fot. Józef Brandt, „Bitwa pod Chocimiem”

Konie poniosły. O wystawie „Józef Brandt 1841–1915”

Już plakat monograficznej wystawy „Józef Brandt 1841–1915” z fragmentem obrazu „Porwanie na arkan” zapiera dech swą dynamiką. Zatem czy ta wystawa w poznańskim muzeum to tylko jubileuszowe, szerokie otwarcie trumny ze sztuką dawno już umarłą?

„[…] nie ma sobie równego w odtwarzaniu stepów, koni, zdziczałych dusz stepowych i krwawych scen, które się rozegrywały dawniej na onych wiecznych pobojowiskach. Takie obrazy mówią, bo na ich widok przychodzą na myśl stare tradycje, stare pieśni i podania rycerskie, słowem, wszystko to, co było, przeszło, a żyje tylko w dumach i wspomnieniach, zaklęte w czar poezji! […] Czasy zmarłe zmartwychpowstają pod jego pędzlem, a widz na widok jednego epizodu mimo woli odtwarza sobie w duszy cały świat rycersko-kozaczy” – z takim zachwytem o Józefie Brandcie pisał Henryk Sienkiewicz.

Na otwartej właśnie w poznańskim Muzeum Narodowym wystawie obrazów i rysunków Józefa Brandta każdy może się na własne oczy przekonać, że wieszcz nie przesadził ani na jotę. Tylko czy nas, po ponad stu latach, te romantyczne historie są jeszcze w stanie poruszać?

POJMANIE NA ARKAN

Już plakat wystawy „Józef Brandt 1841–1915” z fragmentem obrazu „Porwanie na arkan” z poznańskiego muzeum zapiera dech swą dynamiką. Jak w przepisie Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno ciągle rosnąć. To właśnie ta wersja tego obrazu wzbudziła podziw Sienkiewicza. Opisał go zresztą ze szczegółami: „Wleczony Tatar na próżno stara się rozpaczliwym ruchem zrzucić z siebie wyprężony arkan, koń jego wpadnie lada chwila w ręce drugiego Lisowczyka. Śmiały i gwałtowny ruch jest charakterystyczną cechą tego obrazu; wszystko tu w skurczach i podskokach, znać nagłość napadu i bezskuteczność konwulsyjnych wysileń napadniętego […] Na pierwszy rzut oka odgadniesz, że nic już nie uratuje jeńca. Jest w tem jakaś ponura zgroza i okropność, którą podnosi pora dnia i krajobraz. Krajobraz przedstawia step porosły bodiakami i wysoką bylicą, której cienkie gałązki rysują się wyraźnie a smutno w pobladłem świetle uciekającego dnia. Zachód mroczy się już zupełną prawie ciemnością, wśród której połyska światełko...”. I tak dalej, i dalej przez dwie bite strony.

 

Jest klimacik? Jest! Nic też dziwnego, że autor Trylogii wziął tę historię za swoją i ubrawszy ją w kunsztowne słowa, zaczął nią „Ogniem i mieczem”. Z maleńką tylko różnicą – duszony arkanem Tatar okazał się być w końcu Bohdanem Chmielnickim, też niebudzącym sympatii.

Wystawa monograficzna „Józef Brandt 1841–1915” w Muzeum Narodowym w Warszawie we współpracy z Muzeum Narodowym w Poznaniu

Pojmanie na arkan kusi nas też na wielkim banerze wypełniającym całą ścianę muzeum. I na okładce przewodnika po wystawie, gdzie dodatkowo Tatarowi obcięto głowę. A to tylko jeden z prawie stu olejnych obrazów zgromadzonych na tej wyjątkowej ekspozycji. Obok zbioru stu dwudziestu rysunków, kolekcji fotografii i inscenizacji monachijskiej pracowni artysty, zaaranżowanej z użyciem autentycznych, zabytkowych elementów jej wystroju. Muzeum Narodowe w Poznaniu zaprasza też na monumentalny pokaz znakomitej sztuki przygotowany przez Muzeum Narodowe w Warszawie – na okoliczność stulecia naszej niepodległości. Ciekawy zbieg okoliczności: sto lat temu, w 1918 roku, poznańskie Muzeum Mielżyńskich zapraszało na „Wystawę doborowych dzieł malarstwa polskiego ku uczczeniu Józefa Brandta…”. Koło historii wykonało cały obrót.

