fot. Maciej Kijko

Wynicować edukację

Dość powszechne są utyskiwania nad stanem polskiej oświaty. Nauczyciele uznają się za grupę wciąż niedocenioną – nie tylko finansowo (czemu zdawałyby się przeczyć badania, według których cieszą się społecznym szacunkiem i prestiżem), podczas gdy dla innych śmieszne jest mówienie o obciążeniu pracą przy 18 godzinach przy tablicy i braku zgody na więcej.

Uczniowska wizja szkoły jest zgoła inna, widać rozbieżność pomiędzy codziennym doświadczeniem młodzieży a wynikającymi z programów nabywanymi umiejętnościami.

Odległa rzeczywistość

Działania ministra Czarnka i podległych mu urzędników wyznaczają osobną, odległą od wszystkich tych problemów rzeczywistość. Nie pomagają rozwiązać żadnej z wyżej wspomnianych kwestii, a otwierają kolejne pola sporów i dyskusji. Resort edukacji nie dostrzega bądź – co bardziej prawdopodobne – lekceważy wyzwania pojawiające się przed polskim szkolnictwem, wynikające ze złożonych procesów przekształcających świat.

 

Woli uprawiać donkiszoterię, mocując się z rzeczywistością w postaci w demona genderu na przykład, anegdotyczny jest też zwrot ku „cnotom niewieścim” – szkoda, że to wszystko odbywa się głównie kosztem uczniów.

Niemałym wyzwaniem są dla polskiej edukacji dzieci z Ukrainy, których nie można pozostawić bez pomocy. Nie można dopuścić, by wypadły z rytmu nauki na zbyt długi czas, bo może pojawić się luka nie do wypełnienia. Utrudnia to też pokonanie poczucia nienormalności i tak trudnej przecież sytuacji. Samorządy i nauczyciele robią, co mogą, dla powrotu młodych Ukraińców i Ukrainek do szkół.

Ministerstwo tymczasem ogłasza, że przystępujący (za chwilę można powiedzieć, że po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w Polsce, nie w szkole nawet) do egzaminu ósmoklasisty i matury z języka polskiego ukraińscy uczniowie i uczennice nie będą traktowani ulgowo.

 

Miałoby to bowiem spowodować nierówność szans w dostępie do szkół ponadpodstawowych i na studia.

Równość w dostępie do edukacji jest sprawą istotną, choć reforma minister Zalewskiej, likwidując gimnazja, skutecznie ją skądinąd ograniczyła. A to przecież ta sama formacja polityczna, co obecni zarządzający ministerstwem. Jak widać, chodzi tu o retorykę, nie realia.

Bo czy naprawdę na takie rozwiązanie stać cały urzędniczy sztab ministra Czarnka – wszystkich jego wiceministrów, doradców i ekspertów? Kazać nieposługującym się jeszcze swobodnie dzieciom rozwiązywać testy i pisać prace z języka polskiego? I oceniać ich podług jednej z polskimi koleżankami i kolegami miary? To dopiero wygląda na rażącą nierówność.

Problem rzeczywiście nie jest błahy ani łatwy. Rozwiązanie przypomina jednak próbę regulacji zegarka młotkiem. Od czego też tęgie ministerialne głowy, jeśli nie od projektowania rozwiązań problemów rzeczywiście trudnych?

Program a rzeczywistość

Te wszystkie – ważne bezsprzecznie – kwestie tworzą kontekst dla sprawy bardziej podstawowej. Działanie systemu skuteczne, efektywne, służące faktycznemu nabywaniu wiedzy, to jedno. Najlepszy system wszakże musi być wypełniony treścią nauczania.

 

Programy szkolne – ich zawartość, kształt, wyłaniająca się z nich wizja świata – są rzeczą pierwszorzędną. Nad ich przeładowaniem, nieprzystawalnością do realiów nie od dzisiaj się biada.

Warto przyjrzeć się im z perspektywy współczesnych wyzwań stojących przed wszystkimi, a przed młodym pokoleniem w szczególności. Coraz bardziej jasne jest, że świat dzisiejszy podlega zmianom fundamentalnie przeobrażającym rzeczywistość. Czy i na ile w programach szkolnych znajduje to odbicie? Na ile formalna edukacja przygotowuje młodych ludzi do życia w takim świecie? Te pytania są o tyle podstawowe, że odpowiedź na nie może stanowić przyczynek do formułowania postulatów zmiany. Pojedynczy głos niknie, liczne głosy rozbrzmiewające wspólnym tonem mają znaczenie.

