fot. redakcja

W poświacie przelanego akwarium. Poezja Joanny Żabnickiej

Joanna Żabnicka opisuje momenty przesilenia. Bohaterowie jej wierszy snują się samotnie ulicami, wyczekują nocnych autobusów na opuszczonych przystankach. Żyją umieraniem. Straconymi okazjami.

„OGRODNICY Z MARLY”

 

W poezji Joanny Żabnickiej spotykamy świat rzeczy bezimiennych i bezdomnych. Porzuconych, w niełasce, zapodzianych po drodze. W zasięgu czyjegoś przypadkowego spojrzenia.

Przedmioty odpływające od siebie jak senne majaki śniącego. Słowa zapadające się w ciemność, oddające coraz dalej światło. Wyrwy, w których przepadają uskoki myśli. Rozpacz podmywająca w głąb: skrupulatnie, konsekwentnie, niemal bez świadków.

Widzimy same gesty, jakieś daremne ruchy, za nimi stoją ludzie, z których wypływa jednak życie jak z rozbitej butelki. Tak jakby bohaterowie wierszy Żabnickiej w zapadającym się zmroku, w wyciągniętej ręce, powiece na sekundę odbijającej się w szybie odnajdywali samotność; choć robią, co mogą, aby zostawić ją daleko w tyle.

To poezja teatralna, kostiumowa, w tym sensie, że każdy gest waży (a może nawet ciąży), a tekturowe koturny, na których tle dzieją się zdarzenia, dziurawią przypadkowe echa. „Sygnał” o urwanej nucie:

 

(Czy jest coś bardziej

niecierpiącego zwłoki

niż zanikanie?).

PRZEZ CHWILĘ ZNIKANIE

Noce wylewają się na osiedla jak żale wysuszonych staruszków na grobach swoich zmarłych, którzy odeszli przed nimi. Bloki, choć pełne emocji, bywają wyzute z treści. Mury dzielnicy zakreślają granicę tęsknoty; betonowe sklepienie jako wieko domykające ulatujące pragnienia. Pojedyncza cisza niezakłócana cudzą obecnością. Głosy mieszkające w nas samotnie.

Jak czytamy w wierszu „Z dalekich wypraw” – „ciemność obgryza przestrzeń wokół latarni”. U Żabnickiej przemijanie nie cierpi zwłoki, tęsknota rośnie jak debet, bo kolejne przedmioty miały zagadać pustkę, a powiększyły długi. Przeczytajmy fragment „Widokówki z epitafium na odwrocie”:

 

Z zewnątrz

ćmy domykają powieki, takie jest zadanie: wierzyć, że

to nie strach, ale motyle lęgnące się w brzuchach.

 

Co nam zostaje, pyta Żabnicka w wierszu „Powroty”, a w jego ostatnim wersie odpowiada, trawestując zdanie z Iwaszkiewiczowskiej „Brzeziny”: spokój, prawie szczęście. Cisza po burzy, już prawie zażegnany smutek. Ale nawałnica zostawiła ślady, spustoszenia nie napawają oczu radością.

Porą tych wierszy jest koniec sezonu, letnisko, kiedy odjeżdżają ostatni goście. Koce oddające ciepło, klamki ze śladami dłoni, piasek zapodziany po kątach, dziurach, szparach. Plaża, na której wiatr zamazuje ostatnie odbite na piasku ludzkie kształty. Zapach morza, który w porcie zostawia już tylko spłowiałe kryształki soli.

Wiele z wierszy opisuje to, co migotliwe, co porusza się na tafli wody, jeziora, co wyrzuca na łamiącej się fali; morze. Dziecko wyciąga po coś ręce – nic nie zostało. To, o czym mówi tęskno w wersach Żabnicka, zaciera w pamięci to, co jest; stara się być… wszystkim.

„KONIEC LATA”

Joanna Żabnicka, „Koniec lata”, WBPiCAK, Poznań 2019

Jej wiersze są jak wydmy na moment przed tym, gdy piasek osunie się i runie w dół, zasypując resztki zieleni, skrywając porzucone puszki, pościerane patyki, wysuszone plastiki, pomięte opakowania.

