fot. Unsplash

Bąbelkowe wiwaty

No i minął nam ten rok tak szybko, zanim zdążyłem się obejrzeć. Najgorzej, że te kartki w osobistym kalendarzu wirują i nijak ich zatrzymać nie można. Dziś opowiem o tym, co strzelać będzie nad noworocznym stołem.

No cóż, już jakiś czas temu doszedłem do mądrego wniosku, że młodszy już nie będę, i z losem wadzić mi się nie trzeba, bo i tak nie dam rady. Skoro tak, to trzeba ten Anno Domini 2018, zestarzały i z siwą brodą godnie pożegnać.

Tak się zastanawiam, czy dać pierwszeństwo wdowie czy mnichowi. Według starszeństwa należałoby się temu drugiemu, bo jak kroniki mówią, to Dom Pérignon był wynalazcą bąbelkowej metody, ale przecież Polak jest dżentelmen i kobiecie miejsca powinien ustąpić. Veuve Clicquot do najgorszych nie należy. Wszystko zaś mierzyć należy zasobnością portfela i smakowymi upodobaniami.

Jeżeli o mnie chodzi, to musi to być smak wytrawny, żadne tam słodkości przerobione dwutlenkiem węgla. Na etykietach widnieją jakieś tam podobizny carów czy caryc, gdzieniegdzie nawet cyrylica się trafi, ale dobrze się wczytawszy, okazuje się, że rozlano w Pikliszkach Dolnych. Takich smaków, Szanowny Czytelniku, ze względu na swoje zdrowie unikaj jak zarazy.

Wiadomo te najszlachetniejsze wyprodukowane są w regionie Szampanii, stąd nazwa. Poszukajmy jednak tańszych, ale równie godnych zamienników. Jeżeli o mnie chodzi, preferuję włoskie lambrusco. Strzela korkiem słabiej, ale za to smak ma wyborny. Niewiele mu ustępuje hiszpańska cava. Okazuje się, że i na polskich ziemiach coś się powoli zmienia. Podobno (piszę podobno, bo jeszcze do niego nie dotarłem) w okolicach Krosna Odrzańskiego osiadł rodowity Francuz i produkuje z naszych winorośli niezły bąbelkowy trunek. Założyłem sobie w zimowym planie, że do niego dotrę, popróbuję, to i potem zdam relację. Tyle o tym, co strzelać będzie nad noworocznym stołem.

Jeżeli chodzi o strzelanie, mam prośbę, Szanowny Czytelniku – zrezygnuj z rac i fajerwerków. Ja zrobiłem to już przed laty, wyrastając z krótkich spodni. Mieszkam na wsi, hoduję zwierzęta, mam ich sporo. Wiem, jak reagują na tę ludzką bezmyślność. Mój wiekowy już Maksio, owczarek kaukaski, normalnie nieustraszony, w tę sylwestrową noc potrafi drzwi do domu przegryźć, by się w najciemniejszym kącie schować. Optuję więc za laserami. Potrafią pięknie niebo oświetlić.

Teraz słów kilka o tym, czego na pewno nie zabraknie na stole, by ciało krzepić.

W Wigilię jak co roku był barszczyk, ale ten postny, tylko na zakwasie i z uszkami nadzianymi prawdziwkami. Ten sylwestrowy musi być ugotowany na wędzonym boczku, solidny z pływającymi okami. Do niego albo pierogi, albo naleśniki z mięsnym farszem wieprzowo-wołowym z dołożonymi gotowanymi warzywami.

Obowiązkowo musi być bigos. Ten gotuje się co najmniej przez dobrych kilka dni. Najlepiej, jeżeli chociaż raz uda się go przemrozić. No ale zimy mamy, jakie mamy, więc jak na dworze będzie plusowa temperatura, trzeba skorzystać z pomocy zamrażarki. Ja robię taki pół na pół – kapusta słodka i kiszona. Do środka zaś mięs dostatek najlepiej jak największej różnorodności, do tego suszone grzyby, wędzona śliwka, morela, kilka łyżek powideł i pomidorowego koncentratu, obowiązkowo też pokrojona w talarki śląska kiełbasa. Te kilka dni po to, by się smaki nawzajem przegryzły. Oczywiście sałatki różnej maści i pomysłu różnego. Nie powinno zabraknąć też tatara z pierwszej jakości wołowiny.

I to by było na tyle w ostatniej starorocznej gawędzie. Wznoszę toast za naszą i Waszą pomyślność. By ten 2019 był lepszy niż miniony!

 

CZYTAJ TAKŻE: Słodkie na świątecznym stole

CZYTAJ TAKŻE: Ryba na świątecznym stole

CZYTAJ TAKŻE: Europejski kociołek w wielkopolskim wydaniu