fot. Materiały prasowe organizatorów

Wojny trojańskiej nie będzie?

Mądra i wrażliwa relektura Homerowej „Iliady”, jaką stanowi poznańskie przedstawienie w Teatrze Wielkim zatytułowane „Trojan”, porusza i zachwyca. Pod względem ideowym, muzycznym, choreograficznym i teatralnym. Rzadko bywają takie spektakle, po których widzowi więźnie głos w gardle.

Odniesienie do współczesności, próba jej zdiagnozowania przy pomocy mitu, minimalistyczna i świetnie zorkiestrowana partytura, proste i sugestywne obrazy sceniczne, które opowiadają nową, zaangażowaną wersję fabuły, powodują, że emocje publiczności – niezależnie od jej fascynacji antykiem – muszą zmierzyć się, niekiedy boleśnie, z propozycją Gabriela Kaczmarka i Viktora Davydiuka.

DLACZEGO Z OPÓŹNIENIEM?

Zacznę od usprawiedliwienia, dlaczego ta recenzja ukazuje się z pewnym opóźnieniem. Chyba pierwszy raz w życiu stanąłem przed barierą, która była zarówno reakcją na własny zachwyt nad przedstawieniem, jak i emocje, jakie ono budzi. Jak bowiem skonceptualizować emocje?

 

Jak poradzić sobie z wielowarstwowością koncepcji artystycznej, z jej – jakże bolesnym – odniesieniem do rzeczywistości, w której żyjemy.

Dlatego, już po premierze, nieco obsesyjnie zacząłem oglądać udostępnioną przez teatr rejestrację wideo.

Nie ukrywam, że owe sensy naddane trojańskiego mitu (z nim samym, także z powodów zawodowych, radzę sobie doskonale) i zaangażowany charakter spektaklu okazują się dla widza najtrudniejsze. Mimo wszystko świadomość wojen, które gdzieś tam na świecie się toczą, a które docierają do nas szczęśliwie tylko za pośrednictwem mediów, jest dość odległa. Od czasów pierwszej wojny światowej (zwanej wielką) wiemy przecież doskonale, że zmieniła ona na zawsze charakter konfliktów zbrojnych, które stały się totalne, angażując ludność cywilną.

Oglądając „Trojana”, myślałem o swoim syryjskim studencie sprzed kilku lat, który nie miał już po co wracać do ojczystego Aleppo, a moi koledzy ogromnie zaangażowali się, by mógł zostać w Polsce. Mam nadzieję, że losy Waela potoczyły się jednak pomyślnie… Przypominałem sobie także naiwne oczekiwanie – jakie często towarzyszyło mi podczas nastoletnich lektur – na to, że jednak moi bohaterowie będą mogli uniknąć nieszczęścia, choć przecież nie było to możliwe. Wszak Mojry są nieubłagane i nie zmienią swych zamiarów, wszak Kery – okrutne boginie gwałtownej śmierci (które można zobaczyć w poznańskim przedstawieniu) już nad nimi krążą.

"TROJAN" Balet w dwóch aktach
Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu
Prapremiera 12 maja 2018

muzyka: GABRIEL KACZMAREK
choreografia i reżyseria: VIKTOR DAVYDIUK

Jak diagnozował cztery lata przed wybuchem drugiej wojny światowej Jean Giraudoux w sztuce „La guerre de Troie n’aura pas lieu” (z niej zapożyczam tytuł recenzji) – wojna trojańska jest nieuchronna. Ludzkie działania, ofiary, starania nie są w stanie jej powstrzymać, co więcej – jeszcze bardziej zwiększają jej nieuniknioność. Pamiętajmy, że Homer ostatecznie zakwestionował sensowność mitu heroicznego, konfrontując poległych bohaterów „Iliady” z postaciami „Odysei”, którym – jak tytułowemu bohaterowi posługującemu się oprócz męstwa rozumem i sprytem – udało się przetrwać.

 WOJNA WYMAGA OFIAR

 

„Trojan” jest więc oryginalną i interesującą próbą „przepisania” „Iliady”Próbą udaną, ale niełatwą, bo losy postaci jeszcze bardziej się komplikują, są rozpięte pomiędzy marzeniami a ich negatywną realizacją.

Dlatego sugeruję uważną lekturę omówienia akcji, dostępną w książce programowej. Oto Helena, jak czytamy, chciałaby wyrwać się ze swego opresyjnego środowiska, mieć możliwość decydowania o sobie samej, cieszyć się wolnością. „Takim miejscem w wizji, która się jej ukazuje, jest Troja”. Jednak przecież pamiętamy, że jej los został od dawna postanowiony; nawet jeśli o tym jeszcze nie wie, musi stać się nagrodą dla Parysa, a zarazem przyczyną nieszczęścia i Greków, i Trojan. Krótkie chwile szczęścia z Parysem niebawem zamienią się w tragedię.

Wojna wymaga ofiar. Pierwsza z nich to córka króla Myken i naczelnego wodza Greków Agamemnona – Ifigenia. Przypomnę, że u Homera urażona bogini Artemida taką właśnie wyznacza cenę, by okręty mogły wyruszyć pod Troję. Realizatorzy w swym „przepisaniu” mitu podchodzą do wydarzeń dość swobodnie, więc nie dziwi, że dziewczynka pojawi się w finale przedstawienia, wprowadzając konia trojańskiego – ciągniętą na sznurku zabawkę, która pogłębia nasze przygnębienie.