Kryzys środowiskowy jest faktem, który staje się bezsporny. Jako społeczeństwo zdajemy sobie sprawę z wagi tego problemu i mamy świadomość konieczności przedsięwzięcia działań, by sytuację zmienić. Według badań jednak, wśród młodych ludzi szkoła nie ma w tym kontekście nic do zaoferowania. Nie ma programów, a jeśli incydentalnie, z inicjatywy samych nauczycieli, podejmowane są próby wpływu na świadomość młodzieży, globalnie nie odgrywa to żadnej roli.

 

Opuszczeni przez szkołę młodzi ludzie poszukują wiedzy poza nią, zdani na różne, często sprzeczne, dezinformujące komunikaty.

To uwidacznia też inny problem. Pokolenie wstępujące w życie w kulturze przesiąkniętej mediami cyfrowymi nie jest uczone poruszania się w nich i – co ważniejsze – selekcjonowania informacji. Odróżniania godnych zaufania źródeł wiedzy od produkujących i podsuwających fake newsy. Jeśli młodzi ludzie nie będą tego potrafili, skutkiem ulegania dezinformacji będą pogłębiające się podziały. Funkcją szkoły (jedną z wielu, ale istotną) jest tworzenie nie tyle jednomyślnej, co opartej na wiedzy, wspólnoty.

Pomysły zmian są. Projekty punktowych zmian nigdy nie powinny być lekceważone, bo każda duża reforma to wiązka małych zmian. Od czegoś trzeba zacząć. Intrygującym, kontrowersyjnym, dla wielu nie do przyjęcia projektem zmian w nauczaniu języka polskiego jest ten wyrażony w książce Macieja Michalskiego „Polonistyka końca świata”.

Polowanie i rzeczywistość

W całym cyklu kształcenia lektura pewnych tekstów pełni rozliczne funkcje. Nie tylko unaocznia dorobek kultury polskiej i światowej i z nim zapoznaje, ale pokazuje też podejmowane przez autorów problemy filozoficzne, etyczne, egzystencjalne, jako wciąż ważne. Dla młodzieży dawne (co znaczyłoby, że nawet te z pierwszej połowy XX wieku) teksty są często nieczytelne, problemy w nich zawarte nie dają się uchwycić. Łączność pomiędzy ich (naszą) rzeczywistością a różnymi wcześniejszymi, choć oczywiście istnieje, zamazywana jest detalami dotyczącymi życia codziennego, dawno niefunkcjonującymi, dziwacznymi w odbiorze, językiem już nieużywanym.

 

Sygnalizowane w tych tekstach więc i omawiane na lekcjach różnorakie problemy zdają się czytających nie dotyczyć, są oderwane od świata i doświadczenia młodych ludzi.

Dlatego Michalski proponuje omawiać jedynie te teksty, bez ich lektury, a czytać teksty niewywołujące takiego dysonansu współczesnych. Literatura wciąż oferuje wiele świetnych pozycji podejmujących i ważkie, i sygnalizowane w klasyce problemy, kształtując światy przedstawione w sposób czytelny dla dzisiejszych młodych czytelników i czytelniczek. Wiele jest w niej też kwestii niebędących (często niemogących nawet być) przedmiotem zainteresowania dawniejszych twórców, a żywotnie istotnych dzisiaj. Można wspomnieć choćby o wielokulturowości, społecznych rolach płci czy zmieniającej się wrażliwości na świat przyrody.

 

W kontekście ostatniej kwestii na przykład, wciąż w lekturach znajduje się fragment polowania z „Pana Tadeusza”. Jak go uzgodnić z tą zmianą wrażliwości?

Nie oznacza to (jak być może wiele osób skłonnych byłoby sądzić) kapitulacji wobec uczniowskiego oporu przed czytaniem. Przeciwnie, podanie rzetelnej wiedzy o tradycji literackiej (zamiast faktycznego w tym momencie sięgania po różnej jakości bryki) i zaoferowanie przystających do doświadczenia młodzieży i problemów świata tekstów nie odstręczy od czytania, nie wytworzy dystansu między instytucją szkoły i jej ofertą a rzeczywistością. Raczej uspójni i wzmocni edukacyjny efekt.

Być może nawet (to już marzenie) zmieni odnotowywany systematycznie niski poziom czytelnictwa. Nie da się wciąż obwiniać uczniów o głupotę i niechęć do wiedzy. Trzeba rozpoznać problem i się z nim zmierzyć. Zmierzyć się z własną hipokryzją, od lat z obojętnością przyjmującą rozchodzenie się rzeczywistości programów szkolnych i świata.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
2
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0