności, do pobliskich Chojnic. Miałem dziesięć lat i byłem zakochany w sporcie i w ruchu. Przygoda z warsztatami trwała zaledwie kilka miesięcy, ale pamiętałem satysfakcję, którą czułem, gdy zmęczony wracałem do domu. Endorfiny, które dostarczane są do organizmu w czasie ruchu, były dla mnie uzależniające, dlatego na początku gimnazjum ponownie stanąłem na parkiecie. Ćwiczyłem bardziej liryczne formy tańca, jak współczesny, ale też akrobatykę.

 

Niestety w liceum nabawiłem się kontuzji, co zastopowało mój rozwój.

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Kiedy mogłem wrócić do tańczenia, przytłoczyła mnie ilość nauki, tej codziennej, a później przedmaturalnej. Udział w licealnym wyścigu szczurów też nie należał do najprzyjemniejszych doświadczeń. Czułem się wypruty psychicznie i fizycznie.

 

JW: Jak dorastało ci się jako osobie niebinarnej w małej miejscowości?

S: Wtedy nie znałem terminu „niebinarność”, ale od dziecka brano mnie za dziewczynkę, później za geja. Nie rozumiałem, dlaczego tak jest, czułem się po prostu sobą. Moja tożsamość, jakkolwiek nazwana, była dla mnie naturalna, a nie dziwaczna. Jednocześnie wiedziałem, że wokół nie ma drugiej takiej osoby. Przyjąłem ten fakt jako coś oczywistego. W Wolności i Chojnicach chłopcy nie chodzili na taniec, bo było to zajęcie „dla dziewczyn”. Stąd też miałem tylko koleżanki, ale dobrze czułem się w tym otoczeniu. Pamiętam, że słuchanie muzyki i ruch miało uwalniający, wręcz terapeutyczny charakter. Mogłem się wyżyć. Wtedy czułem, nomen omen, wolność.

 

JW: Czy wracasz do tańczenia na studiach?

S: Tak, chociaż nie przeprowadzam się do Poznania z taką myślą. Zacząłem studiować ogrodnictwo, do którego pasją zarazili mnie rodzice. Po wykładach na studiach 4–5 razy w tygodniu zacząłem pojawiać się na zajęciach w Szkole Tańca Współczesnego. Z czasem wróciły moje umiejętności taneczne, które wypracowałem w poprzednich latach. Przypomniałem sobie, dlaczego na samym początku pokochałem taniec, i na drugim roku uznałem, że póki jestem młody i mam siłę, powinienem robić to, co sprawia mi największą przyjemność. Rzuciłem ogrodnictwo i zacząłem studiować taniec.

JW: Jakie są te pierwsze chwile na nowej uczelni?

S: Już po przeprowadzce do Poznania zobaczyłem, że nie muszę mojej ekspresji zduszać, mogę być swobodnie sobą i dawać upust temu, co naturalnie ze mnie wychodzi.

 

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Moja wolność w wyrażaniu siebie manifestowała się w różnych sferach – od tak prozaicznych, jak farbowanie włosów na różowo, przez osadzenie w kulturze queerowej, po odkrywanie swojej bardziej kobiecej strony osobowości.

To wszystko wykorzystywałem w tańcu. Na uczelni zacząłem od współczesnego, bo do tej pory był mi najbliższy. Szybko dowiedziałem się o improwizacji, a stąd już blisko do performance’u, który mnie zupełnie zafascynował.

 

JW: Co w nim takiego było?

S: Spodobało mi się, że bardziej skupiasz się na treści przekazu aniżeli na samej jego formie. Nic mnie nie ograniczało, więc tworzyłem queerowe manifesty albo po prostu opowieści o tym, co czuję.

 

JW: Wspomniałeś o queerowej kulturze Poznania. Mówisz o scenie ballroomowej?

S: Mimo że wiedziałem o istnieniu voguingu, w Poznaniu najpierw pokierowałem się w stronę dragu. W 2019 roku stworzyłem swoją personę Shuga Venom i brałem udział w Lip Sync Battle podczas kilku edycji eventu „Twój Drag Brzmi Znajomo” w klubie Punto Punto oraz w innych eventach dragowych.

 

JW: Co interesowało cię w dragowej ekspresji?

S: Potrzebowałem dać upust bardziej kobiecej części mnie, więc połączyłem zainteresowanie modą, makijażem, muzyką, tańcem i chęć bycia na scenie, zaspokojenia swojej potrzeby atencji.

 

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

JW: Czy twoja dragowa persona różni się od ciebie?

S: Moja persona była bardzo fishy [jak najbardziej przypominająca biologiczną kobietę – przyp. J.W.], w performance’ach stawiałem na taniec i trochę na bycie funny, zabawną. Kręciły mnie looki i makijaż, więc Shuga Venom była też beauty queen.

 

Odkąd pamiętam, miałem problem z poznawaniem nowych osób. W dragu nie do końca byłem sobą, bo ogrywałem to, czego mi brakowało na co dzień.

