fot. archiwum redakcji

Geniusz wiolonczeli kradnie serca

Gwoździem programu ostatniego koncertu w filharmonii okazał się „Koncert wiolonczelowy e-moll” op. 85 Elgara. Wybitny chiński wiolonczelista Jian Wang zahipnotyzował słuchaczy. Publiczność klaskała bez opamiętania, nie chciała wypuścić artysty ze sceny. Musiał aż dwukrotnie bisować!

Przewodnim hasłem piątkowego koncertu Filharmonii Poznańskiej była wiosna – metaforycznie rozumiana pora roku, która niesie odmianę i rodzi nowe życie. Dwa utwory symfoniczne angielskiego kompozytora Edwarda Elgara oraz słynny balet „Święto wiosny” Igora Strawińskiego zabrzmiały pod batutą skrzypka Nikołaja Znaidera.

„Introdukcja i allegro” op. 47 Edwarda Elgara, choć nawiązuje do barokowej formy concerto grosso, jest w gruncie rzeczy pełnokrwistym poematem symfonicznym. Mnogość przetworzeń i pracy tematycznej w tym dziele, nie ustępuje w niczym największym osiągnięciom gatunku poematu. Wielkim atutem utworu jest walor wirtuozowski, na pierwszym planie możemy obserwować rozmaite możliwości wyrazowe wszystkich głosów kwartetu smyczkowego. W wykonaniu poznańskich filharmoników, w sposób szczególny ujmowała gra koncertmistrza Marcina Suszyckiego, pełna fantazji i muzycznego smaku, poparta warsztatem wysokiej próby.

 

Spotkanie z artystą tak genialnym i tak wrażliwym zmusza krytyka muzycznego do przemyśleń i pytań. Mówienie o technice Wanga, byłoby nie na miejscu, jest to bowiem fenomen, poruszający najintymniejsze zakamarki wrażliwości słuchacza.

Jak mówić o rzeczach wybitnych i poruszających? Język werbalny okazuje się ułomny. Możemy tylko mówić o zjawisku fascynującym i nieznośnie wspaniałym, ale nie da się opowiedzieć o doniosłości tego doświadczenia. Doskonałość artysty wymyka się wszelkim ocenom, wszystko co powiemy na ten temat, będzie blade i jałowe.

Chwile, kiedy stoję bezradny wobec przekazania swoich emocji, są rzadkie i wzruszające. Jako słuchacz zastanawiałem się, czy podziwiam kompozytora, czy też solistę – Wanga? Kto tak naprawdę uwolnił we mnie bezmiar artystycznego zachwytu?

Poczucie obcowania z artystą wyjątkowym dzieliłem z całą publicznością koncertu. Chiński wiolonczelista utonął prawie w morzu braw, publiczność klaskała bez opamiętania. Jian Wang bisował aż dwukrotnie, w tym słynnym Preludium z „I suity wiolonczelowej” Jana Sebastiana Bacha.

W drugiej części wieczoru zabrzmiał utwór, który zmienił dzieje muzyki zachodniej na zawsze – „Święto wiosny” Igora Strawińskiego. Rzadko zdarza się, by muzyka, powstała ponad sto lat temu, nie straciła nic na świeżości. Balet Strawińskiego do dziś pozostaje nowatorski pod wieloma względami, niezmiennie urzeka bogatą i oryginalną harmonią, nie mówiąc o kwestiach podejścia do rytmu, które jest najbardziej rewolucyjne i zaskakujące.

I tak, jak nigdy ząb czasu nie nadgryzł „Pasji wg św. Jana” Bacha, „IX Symfonii” Beethovena, „II Symfonii” Mahlera, „Muzyki żałobnej” Witolda Lutosławskiego, czy „Trenu ofiarom Hiroszimy” Krzysztofa Pendereckiego, tak „Święto wiosny” pozostaje dziełem wciąż aktualnym i współczesnym. Wykonanie tej piekielnie trudnej muzyki jest ogromnym wyzwaniem dla każdego zespołu, nieważne, czy będzie to orkiestra z Nowego Jorku, Moskwy, Poznania czy Tokio.

Na „Święcie wiosny” wykładali się najlepsi dyrygenci i najlepsze orkiestry. Gra poznańskiej filharmonii pod batutą Nikołaja Znaidera, była w wielu momentach bardzo satysfakcjonująca, wielkie brawa dla perkusji i instrumentów dętych blaszanych. Zabrakło mi jednak większego pomysłu dyrygenta na całość narracji utworu. Odniosłem wrażenie, że jego rola ograniczała się raczej do pilnowania tempa i kontrastów dynamicznych. Znaider to bez wątpienia wybitny skrzypek, należący do światowej czołówki wirtuozów i w tej roli lubię go najbardziej.

 

CZYTAJ TAKŻE: Nagrody Izabella przyznane!

CZYTAJ TAKŻE: Piotr Śliwiński: Wiersze wywracają grilla

CZYTAJ TAKŻE: GusGus: Wytańczyć ten smutek