fot. Marcin Oliński, kdk.konin.pl

Warstwy autentyczności

Festiwal Sztuki Ludowej organizowany przez Towarzystwo Poligrodzianie zadaje pytania o to, w jakich wspólnotach wyobrażonych chcemy uczestniczyć i jakie „wynalezione” tradycje chcemy podtrzymywać. Dyskusja o autentyczności, którą festiwal może prowokować, nie powinna skończyć się próbą dotarcia do źródeł, których już nie ma.

W SIERPNIOWYM SŁOŃCU

Kończące się wakacje i – raczej z powodu upału – opustoszałe miasta to niewdzięczny czas dla wydarzeń kulturalnych. Jednak mimo tych nie do końca korzystnych warunków na konińskim placu Wolności spora publiczność pojawiła się na dwóch splecionych ze sobą wydarzeniach – Jarmarku św. Bartłomieja oraz koncertach i występach artystów w ramach Festiwalu Sztuki Ludowej.

Koncert rozpoczynający się o godzinie 18 domykał pierwszy dzień Jarmarku – spowodował, że zwykle pusty już o tej porze plac Wolności był zaludniony aż do zapadnięcia zmierzchu. Oprawa festiwalu, prosta scena oraz krzesła dla publiczności ustawione na płycie rynku, członkinie i członkowie zespołów, którzy podczas oczekiwania na występ chodzili pomiędzy stoiskami, robiąc zakupy – to wszystko wskazywało, że festiwal dobrze wpisał się w formułę jarmarku.

Publiczność – raczej starsza wiekiem – płynnie przeszła od powolnego obchodzenia stoisk do części rynku, na której odbywał się koncert. Kończące się wakacje, długie cienie sierpniowego słońca i wygasający pomiędzy murami kamieniczek upał dodawały specyficznej, „nostalgiczno-retropijnej” oprawy.

FOLKLORYZM, ALE JAKI?

Wybrana formuła – prezentacja folklorystycznych zespołów wykonujących stylizowaną muzykę ludową – prawdopodobnie nie zadowoli purystów poszukujących źródeł muzyki czy eksplorujących archiwa etnomuzyczne.

Zespoły festiwalowe w pełni świadomie prezentowały muzykę ludową, która została poddana folklorystycznej obróbce, standaryzacji, wpisując się w to, co Józef Burszta nazwał „folkloryzmem” (rozwijanym szczególnie intensywnie w XIX i XX wieku procesie wytwarzania „wspólnot wyobrażonych” oraz „wynalezionych tradycji”, gdy odwołania do „ludu” służyły budowaniu i wytwarzaniu świadomości narodowej). Powyższe „wątki” były obecne na konińskim koncercie – za przykład niech posłuży prezentacja flagi rumuńskiej podczas koncertu zespołu Doruletul czy eksponująca „serbskość” pieśń wykonywana solowo przez członkinię zespołu Joy.

 

Prezentowany typ podejścia do ludowości spotkał się z dyskusją i krytyką, często traktowano folkloryzm jako – owszem – inspirowany przez sztukę ludową, ale oderwany od „autentyku”, a także jako służenie celom rozrywkowym.

Ów folkloryzm został poddany krytyce przez takich autorów jak Andrzej Bieńkowski, słynny i niestrudzony poszukiwacz „ostatnich wiejskich muzykantów” czy poznański badacz, socjolog muzyki Adam Czech, którzy z nostalgią dokumentując i rekonstruując muzykę wiejską, równocześnie wpisują się w opowieść o nieuchronnym schyłku kultur tradycyjnych.

INNEJ TRADYCJI JUŻ NIE MA?

Festiwal odczytany w takiej optyce mógł potwierdzać krytyczne podejście do „folkloryzmu”. Zespoły z Bośni Hercegowiny, Węgier, Serbii, Słowacji i Rumunii prezentowały klasyczny repertuar muzyczny oraz zestandaryzowane tańce ludowe. Trzeba jednak zauważyć, że na ich tle odróżniał się zespół Hai la joc z Holandii (wraz z towarzyszącą mu orkiestrą Ferdivedûnsje), który był najbardziej samoświadomie teatralny oraz autoironicznie humorystyczny.

 

Muzycznie odbiegał także zespół z Kolumbii – balansujący na granicy muzyki tanecznej.

Zespoły z Holandii i Kolumbii ujawniły pewną słabość w doborze prezentowanych artystów. Lepszy rezultat festiwalowy daje przeplatanie zespołów o różnej stylistyce i dynamice z bardziej wyrazistym i wyartykułowanym planem ich prezentacji. Wymagałoby to przebudowy formuły – z podziałem na bloki muzyczne. Dzięki temu łatwiej można by stworzyć więcej przestrzeni dla odbiorców, mniej przytłoczonych następującymi szybko po sobie zmianami zespołów. Takiej autorskiej, patronującej, może nawet lekko dyktatorskiej ręki w organizacji festiwalu zabrakło.