Dlatego, kiedy się wystylizowałem, pomalowałem i wystroiłem, miałem poczucie większej pewności siebie. Za dzieciaka, gdy ktoś brał mnie za dziewczynę, czułem zawstydzenie. W dragu brałem ten fakt za atut. W dragu „kobiece” rysy twarzy i energia dodawały mi pewności siebie. Grałem, że jestem bardziej otwarty na ludzi, chętny do dialogu i prowadzenia small talków z widownią.

 

JW: Grałeś?

S: Tak, bo nie czułem się do końca swobodnie na dragowej scenie w Poznaniu. Nie czułem jedności z innymi osobami w dragu, nie budowaliśmy wspólnoty, tylko znajomości oparte na rywalizacji. Trzeba było walczyć o to, by mieć gdzie występować, bo inne drag persony w każdej chwili mogły zająć twoje miejsce. Nie zrozum mnie źle, były osoby, z którymi się spotykałem, na przykład na wspólne malowanie czy wymianę ciuchów, ale jednak ta ciągła rywalizacja i bycie ocenianym przez innych bardzo mnie do dragu zraziła. 

JW: Tak trafiłeś na voguing?

S: Nie, już wcześniej wiedziałem o jego istnieniu. W 2018 roku nawet miałem przyjemność zagrać w Krakowie w spektaklu mojej znajomej z Chojnic, który tworzyła w ramach zaliczenia kursu instruktorskiego. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z voguingiem na żywo, bo wcześniej znałem go z teledysków piosenkarek Madonny i FKA Twigs.

 

Znajoma przekazała mi to, co wiedziała o voguingu, a – jak teraz się okazuje – wiedziała niewiele.

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

Machałem łapami, ale jak miałbym to teraz zobaczyć, to chyba bym się załamał, ha, ha. Skoro liznąłem voguing, chciałem go podszlifować, a właściwie go się nauczyć. Tak trafiłem na warsztaty w Pawilonie, które organizowała Magdalena Marcinkowska vel Madlen, czyli matka Kiki House of Army, pierwszego domu vogue’owego w Polsce. Wcześniej miałem za sobą masę warsztatów, czy to z tańca współczesnego, czy ze streetu, ale te zaproponowane przez Madlen były zupełnie inne.

 

JW: Czym się różniły?

S: Po pierwsze wokół mnie było pełno nietypowych osób w kolorowych włosach, z ciałami w piercingu i tatuażach czy po prostu ubranych nieheteronormatywnie. Wtedy, dla osoby z małej miejscowości, ta nieskrępowana wolność nadal robiła wrażenie. Madlen rozpoczęła od długiej pogadanki o korzeniach voguingu i ballroomu. Następnie spodziewałem się rozgrzewki, a dostałem chodzenie po runwayu, wybiegu, i naukę podstaw tańca, ruchów, które wykorzystujesz w poszczególnych kategoriach, czyli jakby konkurencjach na balach. Zafascynowało mnie to. Podobnie jak duża otwartość, bo nie znaliśmy się nawzajem, a każdy był dla siebie bardzo miły, pomocny, chętny do rozmowy.

 

Urzekło mnie to, że w voguingu nie chodzi tylko o taniec, ale też o tworzenie osobistej opowieści, w której oddajesz swój unikalny charakter. Było to wspólne z performance’em, tylko atmosfera inna.

Po warsztatach pogadałem z Madlen. Zaprosiła mnie do wzięcia udziału w balu, który miał odbyć się za około miesiąc. Co tydzień, a później dwa razy w tygodniu, szkoliłem swoje umiejętności, pracowałem nad moim attitude [pozy, nastawienie, pewność siebie – przyp. J.W.] i wyszedłem w dragu, bo tak czułem się pewniej. Następnie, gdy spotkałem się z energią ballroomu już tak fizycznie, nie tylko na warsztatach, zrozumiałem, że ten drag nie jest mi potrzebny, aby wyrazić swoją ekspresję. Dlatego go porzuciłem.

 

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

JW: Mówisz, że odrzuciła cię rywalizacja wśród drag person, ale przecież podczas bali wychodzisz w różnych konwencjach i „walczysz” z innymi voguerami_kami…

S: Tak, ale w moim odczuciu konkurowanie w ballroomie zaczyna i kończy się na runwayu, na którym wychodzisz w swojej kategorii. Poza nim z nikim nie rywalizujesz. Na balach, przez wspólne rozmowy i spędzanie czasu, cały czas budujesz społeczność. Nie walczysz o miejsce na scenie w klubie, tylko cieszysz się, że pojawia się nowa osoba, która pasuje do ballroomu i chce go z tobą tworzyć. W dragu zazwyczaj spotykasz się z innymi osobami tuż przed imprezą. Natomiast w ballroomie na cotygodniowych warsztatach, które też budują wyjątkową więź między osobami uczestniczącymi w tej społeczności.

 

JW: Przychodzisz na warsztaty jako osoba, która już tańczy. Czy to pomaga ci w opanowaniu języka voguingu?

