fot. redakcja

Zaskakujący Oniegin

Partytura „Eugeniusza Oniegina” jest piękna, ale i piekielnie wymagająca, niełatwo jej podołać. W ubiegłym roku znakomicie z rolą Oniegina poradził sobie Andrzej Filończyk, który zachwycił publiczność Teatru Wielkiego. W piątek obejrzałem Oniegina w wykonaniu Stanisława Kuflyuka, orkiestrę poprowadził nowy dyrygent – Sebastian Perłowski.

Nie ukrywam, że celem mojej wizyty w Teatrze Wielkim była chęć przyjrzenia się pracy Sebastiana Perłowskiego, który niedawno dołączył do grona dyrygentów opery w Poznaniu. Jakie wrażenia wyniosłem z piątkowego spektaklu? Znakomite. Szczerze gratuluję dyrekcji pozyskania dyrygenta, który ma znakomite rzemiosło, jest przy tym czujny i opanowany, co widać było w wielu trudnych sytuacjach podczas spektaklu. Słowami kluczowymi są tu opanowanie i czujność. „Oniegin”, którego oglądałem był spektaklem o bardzo dziwnej energii, w atmosferze unosiła się pewna nerwowość. Przede wszystkim wielkim zaskoczeniem była dla mnie kreacja Stanisława Kuflyuka (Oniegin), którego cenię ogromnie i któremu zawdzięczam wiele pięknych chwil z muzyką. Kuflyuk to śpiewak wysokiej klasy.

Gdyby na wzór rozgrywek sportowych, tworzyć operową kadrę narodową, nie mogłoby w niej zabraknąć tego śpiewaka, to pewne. Tymczasem wydarzyła się rzecz, której w racjonalny sposób nijak nie mogę sobie wytłumaczyć. Wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że porozumienie Kuflyuka z orkiestrą szwankowało. Śpiewak zupełnie nieoczekiwanie zmieniał tempo i to w środku frazy, czym burzył zgodność tempa z akompaniamentem orkiestry. Rodzaj tego, jakże dziwnego rubato, nie wpływał dobrze na ogólny kształt frazowania. Kończyło się tak, że baryton pozostawał poza pulsem akompaniamentu.

Początkowo podejrzewałem, że wina leży po stronie dyrygenta, który być może mało precyzyjnie pokazuje wejścia śpiewakowi. Zacząłem więc śledzić znaki, płynące z kanału, okazało się, że były dawane w sposób bardzo precyzyjny. Skąd zatem tak dziwne zachowanie śpiewaka? Niestety, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kilka momentów było naprawdę groźnych, na szczęście dyrygent potrafił je opanować. Był to wielki wyczyn, chapeau bas!

Niemniej, nieustannie pozostaję pod wielkim wrażeniem barwy głosu Stanisława Kuflyuka, która wciąż dojrzewa i ciemnieje. A wypadki przy pracy zdarzają się każdemu, chyba to najlepsza pointa całej sytuacji.

Trudno nie chwalić chórzystów, bo spisali się na medal. To zespół zdyscyplinowany, na którym zawsze można polegać. Brawo! Miło było słuchać Magdaleny Nowackiej, która śpiewała partię Tatiany. Głos wielkiej urody, pięknie brzmiący w wysokich rejestrach, o wyrazistej i niemałej średnicy. Zarówno scena pisania listu, jak i duet finałowy z Onieginem, były momentami w których muzyka Czajkowskiego rozbrzmiewała w pełnej krasie. Bardzo zgrabnie zaprezentował się też Tomasz Raczkiewicz w roli Triqueta. Stworzył zabawną postać, której komizm oddał nie tylko w grze aktorskiej, ale i w śpiewie. Bardzo spójna i humorystyczna wizja.

Spośród wszystkich najlepiej zaprezentowała się Olga Maroszek, kreująca postać Filipiewny. Maroszek posiada bardzo unikatową barwę głosu, którą potrafi oddać najbardziej wzruszające emocje. Filipiewna w jej wykonaniu odznaczała się nie tylko intonacyjną poprawnością i znakomitym frazowaniem, ale przede wszystkim szczerością emocji. Wspaniała kreacja!

Na koniec jeszcze dwa zdania o orkiestrze. Idealnie nie było, wpadki intonacyjne zaliczyły praktycznie wszystkie grupy instrumentów, jednak muzyków należy pochwalić za to samo, co dyrygenta. Za czujność i opanowanie. Widać, że orkiestra złapała dobry kontakt z nowym dyrygentem, co jak najlepiej wróży na przyszłość.

 

CZYTAJ TAKŻE: Chopin znów w Antoninie

CZYTAJ TAKŻE: Paul Esswood, „Giulio Cesare in Egitto” i wielka lekcja baroku

CZYTAJ TAKŻE: W domowych pieleszach praca idzie sprawniej, cz. I