fot. Mariusz Forecki

Za dużo świata. „Na dwóch i na czterech łapach” Krystyny Miłobędzkiej

Krystyna Miłobędzka należy do najważniejszych współczesnych poetek i poetów. Jej znaczenie nie wynika jednak z popularności – na przykład takiej, którą ma nie tylko wśród polskich czytelników Wisława Szymborska – czy z prestiżu, który otacza dzieła Czesława Miłosza albo Zbigniewa Herberta.

MISTRZYNI

Autorka „Imiesłowów” i „wszystkowierszy” bez wątpienia ma oddanych i uważnych odbiorców. Wśród nich są poeci i poetki urodzeni w latach 60., 70., 80, 90. To oni między innymi stanowią o sile oddziaływania twórczości Miłobędzkiej.

 

Jej wiersze były i są inspiracją dla poezji intymnej, będącej wyrazem doświadczeń jednostki w świecie, którego obcość nie zawsze daje się oswoić i nazwać.

A także – dla neolingwistów i minimalistów. Dla tych, co wątpią w awangardę, ale nie potrafią się z nią pożegnać i dla tych, którzy diagnozują kryzys poezji w ogóle. Dla poezji macierzyńskiej (i tacierzyńskiej). Dla poetów zaciekawionych Dalekim Wschodem i nieco bliższą zachodnią ekokrytyką. Wreszcie – dla wątpiących metafizyków i niepewnych ateistów.

Pisarka, która w obiegu poetyckim i teatralnym (a także naukowym – jako znawczyni teatru dla dzieci) obecna jest od początku lat 60., stała się istotną postacią w polskim życiu literackim dopiero w pierwszej połowie lat 90.

Krystyna Miłobędzka „Na dwóch i na czterech łapach”

Krystyna Miłobędzka, Puszczykowo 2009. Fot. Mariusz Forecki

Jej twórczość przypomnieli redaktorzy „Brulionu”, wydając w „bibLiotece”, serii przy piśmie, w którym ukazywały się najgłośniejsze debiuty po przełomie 1989 roku, przekrojowy, obszerny wybór „Przed wierszem. Zapisy dawne i nowe”. Szacunek wobec poetki był czymś wyjątkowym, z reguły brulionowcy odnosili się bowiem do pisarzy od nich starszych z ironicznym dystansem, zaczepną polemicznością lub zbywali ich obojętnym milczeniem.

Wskazanie Miłobędzkiej było i jest wyborem tradycji nieoczywistej, pozostającej na uboczu najważniejszych dykcji polskiej poezji współczesnej, ale otwartej na ożywczy dialog z poetycką przeszłością i aktualnością. Poeci w średnim i młodym wieku bardzo rzadko piszą Herbertem, Miłoszem czy Szymborską. Czasem odnoszą się do Różewicza czy Białoszewskiego. Często natomiast nawiązują do Miłobędzkiej. Słychać to w ich deklaracjach, widać w wierszach. O autorce „Po krzyku” można mówić dziś: Mistrzyni – po prostu, bez przymiotników, w najlepszym rozumieniu tego słowa.

SZUKANIE SŁÓW

Krystyna Łuczkiewicz (Margonin, ok. 1935 roku), fot. S. Keller

Krystyna Łuczkiewicz (Margonin, ok. 1935 roku), fot. S. Keller

Od lat 90. Miłobędzka czytana jest gruntownie i wszechstronnie. Jej twórczości poetyckiej i teatralnej poświęcono kilka monografii oraz liczne prace licencjackie i magisterskie. Nie tylko polonistów frapuje niepowtarzalny język poetki zakorzeniony w awangardzie, a jednocześnie podważający jej podstawowe założenia, nieoczywista rozmowa z tradycją literacką i filozoficzną czy złożona konstrukcja czasu (ostatnio ukazały się dwa doktoraty na ten temat). A przy tym wszystkim i wielu innych aspektach jest to poezja, która mówi – i trafia! – do czytelnika bezpośrednio, choć nie spoufala się z nim i nie upraszcza przekazu.

Szczególnie interesujący może być dziś na nowo odkrywany pierwszy etap twórczości Miłobędzkiej, lata 60. i początek lat 70., kiedy poetka szukała własnej formy literackiej, bo w żadnej z dotychczasowych nie czuła się dobrze. Imponował jej Bolesław Leśmian z jednej strony i Tymoteusz Karpowicz z drugiej. Nie chciała jednak naśladować i pożyczać, szukała własnej oryginalności.

