fot. Teatr Wielki im. St. Moniuszki w Poznaniu

„Jam człowiekiem jak i wy”

Do „Parii” Stanisława Moniuszki mam stosunek szczególny, nie (tylko) dlatego, że to jego ostatnia opera i że nigdy nie zdobyła takiego uznania jak „Halka” czy „Straszny dwór”.

 

Nieudane dziecko?

Kiedy u progu sezonu 2018/2019 zaczynałem pracę w poznańskiej operze, szybko dowiedziałem się, że jego zwieńczeniem będzie nietypowy spektakl poza siedzibą teatru, który przygotuje jeden z najważniejszych współczesnych reżyserów, Graham Vick. I że dyrekcji udało się go zainteresować niedocenionym dziełem twórcy nazywanego ojcem polskiej opery. „Paria” po premierze w 1869 roku popadła w zapomnienie, niektórzy postrzegali ją jako moniuszkowskie nieudane dziecko, jeśli nie wręcz bękarta.

 

A kompozytor nie chciał po prostu dostarczyć kolejnego patriotycznego dzieła ku pokrzepieniu serc. Wrócił do tragedii autorstwa Casimira Delavigne’a, która zainteresowała go już w młodości. Być może mając na względzie panującą w Europie modę na Orient, właśnie wtedy zdecydował się sięgnąć po temat z Indii.

Ale tak naprawdę znów poruszał te same kwestie, co przedtem: podziały społeczne i miłość idącą im na przekór. Jednak polska publiczność jakoś tego nie doceniła.

Niezbyt narodowe

Stanislav Kuflyuk

Stanislav Kuflyuk

„Moja opinia jest taka, że to dzieło wydawało się zbyt mało nasze, narodowe, jak na ojca polskiej opery, za którego uważany jest Stanisław Moniuszko, i być może dlatego brakowało pomysłu na jego realizację”.

 

Tak ujęła to Renata Borowska-Juszczyńska, dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu w rozmowie z Sebastianem Gabryelem. Wcześniej na naszych łamach na wartość tego dzieła zwracał uwagę Piotr Urbański:

 

„Niewątpliwie opera najbardziej uniwersalna, ważna dla kompozytora, aczkolwiek dziś traktowana po macoszemu, «Paria» ma w sobie największy potencjał”.

 

Te intuicje potwierdził najpierw niezwykły spektakl w poznańskiej Arenie, a potem uhonorowanie go „operowym Oscarem” przez International Opera Awards w kategorii „dzieło odkryte na nowo”. Wielka w tym zasługa Vicka, który spojrzał na zakurzony i źle obecny utwór świeżym okiem (i uchem). Jak mówiła Borowska-Juszczyńska:

 

„Graham spojrzał na «Parię» z dystansu i wydobył z niej istotę, rdzeń utworów Moniuszki. Wydobył wrażliwość na problemy społeczne, a dokładniej – uniwersalną prawdę o tym, że każdy z nas może stać się pariasem”.

 

Przeniósł akcję z odległych, egzotyzowanych Indii do świata bliżej nieokreślonego, choć upstrzonego polskimi akcentami. Ale nie ma potrzeby, bym opowiadał tu fabułę, bo dobrego streszczenia dostarcza choćby Wikipedia.

Reżyser swoją wizją porwał nie tylko śpiewaków, orkiestrę i tancerzy, ale także kilkadziesiąt osób, które początkowo określano jako statystów. Jednak szybko stało się jasne, że choć te postaci nie będą słyszalne, bo nie zabiorą głosu, to nie da się ich przeoczyć, nie tylko przez ich aktywność aktorską, ale też ze względu na noszone przez nie szyldy z obelgami. Ich obecność będzie wyzywająca, w tym znaczeniu, że będzie wyzwaniem dla publiczności, bo to oni właśnie będą pariasami – kastą, z której pochodzi tytułowy bohater.

Podczas prób

Pracując w dziale promocji i marketingu teatru, starałem się być obecny na wielu próbach, żeby lepiej pojąć powstający spektakl, który choć przystępny w formie, nawiązujący do ulicznych parad i ludowych widowisk, w treści wcale taki przystępny nie był.