Warto jednak zauważyć, że zaprezentowane zespoły pokazały świadomy folkloryzm – ekspozycję tego, czym idea ludowości stała się w toku jej „obróbki” naukowej, społecznej i kulturowej. To jednocześnie zgoda na hybrydalność, kulturę zapośredniczenia i fakt, że kultur tradycyjnych dziś nie ma.

Tę samoświadomość szczególnie widać było we wspomnianym występie zespołu holenderskiego, podczas którego muzyce towarzyszyły pantomimiczne scenki przypominające o pracy rybaków czy rolników. Zespół z Holandii, kraju zmodernizowanego już w XVII wieku, dobrze pokazywał, że w większości wypadków już od dziesiątek lat nie ma innej tradycji niż ta wynaleziona i przetworzona.

FOLKLORYZM TO FANTAZJA?

Tylko czy aby na pewno festiwale odwołujące się do „źródeł”, „korzeni” docierają do jakiegoś bardziej autentycznego świata? Czy zespoły folklorystyczne występujące przed „postchłopską” publicznością miast powiatowych są mniej ludowe i autentyczne niż te prezentowane w miejskich klubach muzycznych przed publicznością złożoną z mieszkańców miast?

Przecież to właśnie proces migracji do wielkich miast wyludniał prowincję i „zabijał” tradycję wskrzeszaną dziś w ramach dystansujących się wobec folkloryzmu poszukiwań prawdziwego „folku”.

Festiwal Sztuki Ludowej w Koninie, fot. Marcin Oliński, kdk.konin.pl

Festiwal Sztuki Ludowej w Koninie, fot. Marcin Oliński, kdk.konin.pl

Koniński rynek zapełniła lokalna publiczność, którą ze wsi do miasta przeniosło uprzemysłowienie – modernizacja i urbanizacja w okresie PRL-u, a wioski wokół od dziesiątków lat stały się zapleczem mieszkalnym dla robotników i chłoporobotników. Zanik tradycji stał się faktem.

Folkloryzm, celebrowanie „wynalezionych” tradycji jest teatrem, wspomnieniem, wytwarzaniem świata, którego w prezentowanej postaci nie było. Tak, zespoły ludowe to fantazja o tym, czym była sztuka ludowa. Tyle tylko że ta fantazja jest punktem odniesienia dla współczesnych społeczności miast powiatowych. Dzisiejszy folkloryzm jest ludowy „inaczej”, niż oczekiwaliby etnomuzykolodzy.

 

Niezależnie od tego, czy nam się podobają, czy nie, to „wspólnoty wyobrażone” spajają nas, wytwarzają pamięć, choć są konstrukcją.

Szkocki strój męski, który dziś wszyscy łączymy z „autentycznym” doświadczeniem Szkocji, był romantycznym XIX-wiecznym wynalazkiem, a słynna krata – produktem angielskiego przemysłu włókienniczego. Czy z tego powodu mamy zaniechać tej dziś spajającej Szkotów tradycji?

W POSZUKIWANIU AUTENTYCZNOŚCI

Krytyka „folkloryzmu” z pozycji poszukiwacza autentyczności jest pociągająca, ale może kryć w sobie pułapki. Pomijając niepokojący rys „wyższościowy”, krytyka taka dziś – w czasie, w którym świat wsi właściwie nie istnieje – sama zdaje się wytwarzać swą własną „wspólnotę wyobrażoną”.

Owszem, cekiny, stroje ludowe szyte według jednego wzoru to nie kapcie z łyka czy wyświechtana marynarka wiejskiego harmonisty palącego papierosa kątem ust – które są pewnie atrakcyjne dla poszukiwacza autentyczności. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczniemy pytać o to, jakie wspólnoty uczestnictwa organizuje wokół siebie folklorystyczna sztuka ludowa, a jakie poszukiwacze autentyczności.

 

Festiwal Towarzystwa Poligrodzianie zadaje pytania o to, w jakich wspólnotach wyobrażonych chcemy uczestniczyć, jakie „wynalezione” tradycje chcemy podtrzymywać.

Dyskusja o autentyczności, którą festiwal sztuki ludowej może prowokować, nie powinna skończyć się tylko „retroutopijną” próbą dotarcia do źródeł, których już nie ma, ale raczej uświadomieniem sobie, że nasze doświadczenie może być autentyczne – i nieważne, z ilu warstw i przekształceń się składa.

Tak jak autentyczne było skupienie i zdenerwowanie jednej z tancerek, niezależnie od tego, że zza jej „ludowego” serdaka wystawał smartfon.

 

XIII Festiwal Sztuki Ludowej, Poznań, Gniezno, Konin, Lusowo, 22–25 sierpnia 2019
 

 

 

CZYTAJ TAKŻE: Nowa stara Prowincja Poznańska

CZYTAJ TAKŻE: Rozjeżdżając księżycowy pył

CZYTAJ TAKŻE: Nie ma co udawać, że jest inaczej