fot. Dawid Tatarkiewicz, na zdj. motyl rusałka żałobnik

Las uchroni nas, czyli jak trochę cienia wiele zmienia

Był 25 dzień kwietnia. Wybrałem się na wieczorny niedzielny spacer. Zaskoczyło mnie, że na Woli wciąż w najlepsze odzywał się dzięcioł średni.

Ważkie życie

Aż zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno on. Po pewnym czasie usłyszałem wyraźne bębnienie. Podszedłem szybko, by zobaczyć, kto robi ten raban. Werbel wskazywał na jednego z naszych mniejszych dzięciołów. I w istocie – był to ponownie dzięcioł średni, pewnie nawet ten sam, aktywny głosowo osobnik. Z pozostałych ciekawostek: dziś śpiewał piecuszek. A więc i on już przyleciał.

Nazajutrz w ciągu dnia, po chłodnej – z przymrozkiem – nocy, w najlepsze zaczął sypać śnieg. W tym roku sprawdzają się więc powoli zapominane w ostatnich latach przysłowia:

 

„Kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy, trochę lata”.

 

Tegoroczny kwiecień był chłodny. W ogóle, ciepłych, słonecznych, wiosennych dni było dotąd jak na lekarstwo. Ciekawi mnie więc, jak to wpłynie na termin wylotu ważek.

Tak, ten artykuł będzie w pewnej części o nich – o ważkach. W pierwszym felietonie poruszyłem temat ptaków, w drugim wspomniałem o płazach. Czas na przedstawicieli „sztucznie” wydzielonej grupy bezkręgowców.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że w Polsce występują dwa gatunki ważek, które zimują w postaci owadów dorosłych. Oznacza to, że wiosną, gdy tylko słońce nagrzeje temperaturę do -nastu stopni Celsjusza, możemy spodziewać się, że dostrzeżemy pierwszych przedstawicieli rzędu Odonata (ważek właśnie), podrzędu Zygoptera (równoskrzydłych).

 

Reprezentantka ważek równoskrzydłych - łunica czerwona - pod koniec wylotu, Jezioro Strzeszyńskie, fot. Dawid Tatarkiewicz

Reprezentantka ważek równoskrzydłych – łunica czerwona – pod koniec wylotu, Jezioro Strzeszyńskie, fot. Dawid Tatarkiewicz

Ich ubarwienie jest niepozorne, doskonale zlewa się z słomkowobrązową barwą liści zeszłorocznych roślin wodnych, które dopiero zaczynają swój okres wegetacyjny po zimie.

Póki co, mało tu więc zieleni. Za to, gdy szedłem lasem, zieleń krzewów zaczęła się zaznaczać, a nawet rzucać w oczy.

Wracając do wspomnianych ważek. Należą do jednego rodzaju – straszka. Jest to więc straszka pospolita i północna (odpowiednio: Sympecma fusca i paedisca), z czego ten pierwszy gatunek ma w naszym kraju wyraźnie szerszy areał (teren, na którym występuje). W tym roku pierwsze straszki, zapewne pospolite – choć nie miałem możliwości potwierdzić tego oznaczenia – spotkałem 31 marca nad Rusałką.

Pozostałe gatunki ważek, a jest ich w Polsce przeszło 70, dopiero pojawią się w środowisku (w momencie publikacji tego tekstu oczywiście już w nim są!). Co ciekawe, choć larwy wyłaniają się z wody i – kiedy tylko ich „skórka” wyschnie – wychodzą z wylinki, po pierwszym locie, zwanym dziewiczym, zwykle spotykamy je w pewnym oddaleniu od zbiorników wodnych. To tam dojrzewają, by wkrótce wrócić nad wodę w celach rozrodczych.

Są to niezwykłe stworzenia, a spojrzenie im w oczy jest równie fascynujące, jak spojrzenie w oczy mysikrólika (głównego bohatera pierwszego mojego artykułu). Są to oczy złożone, piękne, kolorowe. Na szczęście, barwy ważek nie zachowują się u osobników preparowanych.