 

Aleksandra Pokora, fot. J. Gwoździk

Aleksandra Pokora, fot. J. Gwoździk

Graham Vick już na samym początku ujął i zadziwił mnie swoją olbrzymią wiedzą, głębokim przekonaniem i determinacją, tym bardziej uderzającymi, że idącymi w parze ze skromnością, uważnością i poczuciem humoru. Z szacunkiem i czułością pochylał się nad wieloma, nieraz malutkimi, często przeoczanymi, trybikami tej wielkiej i złożonej machiny, jaką jest inscenizacja opery.

Zaskoczeni byli też chyba soliści, nie tylko tym, że Vick znał treść libretta i partyturę na wylot (co wcale nie jest normą, zwłaszcza wśród zagranicznych reżyserów przyjeżdżających pracować nad utworami spoza żelaznego repertuaru), ale też tym, ile uwagi im poświęcał, w jak zindywidualizowany sposób pracował z nimi – jako śpiewakami, co oczywiście pomagało w pracy nad rolą.

Jedynym solistą, który brał udział zarówno w tamtym spektaklu, jak i wykonaniu koncertowym, jakie 12 kwietnia odbyło się w Auli UAM, był Dominik Sutowicz, wcielający się w tytułowego bohatera. Być może dlatego wypadł on najlepiej, a być może po prostu podobał mi się najbardziej, bo niejako się do niego przyzwyczaiłem – podczas pracy nad spektaklem zacząłem pomagać na próbach choreografowi Ronowi Howellowi jako tłumacz.

Dlatego też tę muzykę znam lepiej niż wiele operowych hitów. Dlatego też, choć już ponad rok nie pracuję w operze, to słuchając „Parii”, czuję się, jakbym wracał na swoje. Dlatego też porównuję spektakl i wykonanie koncertowe, choć to bez sensu i zapewne wręcz niesprawiedliwe. Dlatego też raziło mnie momentami szarżowanie i przedramatyzowanie w śpiewie, świetnej skądinąd, Iwony Sobotki (które zaakceptowałbym jako metodę budowania postaci w spektaklu, ale w wykonaniu koncertowym wydawało mi się przesadą). Dlatego też czasem zapadałem się w wolne tempa (i wynikające z nich meandry), które zaordynował maestro Jacek Kasprzyk.

 

Choć ciekawie było zadumać się przy okazji, jak taka decyzja zbliża ten utwór Moniuszki do muzyki Mahlera (którego IV Symfonią Kasprzyk na zaproszenie Teatru Wielkiego niedawno tu dyrygował), to łapałem się na tym, że mimowolnie słyszę w głowie „Parię” w szybkim tempie ustalonym przez Gabriela Chmurę z Grahamem Vickiem na potrzeby spektaklu.

I wreszcie, dlatego też w Auli UAM przeszkadzało mi, że chórowi zdarzało się być za cicho i nie dało się zrozumieć słów, bo często przykrywała go orkiestra, a  z kolei soliści byli słyszalni aż za dobrze. A w Arenie można było się dowolnie przemieszczać między wykonawcami – wybrać nie tylko swój punkt widzenia, ale i słyszenia.

Arena dzisiaj

Zresztą tamten spektakl przypomina mi się często, choćby gdy ostatnio zobaczyłem zdjęcia z urządzonego w Arenie ośrodka tymczasowego dla uchodźców. Spektakl kończy porażająca scena przepędzenia głównych bohaterów i grupy pariasów, jakoś ujęło mnie więc, że tamten mechanizm został odwrócony. Ale teraz czytam, że ośrodek z końcem kwietnia zostanie zamknięty… Czyżby z powodu osławionego remontu statecznej hali widowiskowo-sportowej, o którym wieść niosła się już podczas prac nad spektaklem?

 

Piotr Friebe, fot. Michał Leśkiewicz

Piotr Friebe, fot. Michał Leśkiewicz

To wszystko nasuwa uwierające pytania w rodzaju: co może sztuka, zwłaszcza opera, po co nam ona, nie tylko poezja po Auschwitz, ale też muzyka po Buczy, czy w ogóle w epoce kryzysu klimatycznego? Nie wiem, najlepsze, co mogę zrobić, to odwołać się do antycznych mądrości w rodzaju ars longa, vita brevis.

Bo przecież nie ma już z nami dwóch ważnych dla odkrycia na nowo zakrytej przez historię opery Moniuszki artystów: Gabriela Chmury (1946–2020) i Grahama Vicka (1953–2021). Ale dzięki nim na „Parię” przestano patrzeć z góry, a zaczęto tego dzieła słuchać. Utwór wszedł na estrady i oby nikt nie próbował go z nich przepędzić.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0