CZŁOWIEK SUKCESU

Józef Brandt (1841–1915) już jako kilkunastoletni chłopak zaczął uczyć się rysunku na prywatnych lekcjach u Juliusza Kossaka. Studiował sztukę w Paryżu, ale szybko przeniósł się do Monachium, miasta pierwszego wyboru dla polskich kandydatów na artystów. Najwięcej nauczył się od monachijskiego batalisty Franciszka Adama. W stolicy Bawarii odniósł wielki sukces.

 

Jego obrazy, pełne szalonej energii, buchające rozmachem i słowiańskim temperamentem, budziły w stonowanych i spokojnych Niemcach zachwyt.

Kupowano jego dzieła do najlepszych kolekcji w Niemczech i Austrii. Robił furorę w Paryżu, a nawet w Stanach, gdzie kresowe opowieści malarskie przypominały historie z Dzikiego Zachodu. Do Polski wracał opromieniony międzynarodową sławą. Zawsze podkreślał swoją polskość i podpisywał obrazy „Józef Brandt z Warszawy”. Ale w ojczyźnie popyt na jego obrazy był niewielki.

W Monachium Brandt miał wielką pracownię, którą wypełniały tysiące eksponatów z kolekcji rekwizytów. Był to zbiór stanowiący swoiste muzeum osobliwości. Gromadził wszystko, co mogło mu się przydać do aranżacji obrazów. Przywoził całe wozy eksponatów ze swoich licznych podróży. Były tam i zabytkowe meble, i wielkie sanie, nawet turecki namiot, końskie uprzęże, elementy uzbrojenia, mundury, stroje, również egzotyczne, tkaniny orientalne i ozdoby, ze strusimi jajami włącznie. Było to też żywe centrum monachijskiej Polonii i polsko-niemiecka szkoła artystyczna pełna młodych adeptów sztuki. A jednocześnie topowa atrakcja turystyczna, odwiedzana przez elity z całej Europy.

Drugą pracownię artysta wzniósł w Orońsku pod Radomiem, w pięknym majątku, w który się wżenił. Tam stworzył słynną na cały kraj malarnię, do której zjeżdżał każdego lata, w towarzystwie swoich licznych uczniów i przyjaciół. Przybywał tam, by tworzyć, polować i przyjmować gości. Cudownym zrządzeniem historii i dzisiaj Orońsko żyje sztuką. Działa tam wyjątkowy w skali Europy ośrodek artystyczny – Centrum Rzeźby Polskiej.

SZALONE KONIE

Józef Brandt wypozycjonował się na światowym rynku sztuki jako malarz batalista. Niedościgły mistrz w przedstawieniach koni w ruchu.

Konie Józefa Brandta

W szalonych, pełnych dynamiki skrótach perspektywicznych. W egzotycznej scenerii mitycznych polskich kresów, na spotkaniu Wschodu i Zachodu. Dał się poznać jako autor niezliczonych scen z udziałem Kozaków, Tatarów i Turków, dzikich i buńczucznych, tak jak ich konie o oczach pełnych ognia. Harmonia ruchów i gracja tych wierzchowców nie mają sobie równych. Sięgał też do tematów z wielkiej polskiej historii.

Adam Heydel tak opisywał artystę: „A jak zręcznie umiał wydobyć dziarskość, buńczuczność, albo dzikość tych sękatych postaci i jak im dobierał konie — raz zganaszowane dzianety, to znowu Dońce o poddartych do góry, krzywonosych łbach — zawsze, jak jeźdźcy, gwałtowne w ruchach, niespokojne, narowne. A jeśli nawet przechodził do nowszych czasów, do bryczek, najtyczanek, kałamaszek, to i tu uprząż bywała wołyńska czy ukraińska, świeciły mosiężne kółka i ozdoby, zawadjacko błyszczały oczy w gębach wąsatych i zadzierzystych, czapy były na bakier, bryka podskakiwała po wybojach, rozdołach, dziurawych mostach, lub brodziła przez błota i strumienie”.

wystawa Józef Brandt 1841–1915

Jedna z malarskich prac Brandta

Józef Brandt był wspaniałym gawędziarzem – i gdy opowiadał, i gdy malował. Jego obrazy, choć niewolne od asfaltowych, brudnych sosów, tak charakterystycznych dla szkoły monachijskiej, czasem aż iskrzą się od krystalicznego światła i mrugają plamkami żywych kolorów. Zachowując tradycyjny, perfekcyjny akademicki warsztat, artysta wykorzystał na swój sposób lekcję impresjonizmu.

