fot. Mariusz Forecki

Zawsze kibicuję słabszemu

W ostatnim tomie „Lucyfer zwycięża” Ilona Witkowska rozkłada na części pierwsze definicje i zjawiska, wyrywając czytelnika z wygodnej codzienności. O języku w stanie podejrzenia, próbach stworzenia planu pozytywnego i wspólnotowości – z Iloną Witkowską rozmawia Agnieszka Budnik.

AGNIESZKA BUDNIK: Ostatni tom, „Lucyfer zwycięża”, został wydany w nowej serii wydawnictwa Ha!art, którego redaktorką jest Maja Staśko, lewicowa krytyczka literacka. Do tej pory w cyklu ukazały się tylko 3 książki oprócz twojego: „Pozdrowienia ze świata” Dominiki Dymińskiej, „Modlitwy dla opornych” Jasia Kapeli. Seria ta jest o tyle ciekawa, że firmowana hasłem „wiersz nie jest cudem” w nawiązaniu (i zaprzeczeniu) do cotygodniowego cyklu Jarosława Mikołajewskiego „wiersz jest cudem”. Czy świadomy udział w tak mocno określonej światopoglądowo (i ideologicznie) serii powinnam odczytać jako manifest?

ILONA WITKOWSKA: Wydałam książkę w Ha!arcie dlatego, że pismo „Rita Baum”, z którym się przyjaźniłam, nie miało na tę publikację pieniędzy. Potem udałam się do Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza, bo wydają książki naprawdę przepięknie, chciałam mieć tak ładną książkę jak te Klary Nowakowskiej, ale oni również nie dostali pieniędzy na druk. To wszystko było tropem towarzyskim: Wrocław, koledzy. Następny na liście sympatii był Ha!art. Poszłam więc do Ha!artu. Jeśli chodzi o to, że redaktorką serii jest Maja Staśko, znana z bardzo lewicowych poglądów, to tak, ja też mam bardzo lewicowe poglądy. Być może nie widać tego na pierwszy rzut oka w tekstach, tak jak u Dominiki czy Jasia, ale jeśli chodzi o to, w jaki sposób myślę, to mogę być jeszcze bardziej radykalna od wspomnianej dwójki. Pod tym kątem wpisuję się chyba w tę serię jak złoto.

 

Seria ta jest też firmowana innym hasłem: „wiersze zaangażowane”. Zaangażowane, czyli jakie?

W 2010 roku Waldemar Jocher powiedział takie ważne i mądre zdanie, które zapamiętałam: „Uważam, że każda poezja jest zaangażowana. Moja na przykład zaangażowana jest w porażkę”. Myślę podobnie. Samo pisanie poezji jest wyrazem zaangażowania w rzeczywistość. Wybieranie tego, co utrwalamy, wynika z pewnej wrażliwości. Moja wrażliwość jest akurat wyraźnie lewicowa: w pojedynkach przyrody zawsze kibicuję słabszemu. Reakcja niezgody w obliczu cierpienia niewinnych i niechęć do władzy wydają mi się naturalne.

 

W nowej książce dostajemy także teksty, jak na przykład „Psią poduszkę”, które publikowane były wcześniej, przed „Lucyferem”. Na ile „Lucyfer zwycięża” jest pomyślany jako domknięcie debiutanckiego zbioru „Splendida realta”, a na ile chce być próbą zerwania z wcześniejszym sposobem pisania?

Ilona Witkowska, „Lucyfer zwycięża”, Korporacja Ha!art, Kraków 2017

To zdecydowanie nie jest domknięcie „Splendidy”. Tamta książka była rozpoznaniem pola. Druga jest dla mnie całością. Długo nad nią pracowałam, doskonale ją znam i jestem w stanie obronić ją pod naprawdę wieloma względami. Wspólne linie oczywiście istnieją, tak samo jak podobieństwa między nimi. Nie chcę zmieniać języka z książki na książkę. Staram się raczej wypracowywać coraz bardziej własny idiom. Na pewno pewne prądy z pierwszej książki rozwijają się w drugiej, do innych już nie wrócę, bo zamknęłam je na poziomie debiutu.

 

A czy możliwe będzie wykroczenie poza pesymizm?

Bardzo mocno pracuję teraz nad programem pozytywnym. Jeszcze nic skutecznego nie wymyśliłam. Co wesołego mogę powiedzieć szczerze? To: żyjemy. Rozejrzyjmy się.

 

Skoro nowy tom jest zapisem siedmiu lat z twojego życia, to skąd wziął się w nim tekst o małym Wietnamczyku trzymającym czarne balony?