 ZDERZENIE PRAGNIEŃ I RZECZYWISTOŚCI

Odstępstwo od wersji Homerowej opowieści nie jest oczywiście czymś złym. Wszak to naturalna praktyka literatury antycznej, nieustannie poszukującej nowych szczegółów, motywacji i emocji, jakie można wydobyć z mitu. Zaproponowana w przedstawieniu fabuła wyraziście podporządkowana jest porządkowi ideowemu, który twórcy wpisują w swe dzieło. Jasno zresztą objaśniają go w ciekawej rozmowie zamieszczonej w książce programowej. Nie zamierzam streszczać tej nowej akcji. Zwrócę tylko uwagę na wpisane w nią konfrontacje i przeciwstawienia zdarzeń i paralelnych bohaterów, wyraziście przedstawione na scenie (choćby Achilles i Bryzeida oraz Parys i Helena). Wreszcie zderzenie pragnień i rzeczywistości.

 

Ukazanie nieuchronności ludzkiego losu nie jest jednak najważniejszym wymiarem przedstawienia. Raczej jego przesłanką.

Twórcy starają się przy pomocy fabuły, muzyki oraz obrazów sprowokować naszą refleksję nad nieszczęściem współczesnych wojen. Jasno o tym mówią we wspominanym wywiadzie. Ów zaangażowany, w sposób zupełnie nienachalny, charakter dzieła jest jego wielką wartością. Uświadamia zarazem, dlaczego antyczne mity i literatura mają (winny mieć…) wciąż tak ważne miejsce w naszej kulturze, stanowiąc swoiste zwierciadło, w którym się przeglądamy.

MINIMALIZM, NOWOCZESNOŚĆ I WIRUS

Muzykę Gabriela Kaczmarka można najkrócej określić jako minimalistyczną, ale jest to minimalizm szczególny, wsparty wyrafinowanymi technikami kompozytorskimi, sonoryzmem i kontrolowanym aleatoryzmem, repetywnością, poszukiwaniem nowych brzmień tradycyjnych instrumentów orkiestrowych przetwarzanych komputerowo. Zwłaszcza powtarzalność motywów, fraz i rytmów wywoływać musi poczucie pewnego emocjonalnego osaczenia oddającego świadomość precyzyjnie konstruowanych postaci. One zaś tylko pozornie są czarno-białe (jak kostiumy), niezależne bowiem, po której stronie konfliktu się znajdują, coraz bardziej mają świadomość nieuchronnego nieszczęścia.

dramaturgia: KATARZYNA FRĄTCZAK
scenografia i kostiumy: MAGDA FLISOWSKA
projekcje wideo: KAROLINA MIKOŁAJCZUK
reżyseria świateł: WIKTOR KUŹMA
asystenci choreografa: EVGENIA MEISSNER I ANDRZEJ PŁATEK

Pewnie do najbardziej poruszających scen „Trojana”  należy ta, która i u Homera poraża. Oto król Priam prosi Achillesa o wydanie zwłok poległego w pojedynku z nim syna, Hektora. Wówczas syn Tetydy doznaje zadziwiającej przemiany: przypomina sobie własnego ojca, którego już nie zobaczy, uświadamia sobie, że podobnie jak Troja skazany jest wyrokiem przeznaczenia na śmierć, a jego gniew – będący głównym tematem poematu – oczyszcza się.

Reżyser i choreograf zaproponował ciekawe połączenie tańca klasycznego i nowoczesnego uderzające wyrafinowaną naturalnością, dzięki której sceny nie mają nic wspólnego z baletowym popisem, a stają się wyrazistym środkiem komunikowania emocji. Zespół baletowy Teatru Wielkiego po raz kolejny prezentuje świetną formę, umiejętność kreowania postaci oraz scen zbiorowych. W przedstawieniu dominuje czerń i biel, sugerujące nie tylko dawność opowiadanej historii, ale również jej mroczność. Tylko czerwień Ker i trojańskiego konia, czytelnych znaków przeznaczenia i tragedii, kontrapunktuje tę stylistykę.

 

Projekcje wideo zdają się łączyć trzy elementy: świata cyfrowego (a więc nawiązanie do tytułowego wirusa), sugestywne obrazy wojenne, a także symbolikę – płynąca krew, która od początku każe pamiętać o ogromie cierpienia i zniszczenia. Nie ma tu bowiem wygranych, wszyscy zapłacili lub zapłacą – o czym pamiętamy z Homera – swoją cenę za to, że dali się wciągnąć czy też zostali wciągnięci w bosko-ludzką historię. A ze spotkania z bogami, wierzyli Grecy, nic dobrego dla człowieka wyniknąć nie może.

„Trojan” jest ważnym i mądrym przedstawieniem. Prowokuje do myślenia, inspiruje. Każe zmierzyć się z antycznym mitem, który staje się kluczem do czytania i odczuwania współczesności. Przy tym w pełni satysfakcjonuje i muzycznie, i teatralnie.

PIOTR URBAŃSKI – profesor zwyczajny UAM, historyk literatury i operolog, publicysta muzyczny. Opublikował m.in. książkę „«David musicus» i inne studia z pogranicza historii opery i tradycji antycznej”; jest współredaktorem tomów „Od literatury do opery i z powrotem” oraz „Opera wobec historii”. Był konsultantem literackim Opery na Zamku, a od sześciu sezonów współpracuje z Filharmonią im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Porozmawiajmy o operze: Dlaczego inscenizatorzy nie wierzą Wagnerowi? (O „Lohengrinie”)
CZYTAJ TAKŻE: Porozmawiajmy o operze: „Don Giovanni”, czyli o defekcie wyobraźni
CZYTAJ TAKŻE: Porozmawiajmy o operze: Mały manifest