Zawiodłem się jednak na prezentowanych na wystawie rysunkach i studiach do obrazów. Są czysto rzemieślniczymi wprawkami do większych prac malarza. Nie poruszają i nie wzruszają. Co ciekawe, nawet ćwiczenia rysunkowe z czasów studiów artystycznych dalekie są od doskonałości. Jedyny pokazywany na wystawie rysunkowy akt kobiecy nie jest nawet poprawny. Tylko przy wizerunkach koni kreska ożywa.

MALARSKA MAESTRIA

Oglądając pierwsze obrazy, byłem poruszony ich malarskim mistrzostwem. Wirtuozerią w przedstawieniu tysięcy szczegółów, w stworzeniu hiperrealistycznej iluzji scen, które przecież były tylko owocem nieposkromionej wyobraźni. Można by je nazwać wizualizacjami, gdyby nie to, że na żadnym komputerze takich efektów specjalnych nie da się uzyskać.

 

Z jednej strony te obrazy są jak kadry z wielkich hollywoodzkich realizacji. Podobnie jak te filmy mogą olśnić widza. Ale z drugiej strony męczą i nużą brakiem głębi psychologicznej.

W przedstawieniach powtarzają się te same „gęby”, machnięte grubym pędzlem, jak niedokończone klony tłumnie wypełniają pola obrazów. Paradoksalnie mimika końskich głów i ich ekspresja jest daleko bogatsza od ekspresji ludzkich twarzy. Gdy kończy się patriotyczny, polski temat, zostaje tylko perfekcyjna, pusta komercja. W XIX wieku prawa rynku sztuki nie różniły się od dzisiejszych.

Józef Brandt świetnie je rozumiał, choć można odnieść wrażenie, że stał się zakładnikiem swojego sukcesu. I malował pracowicie te swoje konie i jeźdźców, tę swoją historyczną baśń, aż do końca życia w 1915 roku. Tylko że wtedy na świecie było już po kubizmie i powstawały pierwsze budynki modernistyczne, a porządek XIX-wiecznego świata właśnie się ostatecznie walił.

Wielka monograficzna wystawa może przywrócić sztukę artysty do powszechnego obiegu, wzbudzić dyskusję i dać nowe interpretacje dorobku. Kilkuletnia mrówcza praca wielkiego zespołu osób z Muzeów Narodowych w Warszawie i Poznaniu mogłaby dać asumpt do takiego odbioru sztuki Józefa Brandta. Już niespotykany, trzytomowy, wspaniały katalog budzi podziw. Jednakże pojedynczy widzowie, starsi wiekiem, zwiedzający wystawę wkrótce po otwarciu nie świadczą o sukcesie całego przedsięwzięcia. Może ta wystawa to tylko jubileuszowe, szerokie otwarcie trumny ze sztuką dawno już umarłą? Sprawdźcie sami.

 

JÓZEF BRANDT 1841–1915 – wystawa monograficzna w Muzeum Narodowym w Warszawie we współpracy z Muzeum Narodowym w Poznaniu (od 28 października 2018 do 6 stycznia 2019 w MNP w Poznaniu)

MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE – kuratorki, koncepcja wystawy: Ewa Micke-Broniarek, Agnieszka Bagińska; współpraca: Anna Masłowska, Krystyna Znojewska-Prokop; projekt aranżacji: Maria Odolczyk

MUZEUM NARODOWE W POZNANIU – kuratorka: Maria Gołąb; projekt aranżacji: Joanna Lewandowska

CZYTAJ TAKŻE: Porcelanki, portrety z zaświatów

CZYTAJ TAKŻE: Stanisław Teisseyre… z niepamięci

CZYTAJ TAKŻE: Winna Góra – nowa wizytówka Wielkopolski