fot. Archiwum redakcji

Kustosz Atlantydy

Pamięć wymaga nośników. Nie istnieje poza tym, co pozwala ją przechować – ludźmi, listami, notatkami, wspomnieniami, książkami. Przeszłość z kolei jest obecna, o ile istnieje pamięć. Bez niej to, co przeszłe, staje się niewidoczne, nieistniejące.

ARCHIWIZACJA PAMIĘCI

Pamięć wbrew temu, co można wnioskować ze źle nauczanej lekcji historii, nie jest liniowa, nie pokrywa się ze strzałką czasu, nie poddaje się prostemu rytmowi dat, dni, wydarzeń zdyscyplinowanych i uszeregowanych w abstrakcyjnym harmonogramie. Pamięć o niektórych zdarzeniach jest zagęszczona, o innych mglista. W niektórych momentach historia przyśpiesza, kiedy indziej zastyga, spowalnia. Pamięć o wydarzeniach historycznych utkana jest zarówno z ich oficjalnej wersji, jak i intymnych mikrohistorii, osobistych drobin ocalonych przed niepamięcią.

Pamięć o przeszłości wymaga wysiłku oraz uważności. Nie dzieje się sama. Przypomina dobitnie o tym działalność Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koninie, w której podejmowane jest wiele inicjatyw związanych z pamięcią o regionie, pracą nad archiwizacją pamięci. Jedną z nich była swoista ponowna premiera i sprzedaż książki „Cztery dni w Atlantydzie”[1], wydobytej z mroku magazynów i niepamięci.

ATLANTYDA - POWRÓT DO ŚWIATA WSPOMNIEŃ

Wydarzenie to jest o tyle swoiste, że ów tom, napisany przez Józefa Lewandowskiego, to kapsuła pamięci o nieistniejącym już żydowskim Koninie. Tytułowa Atlantyda, zatopiona wyspa – to sztetl Konin, którego szczątki i ruiny oglądał Lewandowski w swej podróży w roku 1947. Urodzony jako Izaak Lipszyc w 1923 roku, jako jeden z nielicznych żydowskich mieszkańców Konina przeżył Zagładę. Z bólem odwiedził miasto, którego nie było.

Podróż Lewandowskiego to próba odtworzenia świata rodzinnego, miejsca, które go ukształtowało. Konin jego dzieciństwa nie był rajem, było to miasto biedy, upokorzeń związanych z pochodzeniem i zamykającą horyzont przyszłości beznadzieją. Jednak powrót do tego świata mógłby stanowić mitologiczne dopełnienie, zszycie powojennej, powstającej z gruzów rzeczywistości na nowo.

Nasz bohater nie może jednak zadośćuczynić mitologicznej zasadzie powrotu do kraju dzieciństwa – żydowski Konin nie istnieje. Ran nie da się zabliźnić poprzez powrót do domu. Jedyne, co pozostaje Lewandowskiemu, to odtwarzanie tego świata w pamięci, próba podniesienia Atlantydy z dna i wydobycia jej na powierzchnię wspomnień.

Lewandowski to kustosz zatopionego lądu, który zbiera okruchy, gromadzi je, układa, porządkuje to, co ocalało[2]. Jego wyprawa ratunkowa, której stawką jest zarówno prywatne ocalenie, zszycie na nowo samego siebie, ale i jak i wydobycie sztetla Konin z odmętów niepamięci, jest książką fascynującą. Łączy w sobie moc osobistego wyznania z rygorem eseju historycznego, gdyż właśnie karierze historyka Lewandowski poświęcił swe życie – początkowo jako profesor Uniwersytetu Warszawskiego, później, zmuszony do emigracji w roku 1969, kontynuował ją na uniwersytetach w Uppsali i Sztokholmie.

"Cztery dni w Atlantydzie", fot. z Archiwum Redakcji

"Cztery dni w Atlantydzie", fot.  Archiwum redakcji

 

„Cztery dni w Atlantydzie” to archeologiczne wydobywanie ludzi, ich gestów, okruchów pamięci o nich. Jest tu miejsce zarówno dla postaci heroicznych, jak i małostkowych. Sztetl Konin, mimo że był małą prowincjalną mieściną, to przywracany z niebytu we wspomnieniach Lewandowskiego poraża ogromem utraty. Obszernie skatalogował ją Theo Richmond w swej książce „Uporczywe echo. Konin”[3].

Richmond wykonał gigantyczną pracę, tworząc kronikę pamięci. O ile jednak powrót do Konina z tym autorem, który korzystał jedynie z cudzych relacji, przypomina oglądanie dokładnej, szczegółowej i wiernej, ale dwuwymiarowej mapy, o tyle wsłuchanie się w rytm bezpośredniej relacji Lewandowskiego zabiera nas w podróż z przewodnikiem, podczas której duchy przeszłości potrącą nas, gdy będziemy się przepychać w tłumie na Teper Markt, pójdziemy po książki do biblioteki, z której tak dumna była konińska gmina żydowska i odwiedzimy heroicznie spotykających się w czwórkę członków partii Bund, wierzących w cukunft, przyszłość, której jak stwierdza Lewandowski, mieć już nie mieli.  

 

Od pierwszych stron żywa, literacko doskonała narracja Lewandowskiego jak dybuk potrafi zawładnąć umysłem, ciałem, emocjami czytelnika. Czytając, jesteśmy nawiedzeni przez sztetl Konin. To nie tylko pełna nostalgii podróż do kraju dzieciństwa, ale i pełna grozy opowieść o śmierci.

„Cztery dni w Atlantydzie”, czytane przeze mnie o wiele za późno, przypomniały mi ową dziwną atmosferę braku, niesamowitości, którą pamiętam ze starego Konina lat mojej młodości. Dzięki Lewandowskiemu zrozumiałem też lepiej tę swoistą pustkę niewypełnienia, którą pamiętam z Pyzdr, Zagórowa czy Kleczewa – sztetli, które nie doczekały się swych kustoszy.

PAMIĘĆ ZAMIAST NIEPAMIĘCI

Wspomnienia utrwalone na kartach „Czterech dni w Atlantydzie” zostały spisane dopiero pod koniec lat 80. Atlantyda długo czekała na to, aby się wynurzyć z odmętów niepamięci. Rzecz opublikowano po raz pierwszy w 1991 roku w Uppsali. Wydobycie z ciemności nie trwało niestety długo – leżąc w magazynie, stała się jej niezawinioną sojuszniczką. Cieszmy się, że dzięki Damianowi Kruczkowskiemu i pracownikom biblioteki w Koninie Atlantyda znów mogła się wynurzyć. Przypominając o zapomnianym mieście, znajdując leżące w ciemnościach magazynów egzemplarze książki Lewandowskiego, stali się w kustoszami pamięci o kustoszu Atlantydy.

 

 

[1] „Cztery dni w Atlantydzie”, Ex Libris, Uppsala 1991.

[2] http://jozeflewandowski.se/texter/Archeologia_niepamieci.htm.

[3] https://kulturaupodstaw.pl/pamietajmy-o-zapominaniu-uporczywe-echo-theo-richmonda/.