 

Inaczej groziłby im los gablotkowych trofeów przeróżnej maści „miłośników przyrody” (kolekcjonerów).

Można śmiało powiedzieć, że te oczy rzucają się w oczy, a jakże! Przy tym, kto by pomyślał, że mamy w kraju tyle gatunków ważek? Proszę się rozejrzeć, będą Państwo mile zaskoczeni ich różnorodnością, a czasami nawet tym, że w ogóle występują, a dotąd ich Państwo nie dostrzegali. Z ostatniej chwili: 22 czerwca minąłem na chodniku piękną ważkę – niebieskooką świteziankę. I to gdzie?! Na ul. Dąbrowskiego na wysokości kina Rialto!

Tym samym wyprzedziłem w opowieści moment pojawu ważek w środowisku. Jak w książce: czasami żongluję czasami. Wracam jednak do kwietnia tego roku: nim dojdzie do spotkania z ważkami, przyroda musi zatoczyć koło, realizując swój doroczny kalendarz fenologiczny, każdego roku ten sam, nigdy taki sam, za to zawsze pasjonujący.

 

Z kalendarza tego wynika, że zwykle tuż przed ważkami w okolicy zbiorników wodnych pojawiają się żyletnice.

Owady niewielkie, ale na tyle duże, że łatwe do wykrycia w środowisku, czarne, na oko mające około jeden centymetr długości. Czekałem na nie z niecierpliwością, chodząc z aparatem fotograficznym i lornetką po zielonych terenach Poznania i Wielkopolski. Póki co, 9 maja dostrzegłem pierwsze jaskółki (dymówki – w okolicach Żerkowa), a 10 maja pierwsze szpaki doczekały się piskląt. Wyraźnie dało się słyszeć tę wokalną nowość, kiedy przechadzałem się lasem w okolicach Golęcina.

I wreszcie! Pierwsze moje tegoroczne spotkanie z żyletnicami przypadło jedenastego maja i miało miejsce w okolicach Ostroroga. Był to jeden z pięciu następujących po sobie wiosennych, ciepłych i pogodnych dni. Taka seria zdarzyła się w tym roku po raz pierwszy. Obok żyletnic, tego samego dnia doświadczyłem pierwszego tegorocznego spotkania z komarami.

 

Szklarka zielona w trakcie wylotu - rozpompowywanie skrzydeł, Psarskie Wieś, fot. Dawid Tatarkiewicz

Szklarka zielona w trakcie wylotu – rozpompowywanie skrzydeł, Psarskie Wieś, fot. Dawid Tatarkiewicz

Tym samym, przyroda wydawała się już gotowa na przyjęcie ważek.

Niemniej, ani dzień później na Morasku, ani dwa dni później w okolicach Rezerwatu Żurawiniec, nie spotkałem żadnego reprezentanta tej grupy owadów. Jedno można powiedzieć z całą pewnością: w stosunku do lat ubiegłych mieliśmy w tym roku opóźnienie pojawu ważek w środowisku, bowiem ostatnimi laty pierwsze osobniki widywałem już pod koniec kwietnia.

Ważkie dla mnie spotkanie pierwszych ważek miało miejsce 15 maja w okolicy wioski Psarskie Wieś. Przy torach kolejowych latały tu dojrzewające osobniki szklarki zielonej (Cordulia aenea) – to przedstawiciele większych ważek (rząd różnoskrzydłych, Anisoptera), potocznie zwanych „helikopterkami”. Z kolei na okolicznych zbiornikach wodnych zaczął się też wylot ważek równoskrzydłych.

Diagnoza – skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Uważny Czytelnik powie: świetnie! – z tych felietonów wyłania się miły obraz natury, wręcz idylliczny. Tyle zwierząt wciąż żyje tak blisko nas. To tylko pół prawdy. Drugie pół jest mniej przyjemne.