Kiedy byłam w czeskim Cieszynie, zobaczyłam właśnie małego Wietnamczyka z czarnymi balonami, ciekawy obrazek – zanotowałam. Część fraz podsłuchałam w knajpie. Jakoś mi się to wszystko złożyło. Chociaż można by zarzucić mi nieczytelność, niezrozumiałość tekstów bez dopowiedzenia kontekstu, to wydaje mi się, że moje utwory są oczywiste dla wielu osób na wiele różnych sposobów.

 

W tym tomie masz w sobie więcej lingwistycznej śmiałości. Pozwalasz sobie na eksperymenty, choć tylko w kilku miejscach. Czy to otwarcie nowej drogi?

Bardzo lubię interpunkcję. Uważam, że jest pełnoprawnym elementem wiersza. W moich tekstach jest mało słów. Przerwy pomiędzy nimi, ale też rodzaje tych przerw odgrywają tam ważną rolę. To dość skromny lingwizm.

 

Ale oprócz tekstów eksperymentujących mamy też kilka dłuższych, zupełnie innych.

Jakiś czas temu bardzo mocno interesowałam się popkulturą. Napisałam dużo takich wierszy jak „mama Oli”. Wyglądało to tak, że brałam kolorowe pisma, które nadal kupuję do pociągu, i wycinałam z nich poszczególne teksty. Okazało się, że ludzie polskiej popkultury mówią niesłychane rzeczy, zresztą w bardzo pięknej formie. Warto czasem z nich skorzystać, żeby dowiedzieć się czegoś o Polsce. Wspomniany tekst powstał tak, że wzięłam wypowiedź mamy Oli Kisio i chyba nawet nic z niej nie usunęłam. Mam też tekst, który powstał dzięki Ilonie Węgrowskiej.

 

„Lucyfer” w dużej mierze opiera się na cytatach.

W pierwszym tomie zaznaczałam takie zapożyczenia kursywą, tutaj było ich zbyt wiele. Zawsze wychodzę od konkretnej rzeczy, nic nie jest tu wymyślone.

 

Wróćmy do spraw tytułowych. Co tak naprawdę jest lucyferycznego w wierszach z najnowszego zbioru? Postęp? Technologia, która zagraża populacji pszczół?

Lucyfer to dla mnie „niosący światło”, czy też Pan Poranka. Światło jest dobre, pozwala widzieć, daje energię, życie. Ale nic nie może funkcjonować, będąc bezustannie wystawionym na działanie światła. Każde żywe istnienie musi spać. Rośliny, zwierzęta, człowiek. Bezustanne wystawienie na światło to tortura dla każdej istoty. Taka jest właśnie natura światła i tak też myślę o figurze Lucyfera w tym tomie.

 

Zostawmy więc Lucyfera, a skupmy się na innym, równie ważnym bohaterze książki. Na psie. Od debiutu towarzyszy ci szczególne uwrażliwienie na świat nieludzki, co wynika z lewicowej świadomości. Jednym z fundamentalnych problemów poezji, ale też prozy, jest język: to, w jaki sposób da się w ogóle o zwierzętach mówić, bez popadania w infantylność i uczłowieczanie. Jak uciec od naiwności?

Część wspólna tych dwóch zbiorów, ludzkiego i zwierzęcego, jest naprawdę o wiele większa, niż nam się wydaje. Często jestem pytana o to, dlaczego w mojej poezji jest tak dużo zwierząt. Odpowiadam wtedy, że nie tylko w poezji jest ich dużo, ale w ogóle na świecie jest ich całkiem sporo, tylko na co dzień ich nie widzimy. Ja jedynie przywracam zwierzętom taką procentową obecność w tekście, jaką mają w świecie, a i to nie do końca. Po prostu jedyną wspólnotą, jaka mnie interesuje, jest wspólnota bytów jakichkolwiek, o jakiej pisał Agamben. Naturalne jest, że nie wyróżniam człowieka spośród pozostałych form życia. Nie wiem, czy udaje mi się uniknąć banalizacji. Nie antropomorfizuję zwierząt. To byłoby nieeleganckie wobec nich.

 

Duma z bycia człowiekiem wydaje mi się nieznośna. Natomiast trochę wstydu za bycie człowiekiem nikomu by nie zaszkodziło.

            

Skoro mowa o bycie: jak w twojej twórczości ma się religijność? Sprawa wygląda dość skomplikowanie. Kościelnym rytuałom przyglądasz się jak społecznym praktykom, czy też jest to dziedzictwo, które ciąży, z którym musisz się rozprawić?

Nie ciąży mi polski katolicyzm, bo to nie jest tradycja, w której zostałam wychowana. Mam ten komfort, że zwracam się do Boga szczerze, z sympatią i współczuciem, bo ani się nie czuję wobec niego winna, ani niczego od niego nie oczekuję. Chcę tylko, żeby widział te straszne rzeczy, o których wiem, że ludzie je robią i o których piszę – bo to Bóg ludzi. Skoro ci ludzie wychwalają go na kolanach, bijąc żony pod Matkami Boskimi całymi w złocie, to ja chcę, żeby ta sama Matka Boska na nich patrzyła.

