fot. Mariusz Forecki

W świecie lalek, kostiumów i konstrukcji

Pracują nad kilkoma spektaklami równocześnie. Każdy znają od podszewki. Wiedzą, jak zrealizować nawet najbardziej niestandardowe pomysły scenografów. Z Grzegorzem Fijałkowskim, kierownikiem pracowni artystycznych Teatru Animacji, rozmawia Martyna Nicińska.

Na korytarzu pracowni Teatr Animacji królują teraz ogromne ilości plastikowych butelek.

Przygotowujemy się do premiery „Jungle People” w reżyserii Mateusza Pakuły, która będzie miała miejsce 30 marca. Dużą Scenę teatru opanuje całe mnóstwo: butelek, kubków jednorazowych, taśm wideo i magnetofonowych. W centralnym punkcie sceny znajdzie się olbrzymia wisząca dętka, a aktorzy w kostiumach będą stąpali po wylewającej się z dętki ogromnej formie w kształcie języka.

Każdy spektakl to wyzwanie?

Tak, ponieważ przy każdej produkcji pracujemy z innymi reżyserami i scenografami. Twórczyni spektaklu „Odlot”, Janni Younge z RPA, bardzo zależało na wyrzeźbieniu lalek z afrykańskiego drewna (Samba) i sprowadzeniu kosztownego rattanu. Wpadłem na pomysł, żeby zastąpić je polską wikliną, ale moczoną w charakterystyczny sposób. Jeździłem aż pod Nowy Tomyśl, żeby podpatrzeć tę technologię i w końcu udało nam się osiągnąć ten efekt.

 

Pracę przy spektaklu zawsze zaczynamy od spotkania z twórcami. Na bieżąco korygujemy ich pomysły. Po tylu latach już przy pierwszych rozmowach wiem, co jest wykonalne, a co nie.

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Zdarzają się pewne niespodzianki, ale udaje nam się potem z tego wybrnąć. Scenografowie są zadowoleni ze współpracy z nami, wracają z kolejnymi projektami.

Komfortowa sytuacja to taka, w której kończymy jedną premierę i zaczynamy drugą. Teraz robimy dwa, trzy spektakle jednocześnie. Równolegle do „Jungle People” pracujemy nad „Baśnią o trzech konikach” Marka Cyrisa, która będzie miała premierę 13 kwietnia. Idziemy w stronę lekkich, ażurowych elementów w polskim, ludowym stylu.

 

Przy każdym spektaklu wszystkie pracownie działają pełną parą?

Wszystkie, czyli: pracownia krawiecka, stolarnia, ślusarnia i pracownia plastyczna, która ma zawsze najwięcej pracy. Zaczynamy od rozrysowania projektów, opracowania ich i wykonania w stanie surowym. Potem te formy, lalki czy elementy kostiumów trafiają do pracowni krawieckiej, gdzie są przez koleżanki obszywane lub oklejane. Następnie wracają do pracowni plastycznej i nabierają ostatniego szlifu. Stolarze i ślusarze pracują nad konstrukcjami. Czasami przygotowują podest, na który wchodzi jeden aktor, a czasem dwunastu aktorów jak w spektaklu „Miłość do trzech pomarańczy”.

Ile osób ma pan w swoim zespole?

Sześć.

 

To mało.

Tak, nie jesteśmy dużym zespołem, a mamy sporo pracy do wykonania. Idealna sytuacja to cztery premiery w sezonie i dwa, trzy miesiące na przygotowania. Miesiąc przed spektaklem aktorzy powinni mieć już próby w prawie gotowej scenografii, żeby się z nią oswoić, ograć ją.

 

Zaczynał pan od pracy w modelatorni i powoływał do życia lalki.

