fot. Mariusz Forecki

W pułapce snu

Czy Tomasz Cymerman, reżyser „Snu srebrnego Salomei”, jest wojownikiem, desperatem, idealistą? Czy zapraszając widzów do wejścia w okrutny sen, wierzy, że zbudzą się z niego oczyszczeni? Na pewno idzie drogą, która daje szansą na żywą obecność polskiej klasyki na scenie, choć potyka się nie raz, a aktorzy wymykają się mu spod kontroli.

Spektakl Cymermana – trudny, momentami groteskowy, przeładowany symultanicznymi scenami – nie próbuje w żaden sposób przypodobać się widzowi (pewną niekonsekwencją jest zakończenie, gdzie aktorzy prywatnymi minami, podkreślają, że oto zakończył się teatr w teatrze, co wywołuje, oczywiście, śmiech publiczności).

Reżyser nie bał się sążnistych monologów, którymi usiany jest dramat Słowackiego, choć są one każdorazowo ogromnym wyzwaniem. Co zrobić z aktorem, który sadzi kilkuminutowy monolog? Cymerman próbuje różnych metod – a to każe aktorowi mówić do kamery, zaznaczając jego obecność tylko na ekranach trzech niewielkich telewizorów (bardzo dobry Mariusz Zaniewski jako Gruszczyński), innym znów razem – proponuje podawać tekst „na biało”, odzierając go z patosu (Karolina Głąb jako współczesna Salomea). Czasem, niestety, pozwala aktorom na nadużywanie ekstremalnego środka ekspresji – krzyku.

Zdecydowanie zbyt często wykrzykują swoje kwestie: Paweł Binkowski (skądinąd bardzo przekonujący jako Regimentarz), Grzegorz Gołaszewski (jako Leon, jego lekkomyślny syn), Ildefons Stachowiak (wyrazisty kozak Sawa), Szymon Mysłakowski (Pafnucy) czy Michał Kocurek (przebiegły, przerażający Semenko). Cymerman nie radzi sobie jeszcze z dyscyplinowaniem aktorów, co często się zdarza niedoświadczonym reżyserom. A w wielu przypadkach, krzyk jest zupełnie zbędny, nadużywany traci na swojej sile. O wiele ostrożniej operuje tym środkiem Antonina Choroszy (Księżniczka) – kapryśna, wyniosła, tajemnicza, anielska, a zarazem pełna ognia i namiętności. I to ona, a nie Salomea, jest główną postacią kobiecą, która skupia na sobie uwagę widza i potrafi utrzymać ją w napięciu.

 

Przemyślana, znakomita robota aktorska. Zresztą, w „Śnie…” Cymermana nie ma ról „puszczonych” – widać, że aktorzy pławią się w finezyjności języka Słowackiego, znajdują przyjemność w mówieniu nim, i – najważniejsze –potrafią przełożyć słowa sprzed ponad 130 lat na bliskie im emocje, budując w ten sposób prawdziwe, krwiste postacie.

Akcja dramatu Słowackiego rozgrywa się na kilku płaszczyznach, co zachował reżyser, dzieląc przestrzeń nas kilka planów, wszystkie są oświetlone i przyciągają widza określonymi działaniami. Taki zabieg wywołuje często dezorientację odbiorcy, bo brakuje wyraźnej reżyserskiej wskazówki, na czym powinna się skupić uwaga. A dzieje się wiele. Gdzieś z boku dwoje Polaków: Ojciec i Syn (Zbigniew Grochal i Mateusz Ławrynowicz) patrzy na polsko-ukraińskie piekło, Anusia (Agnieszka Różańska), bojaźliwa służąca Księżniczki dzierga coś z białej włóczki, Popadianki (siostry Semenki – Oksana Hamerska i Marta Szumieł) komentują to, co wydarza się na scenie. Zdarzeń nie brakuje, krew leje się gęsto, rzeź goni rzeź – choć wszystko w słowach. Symboliczne egzekucje na workowatych, ludzkich  kukłach podbijają makabryczny przekaz, choć zdarza się, że reżyser momentami dystansuje się od niego. Aktorzy „wychodzą” na chwilę ze swoich ról, stając się obserwatorami.

„«Sen srebrny Salomei» podejmuje wątki historyczne, wątki stosunków między Polakami a Ukraińcami tuż przed I rozbiorem Polski. Ale to także historia tragicznego romansu, opowieść o tym, jak ludzie próbowali sobie poradzić z tym, co się nagle stało” – mówił reżyser przed premierą.

Ten romans, to na scenie historia naiwnej Salusi, którą męczą złe sny, wykorzystanej i porzuconej przez Leona. Taka historia może zdarzyć się w każdym miejscu i każdym czasie. Jej aktualność podkreśla współczesny kostium Salomei – welurowy, krwisty dres z ogromnym kapturem, pełniącym czasem funkcję maskującą (autorką, prostych w formie, kostiumów jest Hanka Podraza).