Joanna Żabnicka opisuje w swojej poezji momenty przesilenia, wyczerpania dotychczasowego sposobu życia, napinania mięśni wiersza i wypuszczania powietrza. To wiersze na moment „przed”. Ich bohaterowie snują się samotnie ulicami, wyczekują nocnych autobusów na opuszczonych przystankach, w jakimś sensie zawsze zjawiają się po czasie. Żyją umieraniem. Straconymi okazjami. Smutkiem zabarwiającym myśli, zamuloną rzeką, która bez przerwy zmienia zasady gry słabnących świateł. „Nie zdążyliśmy pójść na spacer”:

 

Tyle nas ominęło. Teraz ty

mów do mnie, a ja będę umierać.

MGŁY OPATRUJĄ OTWARTE RANO

Poetka z Poznania zafascynowana jest również możliwościami brzmieniowymi polszczyzny. Często wykorzystuje potencjał homonimów, przygląda się słowom, zderza ze sobą muzykę tych samych słów oznaczających inne rzeczy.

 

Joanna Żabnicka rozluźnia wiązania słów – jest rozwiązła frazeologicznie. Gra na utartych znaczeniach, psuje gotowe skojarzenia, sprzeciwia się językowym nawykom.

Wersy kolejnych wierszy ustawia jak reżyser aktorów na scenie. Nie ma tu mowy o przypadkowo zagospodarowanej przestrzeni, wszystko pracuje na ostateczny rezultat zdarcia masek, zostawienia czytelnika sam na sam ze swoimi myślami, kiedy opadną kurz, kurtyna, emocje. Kiedy zerwie się wątek, odchodzi się bez pyłu na wietrze. Zapomina się imiona. Jest się pod ścianą:

 

Pewnego dnia pszczoły miały opuścić ule

i nie wrócić nigdy. Nie było widać, że odchodzą.

Kurz leży na zewnątrz szyby. Wydaje się nietykalny.

SZMERY W NAZWACH

Joanna Żabnicka, „Ogrodnicy z Marly”, WBPiCAK, Poznań 2016

Poezja Joanny Żabnickiej jest intymna, skryta, gęsta, często skierowana do konkretnego „ty”, jak gdyby czytelnik towarzyszył spotkaniu dwójki ludzi i domyślał się znaczeń słów i wagi historii, które sobie wzajemnie opowiadają.

Bohaterami jej strof są często ludzie niepotrafiący zagrzać miejsca, komunikujący emocje opornie, jak oswaja się najlepsze wiersze, choć niekoniecznie z przyjemnością. Wersy o wychodzeniu z siebie i dochodzeniu do granicy utraty. Przeczytajmy „Gdyby jednak nie”:

 

Na peronie kolei podmiejskiej

roi się tłum. Jak byłoby bez niego?

Czy ktoś bierze na poważnie

kogoś, kogo nie ma

i kto zastanawia się, jak to jest?

 

Przekonanie o kruchości wszystkiego jest w tym poetyckim świecie nieustępliwe i nieodwołalne.

 

Wiersze opisują brak, pustkę, dziurę nie do zasypania przez pamięć i słowa.

Są przewlekle melancholijne, stale mają obniżone nastroje, nieuchronność bez ustanku przypomina ich daty do spożycia, terminy przydatności. Jest dobrze tak, jak jest, choć to niczego nie zmienia. „Bóg się rodzi, człowiek umiera”. Robi się ciemno. Strata pozostaje ocalona.

 

Nad brzegiem rzeki kulą się ludzie

jak zatrzymane w biegu szklane kulki: cali

przejrzyści, z przeciągniętymi przez wnętrze kolorowymi wstęgami.

Nie dotkniesz ich, nie psując człowieka. Tylko

dlatego myślą, że są nietykalni.

 

Joanna Żabnicka, „Ogrodnicy z Marly”, WBPiCAK, Poznań 2016

Joanna Żabnicka, „Koniec lata”, WBPiCAK, Poznań 2019

 

CZYTAJ TAKŻE: Bliżej ziemi. Wstęp do ekokrytyki

CZYTAJ TAKŻE: Mętna kipiel. Poezja Andrzeja Ogrodowczyka

CZYTAJ TAKŻE: Pani ogrodu, tropicielka słów. „Spis z natury” Krystyny Miłobędzkiej