fot. Dobromiła Tenerowicz-Grądzka

Korbola daj mi luby

Jesień to pora, gdy swój obfity plon wydają korbole. Tym, którzy nie urodzili się w Wielkopolsce, tłumaczę, że pod tą nazwą kryje się popularna dynia.

Nadchodzi jesień, piękna, polska – oby trwała jak najdłużej. Tę porę roku najbardziej lubiła moja babcia. Dla niej był to czas wypełniony pracą, której rezultaty domownicy doceniali w trakcie zimowych obiadów. Przynosiła z poznańskich rynków – najchętniej z Jeżyckiego i Bamberskiego na Kościelnej – mnóstwo dóbr wszelakich. Moi rodzice, ludzie zapracowani od rana do wieczora, nie mieli głowy do załatwiania sobie Pracowniczego Ogródka Działkowego. Kto zresztą znalazłby czas na to, żeby go uprawiać? Takie ogródki na ogół położone były na peryferiach, a babcia przecież nie miała prawa jazdy. Taszczenie zaś siatek środkami masowej komunikacji nie wchodziło w rachubę. Kiedy rodzice dorobili się wreszcie działki w Kiekrzu, w całości przeznaczyli ją na rekreację, sadząc jedynie gdzieniegdzie krzaki i drzewa owocowe. Jesień to pora, gdy obfity plon wydawały korbole. Tym, którzy nie urodzili się w naszej kochanej Wielkopolsce, tłumaczę, że pod tą nazwą kryje się popularna dynia.

Można z niej wyczarować cuda i cudeńka do wielorakiego zastosowania. Jeżeli podejmując gości, lubicie z okazji jakiegoś święta do mocno zmrożonej wódeczki postawić zakąskę, korbol nada się idealnie. Babcia cięła go, po obraniu ze skóry, w równą mniej więcej centymetrową kostkę i obgotowywała w syropie (proporcja: jeden kilogram cukru na dwa litry wody). Wrzucała do tego kilka goździków, liść bobkowy i ziele angielskie. Potem dokładnie odsączała kostki, syrop zaś traktowała octem w odpowiedniej proporcji – szklanka na dwie szklanki syropu. Tak przygotowaną zalewą dopełniała słoiki, pasteryzowała i odstawiała do spiżarni. Taka przekąska to tylko jedno z licznych zastosowań korbola.

Obecnie mamy do dyspozycji wręcz niezliczoną ilość gatunków tego warzywa. Jest wśród nich dynia makaronowa. Moja przyjaciółka, Ewa Michalska – posiadaczka jednych z najlepszych poznańskich kubeczków smakowych – rozkrawa ją na pół, wyrzuca miękkie części razem z pestkami, a miąższ traktuje specjalnym grzebieniem do krojenia metodą julienne. Wszystko pozostawia w skorupie, doprawia tylko mieszanką soku ze świeżo wyciśniętej pomarańczy i cytryny, dosładzając całość na przykład syropem klonowym lub nierafinowanym cukrem trzcinowym. Podaje to jako surówkę do obiadu. Przyznam szczerze, że nieraz wyjadałem wszystko do ostatniej nitki, nie bacząc na resztę posiłku.

Wrócę teraz do przepisu mojej babci, który opracowała na bazie najpopularniejszej w czasach ustroju słusznie minionego dyni pomarańczowej. Obierała całość ze skóry, odkładała pestki, które później suszyła na piecu, miąższ skrawała na kawałki i wrzucała do kotła. Mieszając zawzięcie długą łychą, rozgotowywała warzywo. Gdy dynia zaczynała się rozpadać, dorzucała ćwiartki jabłka. Najlepiej do tego celu nadawała się antonówka – odmiana twarda, kwaśna, z dużą ilością pektyny. Gdy wszystko zamieniało się w jednolitą pomarańczową masę, dosypywała cukier, co jakiś czas kosztując, by nie przesłodzić (proporcja cukru to mniej więcej kilogram na dwie pulpy).

Potem trzeba było już tylko uważać, by całość się nie przypaliła i nie zredukowała zbyt mocno. Gdy następował ten cudowny moment zastygania dżemu na talerzyku (próbki położonej małą łyżeczką), gospodyni nakładała wszystko do małych słoików, zakręcała i pasteryzowała. Całą zimę i wiosnę wypełniał smak takiego dżemiku. Babcia smarowała nim świeże bułki na śniadanie, ale również używała go do ciast, które namiętnie piekła. Radzę spróbować tego dyniowego przysmaku i życzę smacznego!

 

CZYTAJ TAKŻE: Kulinarne Perły
CZYTAJ TAKŻE: Nalewek to czas

CZYTAJ TAKŻE: Zapraw to czas, czyli ogórasy!