To wtedy powstawały do dziś niewydane osobno i w komplecie trudne do rodzajowej czy gatunkowej klasyfikacji „anaglify” (można je znaleźć w edycjach zebranych). Debiutancki tom wypełniony był utworami podobnymi, choć powstałymi nieco później. Wśród nich jest „Na dwu i na czterech łapach”:

 

po co ta przytulność, którą widać przez palce

mało wzięłam a przecież i temu nie wybrzęczę, nie dojrzę,
nie dosłucham, ledwo się o mnie otarło i już już własne, kwili
dawnym wilkiem, całym matecznikiem odbrzęknie

zawsze nie moje, moje co? zawsze to moje, nie moje co? tak
zdaje się na człowieka

 

Wiersz znaleźć można w dwóch pierwszych książkach poetyckich Krystyny Miłobędzkiej, w tomach: „Pokrewne” z 1970 roku oraz „Dom, pokarmy”, który ukazał się w roku 1975. Wiersze różnią się między sobą zaledwie jednym detalem: innym podziałem na akapity czy strofy (w pierwszej wersji światło pojawia się także między „nie dojrzę” a „nie dosłucham”). Przyczyny tej powtórki mogą być co najmniej dwie.

Być może jest to błąd, który autorka chciała naprawić, przedrukowując tekst. Może być i tak, że utwór pasował do obu tomów. Do debiutanckiego, w którym ważniejsze było to, co na zewnątrz człowieka: pozaludzkie, zwierzęce, roślinne. Ale także dobrze komponował się z utworami z tomu drugiego, skupionymi raczej na relacjach między „ja” i „ty” we wspólnej przestrzeni (na przykład domu). Wszystkie trzy edycje zbierające prawie cały dorobek Miłobędzkiej lokalizują ten utwór w debiutanckich „Pokrewnych”.

ZAPIS ŻYCIA

Krystyna Miłobędzka, fot. Filip Łepkowicz

Krystyna Miłobędzka, fot. Filip Łepkowicz

Utwór ma charakterystyczną dla wczesnej twórczości Krystyny Miłobędzkiej formę prozy poetyckiej. Można powiedzieć o nim: wiersz (czy nawet precyzyjniej: wiersz składniowy), można – poemat prozą (co zresztą najlepiej by go charakteryzowało wedle genologii). Sama poetka określa swoje teksty jako zapisy. Podkreśla w ten sposób ich niepowtarzalność, co rozumieć należy chyba na kilka sposobów.

Po pierwsze, jako stałe szukanie oryginalnej formy, która ciągle ewoluuje. Po drugie, owa eksperymentalna forma jest – nigdy ostateczną – próbą zapisania, pochwycenia nieoczywistego, migotliwego, złożonego świata. Po trzecie, chodzi także o zapisanie siebie, ale nie o ekspresję artystycznego czy autobiograficznego „ja”, lecz oddanie zmieniającego się sposobu widzenia rzeczywistości, na który składają się uczucia, myśli, ciało, zmysły, język…

„Na dwu i na czterech łapach” od początku angażuje czytelnika na różne sposoby. Najpierw pada pytanie, które tyleż jest abstrakcyjne, co dotyczące zmysłów. „Przytulność” się widzi, czuje pod palcami, słyszy. Sam rzeczownik zaś przywołuje szereg pozytywnych skojarzeń: bliskość, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, ciepło, spokój etc., które same w sobie już mogą być odpowiedzią na pytanie, od którego wiersz się zaczyna. Ta oczywistość zostaje w wierszu podważona.

 

Ten, kto dotyka, głaszcze i patrzy, jest tym, kto bierze. Pojawia się więc w wierszu uczucie wdzięczności, ale i poczucie niespłacalnego zadłużenia.

Utwór wskazuje na niesymetryczność relacji między człowiekiem a innymi istotami żywymi. Przytulność nie oznacza tu poznania czy zrozumienia („nie dojrzę”, „nie dosłucham”). Miłobędzka podkreśla to poprzez wskazanie na fundamentalny problem: tak trudno odpowiedzieć na przytulność („nie wybrzęczę”), jak trudno zrozumieć, co ona komunikuje („odbrzęknie”). A przecież proces komunikacji następuje – by tak rzec – od ręki, czego oparty na codziennym doświadczeniu wiersz jest najlepszym przykładem…

Krystyna Miłobędzka „Na dwóch i na czterech łapach”

Krystyna Miłobędzka, Puszczykowo 2009. Fot. Mariusz Forecki

To, co bliskie, jest jednocześnie obce. Przytulność z wiersza zrazu zdawała się należeć do psa czy kota. Pojawiające się w dalszej części dobrze zadomowione w polszczyźnie słowo „matecznik” (wiadomo, Mickiewicz!) wskazuje, że może chodzić także o inne zwierzę, roślinę czy o istoty żywe w ogóle. W tak opisanej relacji żadna ze stron nie jest lepsza, mądrzejsza czy dominująca. Nikt nikogo nie czyni tu sobie poddanym. Bez wątpienia natomiast to człowiek jest odpowiedzialny za jakość tej relacji, ponieważ to on może zakreślić jej ramy, nie tylko przez gospodarkę rolną, leśną czy wodną – także poprzez wiersz.