Grzegorz Fijałkowski, fot. Mariusz Forecki

Grzegorz Fijałkowski, fot. Mariusz Forecki

W 1982 roku skończyłem dwuletnie Studium Techniki Teatralno-Filmowej na kierunku modelatorstwo i malarstwo sceniczne. Po szkole miałem możliwość wyboru pracy: w Teatrze Lalki i Aktora „Marcinek” [dziś Teatr Animacji – przyp. red.] albo w Teatrze Wielkim. Opera mi nie odpowiadała, ponieważ jest ogromną machiną produkcyjną, a gdy przyszedłem na rozmowę wstępną tutaj, to od razu poczułem, że to moje miejsce. Tak mnie wciągnęło, że zostałem do teraz. Tu poznałem moją żonę [Iwona Fijałkowska, aktor lalkarz w latach 1989–2007 – przyp. red.], a w tej chwili współpracuję z synem [Igor Fijałkowski, aktor Teatru Animacji od 2016 roku – przyp. red.].

 

Dziś odchodzi się od spektakli lalkowych. Kiedy zaczynałem, było zdecydowanie więcej przedstawień parawanowych, w których pojawiały się lalki typu: pacynki, kukły, jawajki i marionetki.

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Aktor, ukryty za parawanem, ożywiał lalkę. Dawał jej ruch i głos. Teraz aktor gra w żywym planie jak w teatrze dramatycznym. Ma przy sobie lalkę, którą animuje.

Zaczynałem od pracy w technikach, które dziś przez niektórych mogą być postrzegane jako przestarzałe. Moją codziennością było rzeźbienie, modelowanie w glinie, robienie odlewu gipsowego, który musiał wyschnąć przed wyklejeniem techniką papier mâché. To pracochłonna, ale niedroga i wdzięczna technika, która pozwala malować, szlifować i szpachlować, czego nie można zrobić ze sztucznymi tworzywami, których dziś się używa. Te stare technologie sprawdzają się cały czas, a nowe mogą się przydać tylko przy konkretnych projektach. W PRL-u oczywiście największym problemem było zaopatrzenie. Każda śrubka i gwoździk były na wagę złota.

 

Czy teraz jesteście samowystarczalni?

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

Pracownia Teatru Animacji w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, fot. Mariusz Forecki

To zależy od reżysera i scenografa. Oni czasem mają już swoje przyzwyczajenia i są przekonani, że można coś zlecić i zrobić na zewnątrz. Czasem nie mamy wyjścia. Przy „Baśni o trzech konikach” dekoracja jest wycinana m.in. laserowo, czego byśmy sami nie zrobili, a na pewno nie w takim tempie. Potem już tylko musimy połączyć i zmechanizować elementy wycięte przez maszynę. Nie chciałbym jednak, żeby nowa technologia weszła za mocno do naszych pracowni i do naszego teatru. Myślę, że warto po nią sięgać tylko przy bardzo nowoczesnych projektach scenograficznych.

Współcześnie teatry pozbywają się pracowni.

U nas byłoby to niemożliwe, ponieważ mamy za dużo pracy, której nie da się zlecić. Musimy stale konsultować projekty z aktorami. Modyfikacjom nie ma końca. Zdarza się, że współpracujemy z innymi teatrami, wykonujemy lalki i szyjemy kostiumy. Mieliśmy niedawno taką koprodukcję z Teatrem Polskim przy spektaklu „27 grudnia”.

Tekst ukazał się w dodatku do „Głosu Wielkopolskiego”, Kultura u Podstaw, Teatr/Wielkopolska, 30–31 marca.

GRZEGORZ FIJAŁKOWSKI – skończył Studium Techniki Teatralno-Filmowej na kierunku modelatorstwo i malarstwo sceniczne przy Liceum Plastycznym w Poznaniu. Od 1982 roku pracuje w Teatrze Animacji [wtedy Teatr Lalki i Aktora „Marcinek”], w 1994 roku został kierownikiem mieszczącej się w nim pracowni plastycznej, a w 2014 – kierownikiem wszystkich pracowni.

CZYTAJ TAKŻE: Naturalna teatralność („Miłość do trzech pomarańczy” – premiera w Teatrze Animacji)

CZYTAJ TAKŻE: Teatralne podróże. Rozmowa z Agatą Drwięgą z Teatru Animacji w Poznaniu

CZYTAJ TAKŻE: Leokadia Serafinowicz – zapomniana królowa