 

Tożsamość narodowa, wspólnotowa, jest chwiejna nie tylko przez język, który w swoich tomach rozkładasz na części, ale pokazujesz, na przykład w tekście o remoncie, tę straszliwą doraźność wszystkich więzi, zwłaszcza: polskości.

Wszystko jest podejrzane. Przede wszystkim zbiorowości, ale samej sobie też nie ufam. Na płaszczyźnie możliwości wejścia w realny kontakt z Innym nie ufam nikomu. Ludzie kłamią.

 

Jeśli szukasz prawdy w miłości, spójrz w oczy zwierzęcia. To są główne napięcia w międzyludzkiej komunikacji: nieprawda, półprawda, powiedzenie czegoś innego, niż się myśli lub czuje, bo nakazuje tak kalkulacja zysków i strat.

Nawet przy najbardziej wytężonych staraniach możliwości komunikacyjne są bardzo ubogie w stosunku do bogactwa życia wewnętrznego; tymczasem ludzie bardzo rzadko naprawdę chcą i starają się skomunikować. Jeśli chodzi o doraźność, to tożsamość wydaje mi się konceptem naciąganym i szkodliwym per se. Dużo doroślej byłoby zaakceptować brak ciągłości i chwilowość naszego istnienia wobec innych, niż maniakalnie zaciskać się na wyobrażonych dniach chwały, które jacyś obcy ludzie przeżyli na zbliżonych do naszych terenach kilkaset lat temu (albo przypisywać równie konstytutywną rolę czemuś innemu). Oczywiście niech sobie każdy należy, gdzie chce. Jeżeli kogoś interesują takie wspólnoty, które wierzą w rynek albo wyższość i niższość ras i płci albo w to, że rok zaczyna się w takim czy innym momencie, styczniu, nie styczniu – proszę bardzo. Odmowa bezrefleksyjnego uznania tego wszystkiego za swoje wydaje mi się jednak rozsądna.

 

Pozostając jeszcze przy pracy w języku: porozmawiajmy o przekładach twoich tekstów.

Bardzo niewiele mam o tym do powiedzenia, tak naprawdę, może tylko o człowieku, który fenomenalnie wykonał moje teksty po niemiecku w Luksemburgu, ale nawet nie pamiętam tego, jak się nazywał, taka ze mnie gapa. Mogę się pochwalić, że pewną partię moich tekstów na język angielski przetłumaczył Lynn Suh i zrobił to z naprawdę z dużym wyczuciem mojego stylu pisania i bycia. Ten ostatni jest o tyle istotny, że interesuje mnie „sposób mówienia” i staram się utrwalać go w możliwie równym stopniu, co treść. Zaczynam pisanie od zbierania słów, wypowiedzi, które usłyszałam lub zobaczyłam.

 

Na ogół przykuwa moją uwagę takie zdanie, które ma w sobie jakieś piękno, ale też nie do końca znaczy to, co znaczy w ustach wypowiadającej je osoby. Ta osoba wie, co chciała powiedzieć, ale jeśliby tylko delikatnie zmienić kontekst, wypowiedź ta będzie znaczyła zgoła co innego.

Interpunkcją zaznaczam więc moją drogę wypowiadania tych tekstów, zostawiam wskazówki. Lubię wiersze, które funkcjonują w mowie. Niekoniecznie sam zapis jest dla mnie punktem ostatecznym, prawie zawsze myślę o wykonaniu tekstu na głos. Chciałabym nagrać audiobooka, bo lubię też wiersze czytać i ich słuchać.

ILONA WITKOWSKA (1987) – poetka; autorka książek „splendida realta” (WBPiCAK, Poznań 2012; wyróżnienie w kategorii debiut roku w ramach Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius 2013) i „Lucyfer zwycięża” (Korporacja Ha!art, Kraków 2017; nominacje do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, Nagrody – Stypendium im. Stanisława Barańczaka oraz Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii książka roku). Laureatka kulturalnej nagrody „Gazety Wyborczej” WARTO 2018 w kategorii literatura. Ukończyła studia kulturoznawcze na Uniwersytecie Wrocławskim; mieszka w Sokołowsku.

 

CZYTAJ TAKŻE: Program lojalnościowy. Rozmowa z Tomaszem Bąkiem
CZYTAJ TAKŻE: Ironizuję, żeby nie zwariować. Rozmowa z Marcinem Orlińskim
CZYTAJ TAKŻE: Świadomość własnej niewiedzy. Rozmowa z Urszulą Zajączkowską