NIEWYPOWIEDZIANE

 
Krystyna Miłobędzka „Na dwóch i na czterech łapach”

Krystyna Miłobędzka, Puszczykowo 2009. Fot. Mariusz Forecki

Wiersze Miłobędzkiej uważane bywają za trudne, hermetyczne. Krytycy często wskazują na dominującą w nich tradycję awangardową i lingwistyczną, która każe komplikować komunikację literacką, a czytelnika raczej stawiać przed wyzwaniem, niż wyzwalać w nim zachwyt. Recenzenci dwóch pierwszych książek poetki podkreślali, że teksty w nich zawarte są zapisem języka bardziej myślanego niż artykułowanego. Oddają proces: jak to, co chcemy wypowiedzieć, powstaje na styku myśli, emocji, impulsów.

Można także powiedzieć inaczej, że tak otwarta, rozchwiana, ostentacyjnie niepewna konstrukcja jest raczej wyrazem niewiary w poezję, wskazuje na jej niewystarczalność, wystawia na widok ograniczenia języka artystycznego i odsyła poza literaturę, do tego, co wiersz może jedynie zaznaczyć, czego jest niewyraźnym śladem.

Świadomość tego kontekstu może pomóc przy lekturze książek Miłobędzkiej, nie zawsze jest jednak do niej niezbędna.

„Na dwu i na czterech łapach” jest wierszem napisanym prostym językiem. Bo i sytuację w nim pokazaną dałoby się nazwać bardzo prosto – jak rodzajową scenkę: kobieta (dziewczynka?) głaszcze psa. Ten sentymentalny obrazek przełamany jest niepewnością frazy, wahaniem. Podszyty jest pytaniem mówiącej w wierszu o własną zwierzęcość, poczuciem obcości wobec psa, a może nawet lękiem przed nim („dawnym wilkiem”). Kto widział niepewność pomieszaną z ciekawością kilkulatka po raz pierwszy głaszczącego – dajmy na to – dojrzałą, czułą labradorkę, ten wie, o co chodzi. Zresztą, prosty, pozornie nieporadny styl przypisać można także dziecięcemu narratorowi.

 

Wahanie i niepewność budowane są w tym utworze przez eliptyczną składnię oraz opartą na niej wieloznaczność. Wiele tu miejsc możliwych do uzupełnienia, otwartych na domysł czytelników.

Krystyna Miłobędzka „Na dwóch i na czterech łapach”

Krystyna Miłobędzka, Puszczykowo 2009. Fot. Mariusz Forecki

O niektórych pisałem wyżej. Dwa fragmenty są jednak szczególnie godne uwagi. Pierwszy to fraza „już już własne”, która może odnosić się do obu stron wiersza – tak człowieka, jak zwierzęcia. Oznaczać może i łatwość oswojenia, i powierzchowność tego procesu czy wręcz jego pozorność.

Efekt ten wzmacnia przedostania linijka, która zestawia w dwie antytezy, dwie pary przeciwstawnych zdań. Czy oswajamy? Czym, kim jest to, co oswajamy? Nie ma tu żadnej pewnej odpowiedzi. Drugi fragment to pointa wiersza: „tak zdaje się na człowieka”. Znaczy ona jednocześnie: „tak ufa się człowiekowi” oraz „tak weryfikuje się człowieczeństwo”.

Głaskanie psa może okazać się doświadczeniem transcendencji: spotkaniem ze światem, którego jest za dużo i jest zbyt złożony, by go ogarnąć zmysłami, poczuć, zrozumieć. I właśnie dlatego bliskość i czułość „Na dwu i na czterech łapach” są tak wspaniałe (oczywiste i nie do opisania zarazem). Dlatego odpowiedzialność – tak duża.

 

Korzystałem między innymi z poniższych źródeł, które polecam także Czytelniczkom i Czytelnikom:

  • Krystyna Miłobędzka, „Zbierane, gubione. 1960–2010”, Wrocław 2010;
  • „Miłobędzka wielokrotnie”, redakcja Piotr Śliwiński, Poznań 2008;
  • Alina Świeściak, „Krystyna Miłobędzka”, „Polska poezja współczesna. Przewodnik encyklopedyczny”, przewodnikpoetycki.amu.edu.pl;
  • „Wielogłos. Miłobędzka w recenzjach, szkicach rozmowach”, wybór, opracowanie i redakcja Jarosław Borowiec, Wrocław 2012.

 

MARCIN JAWORSKI – dr hab., literaturoznawca i krytyk literacki, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza; kurator Festiwalu Fabuły organizowanego przez Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu; sekretarz Poznańskiej Nagrody Literackiej; ostatnio wydał „Świat nieliryczny. Studia i szkice o poezji współczesnej” (2018).

CZYTAJ TAKŻE: Do błysku, do biegu. „Nie oddany uśmiech” Krystyny Miłobędzkiej

CZYTAJ TAKŻE: Wiersz kibica. „Pierwsza piątka” Stanisława Barańczaka

CZYTAJ TAKŻE: Poezja i dobro wspólne: „Ofiarowanie Ifigenii” Zbigniewa Herberta