S: Na pewno, ale dużo ważniejsze jest przepracowanie całego twojego bagażu, dobre poukładanie sobie wszystkiego w głowie, by móc dumnie wkroczyć na catwalk. Pewność siebie możesz wyrobić liczbą wyjść na scenę, ale tutaj, w ballroomie, musisz być pewien, że jesteś najlepszy w tym, co robisz.

 

JW: Łatwo ci to przyszło?

S: Nie, dalej nad tym pracuję. To nie jest tak, że powiesz sobie na głos: „Jestem najlepszy!” i już, musisz nad tym mentalnie pracować. Trochę sobie utrudniłem, bo w balach nie wychodzę w kategoriach tanecznych. Wykorzystuję voguing głównie w różnego rodzaju jobach poza ballroomem, czy to w klubach, w teledyskach muzycznych, czy przy takich zleceniach, jak pokaz dla H&M, Vogue Polska czy przy pracy na planie serialu „Sexify”.

 

JW: W jakich kategoriach wychodzisz?

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

S: Moje kategorie to Face, gdzie sprzedajesz sędziom swoją urodę, przekonujesz ich, że to właśnie ty jesteś „najładniejszą” osobą na balu, European Runway, w którym chodzisz i pozujesz jak modelka na najlepszym pokazie mody w Paryżu, Mediolanie czy Nowym Jorku i Sex Siren, dla mnie ta kategoria jest o uwodzeniu, o wdzięku, o hipnotyzowaniu swoim magnetyzmem i sensualnością.

 

JW: Dlaczego zrezygnowałeś z tanecznych kategorii?

S: Mam wrażenie, że już się natańczyłem w swoim życiu i przestało mi to sprawiać radość. Frajdę odkryłem w innych kategoriach, bo były czymś nowym. Jednak, jak pokazuje historia innych voguerów_ek, ulubione kategorie to rzecz zmienna i ciągle ewoluująca w nas samych.

 

JW: Czy w ballroomie, podobnie jak w dragu, tworzysz swoją personę?

S: Wchodząc w drag, próbowałem grać kogoś, kim chciałbym być, czyli osobą otwarcie manifestującą niebinarną tożsamość.

 

W ballroomie dochodzę do tego, nie grając, tylko po prostu będąc.

Oczywiście, że na balu emocje są podkręcone, bo ta społeczność cię rozumie i akceptuje. Jak wyjdziesz w sukience i na obcasach do klubu LGBT-friendly, miejsca teoretycznie bezpiecznego, to i tak znajdzie się osoba, która zmierzy cię wzrokiem i pomyśli lub nawet powie coś negatywnego. W ballroomie totalnie nie ma miejsca na zachowanie transfobiczne, queerfobiczne czy homofobiczne; inni albo cię skomplementują, albo nic nie powiedzą, bo twój nieheteronormatywny wygląd jest dla nich czymś normalnym.

 

JW: Twoja niebinarność rozkwita na balach. Ale czy manifestuje się też na co dzień?

Sinoa, fot. Krystian Daszkowski, asystentka fotografa Magdalena Stawińska

S: Niemal co tydzień jeżdżę na bale lub biorę udział w innych eventach ballroomowych, więc siłą rzeczy ta granica między ballroomem a codziennością się zaciera. Bal jest jak urodziny, podczas których celebrujesz siebie. Co prawda, na co dzień, kiedy wstaję do pracy, nie chce mi się kręcić włosów i się malować, więc manifestuję niebinarność, będąc sobą, swoją naturalną energią i sposobem bycia wychodzącym poza binarny podział.

 

To właśnie dzięki ballroomowi nie muszę udawać kolesia cishetero.

Mogę czuć się swobodnie ze swoją tożsamością. Z czasem zapomniałem o swoich starych nawykach, które nie były naturalne, tylko wpojone w cisheteronormatywnym środowisku. Oczywiście, mimo że Poznań jest miastem otwartym i tolerancyjnym, zdarza się, że na ulicy zostaję zwyzywany od pedałów czy transoli. Te szpile sprawiają, że trochę się kurczę i zamykam w sobie. Na szczęście potem jest bal i znowu rosnę. Ponownie się otwieram i pozwalam na bycie w stu procentach sobą. Dlatego też bardzo doceniam każdą tęczową flagę wywieszoną na balkonie czy w oknach poznańskich mieszkań, daje mi ona nadzieję i znak, że jestem u siebie i nie muszę się niczego bać ani czuć nieswojo.

 

Sinoa (zaimki: on/jego i ona/jej) – jest niebinarnym performerem pochodzącym z Pomorza. Fotomodel z pasji, tancerz z wykształcenia. Studiował taniec w kulturze fizycznej na Poznańskim AWF-ie ze specjalizacją tancerz choreoterapeuta. Członek pierwszego polskiego Vogue domu – Kiki House of Army. Na scenie ballroomowej kategorie, w których się specjalizuje, to Face, European Runway i Sex Siren.