I to właśnie historia tych dwojga jest nicią, łączącą przeszłość sprzed wieków, z tym, co wydarza się tu i teraz. Choć reżyser konsekwentnie stawia na pierwszym planie dzieje życia i śmierci Ukrainy, tragedię ludzi, walczących po obu stronach konfliktu. Romans Salomei i Leona schodzi na plan drugi. Cymerman: „Mamy rok 1796 historia wymusza na bohaterach pewne decyzje. Mój spektakl opowiada o tym, jak Ukraińcy postanowili przerwać pasmo okrucieństwa polskiego i w jaki sposób Polacy ustosunkowali się do swojego okrucieństwa i tego, co Ukraińcy wyczyniali z dworami szlachty. Opowiada, jak wyglądało piekło polsko-ukraińskie. Ta historia umarła razem z rozbiorami polskimi, ale potem ciągle funkcjonowała. Cały czas Polacy mieli problem z Ukraińcami, Ukraińcy nienawidzili Polaków, a Polacy uważali, że Ukraińcy nie mają prawa do swojej wolności, do wolnej Ukrainy. Nie umieliśmy się ze sobą dogadać”.

 

Publiczność od pewnego momentu staje się świadkiem wydarzeń, biernym obserwatorem konfliktów ludzkich i narodowych. A to za sprawą giętkich luster, w których odbijają się, siedzący w fotelach widzowie.

Ten prosty, czytelny zabieg, jest dziełem pomysłowej scenografki – Dominiki Skazy, tak jak mobilne mini-sceny, wyspy, na których rozgrywa się akcja, jak dziura w ścianie przy łóżku Regimentarza, która odsłania nie tylko drugi plan, ale i całą kuchnie teatralną. Znakomicie nastrój scenicznej akcji oddaje muzyka Ayane Yamanaka.

Cymerman przesadza nieco z ilością pomysłów i wykorzystywaniem różnego rodzaju gadżetów (mini ruletka, ogromna figura szaro-ołowianego konia na trzecim planie, któremu w pewnym momencie zapalają się oczy, jakiś automat do gry, gdzieś w głębi sceny, spalenie malutkiej atrapy cerkwi itp.). Jakby nie do końca ufał inteligencji i wyobraźni widza. Zupełnie niepotrzebne wydaje się też podkreślenie (na zakończenie spektaklu), że oto mieliśmy do czynienia z „teatrem w teatrze”, aktorzy pantomimicznie ilustrują podawany z off-u tekst, stroją miny, puszczają oko do widza. Po co, skoro przedtem reżyser potrafił inaczej wyrazić swój dystans do proroctw i przesadnego celebrowania mistycyzmu. Nawet Wernyhora (Tadeusz Drzewiecki) jest nonszalancki i luzacki, jakby zbytnio nie przejmował się swoimi przepowiedniami.

„Sen srebrny Salomei” jest chyba najbardziej kłopotliwym dziełem Słowackiego, sprawiającym najwięcej kłopotów interpretacyjnych. Napisany w 1843 roku, rok później został wydany w Paryżu, a wystawiony po raz pierwszy w Krakowie w roku 1900. Powstał w okresie, kiedy Słowacki zetknął się z Towiańskim i ideami towianizmu oraz z twórczością Calderona de la Barki. „Sen…” nawiązuje do okresu krwawych antypolskich powstań chłopów ukraińskich i walki szlachty z hajdamaczyzną, wydarzenia historyczne plączą się w nim z wątkami mistycznymi. Wedle słów autora to „romans dramatyczny w pięciu aktach" – historia wielkich namiętności i zdrad: Salomei Gruszczyńskiej i Leona, syna Regimentarza, opętanego miłością do panienki dworskiego kozaka Semenki, a także Księżniczki i Sawy, rycerza ukraińskiego. Wydaje się jednak, że dla Cymermana „Sen…” jest przede wszystkim opowieścią o narodzie, który utracił swoją wolność. I musi ją odzyskać.

Choć nie jestem zwolenniczką „uaktualniania” klasycznych tekstów poprzez proste wpasowywanie jej bohaterów (także narodów) we współczesny kontekst, jestem w stanie zrozumieć ideę, przyświecającą twórcom spektaklu. W kontekście tego, co dzieje się obecnie za naszą wschodnią granicą złowieszczo brzmią słowa Pafnucego: „Ach! Ukrainy nie będzie!/Bo ją ludzie ci na mieczach rozniosą./Ach! róż polnych z jasną rosą/Zabraknie, bo je ludzie ci kochankom rozdadzą./Ach dumy w grobach ucichną!/Bo się pieśni do polskich już rycerzy uśmiechną./Ach koniec Ukrainie!/Bo się sztandar szlachecki na kurhanach rozwinie”. Tyle, że na miejscu polskich rycerzy są teraz „zielone ludziki”.

„Sen srebrny Salomei” J. Słowackiego, reż. Tomasz Cymerman, Teatr Nowy w Poznaniu, premiera 11 kwietnia 2015.

Poniżej galeria zdjęć ze spektaklu „Sen srebrny Salomei” Juliusza Słowackiego w reżyserii  Tomasza Cymermana. Premiera: 11 kwietnia 2015, Teatr Nowy.

 

CZYTAJ TAKŻE: Żar-Ptak: przypomnienie o Ginczance

CZYTAJ TAKŻE: Pochwała chaosu? 

CZYTAJ TAKŻE: Życie w celi śmierci