 

Przyroda w Wielkopolsce jest bardzo przekształcona. Jeżdżę po regionie od wielu lat i szukam przyrody nieskażonej albo mało skażonej działaniem człowieka. Uwaga: prawie już takiej nie ma! Bardzo łatwo idzie nam jej karczowanie, przekształcanie, deptanie, zanieczyszczanie, ujarzmianie w imię rozwoju.

Przyroda okazała się przy tym bardzo plastyczna, wciąż jakimś cudem trwa, ale wyszło też na jaw, że my nie jesteśmy aż tak jak ona plastyczni na zmiany, które bezkrytycznie wprowadzamy. A mimo to uparcie brniemy wciąż o krok dalej.

Wielkopolska stepowieje. Frazes. Hasło wytrych. Jak mantra powtarzane, aż przestało być ostrzeżeniem. Przecież okazało się, że tak da się żyć. Jak długo? Aż zaczną się realne problemy z wodą (jakby już ich nie było). Wtedy nasz humanizm zostanie wystawiony na ciężką próbę. Dlaczego Wielkopolska stepowieje?

Nasze województwo szczyci się tym, że jest regionem rolniczym. Niemniej, kiedy wyjedzie się za miasto, nasze pola zaczynają przypominać krajobraz zza zachodniej granicy kraju. Pełno wielkich przestrzeni bezleśnych, polnych właśnie, z erodującą glebą. Dezydery Chłapowski pokazał nam kierunek, nauczył, jak sobie z tym radzić. Zadrzewienia śródpolne, korytarze ekologiczne. Chociaż tyle. Dopłaty unijne do każdej przeoranej piędzi ziemi sprawiły jednak, że tu i ówdzie nawet piękne przydrożne aleje czereśniowe zaczęły znikać z krajobrazu. Zostają tylko w nazwie lokalnych dróg, albo w pamięci starszych mieszkańców.

 

Pniak pozostały po ściętym drzewie, okolice Rusałki, fot. Dawid Tatarkiewicz

Pniak pozostały po ściętym drzewie, okolice Rusałki, fot. Dawid Tatarkiewicz

Znikają fragmenty nieużytkowane, w których przyroda mogła spokojnie się rozwijać. Zostają za to pieniądze w kieszeni (też nie na długo) i coraz gorszy stan ziem, które trzeba sztucznie nawieźć.

Uprawiamy tu więc rolnictwo intensywne, strasznie wydajne i jednocześnie obciążające środowisko naturalne. Znowu: „wygrywamy” tu i teraz, nie liczy się efekt końcowy, który dopiero uderzy w nas rykoszetem. Właściwie już uderza. Twarde zasady logiki: przyczyna pociąga za sobą skutek. Te skutki widzimy coraz częściej gołym okiem. Jakość zboża, choroby cywilizacyjne…

Metaforycznie rzecz ujmując: obcinamy do łysego i zachodzimy w głowę, dlaczego nam zimno. Ale wyprodukujemy kolejną czapkę z poliestru i znów będzie nam ciepło. Wręcz gorąco…

Pełno pól, mało lasów i wciąż to samo stwierdzenie (bo już nie zdziwienie): Wielkopolska stepowieje.

Lasy są naturalnymi „włosami” ziemi, jej sierścią. No tak, ale przecież tych lasów mamy w Wielkopolsce miejscami nawet -dziesiąt procent – powie analityk powiatowy. Nie, proszę Państwa! Mamy -naście, czy -dziesiąt procent upraw leśnych, nie lasów.

 

Uprawy leśne są jak uprawy polne, czy uprawy szczypiorku. Służą do produkcji, w tym przypadku drewna. Ten „las” to często taki szczypiorek. Cienki, przetrzebiony, młody. Tu i tam wycięty. Często monokultura sosnowa.

Lasu w lesie jest niewiele! Jest coraz mniej, bo drzewa stare, potężne, są łakomym kąskiem dla wciąż niezaspokojonego rynku.

 

„Przecież jak tu się wytnie, to tam – w ramach rekompensaty – się zasadzi” – myślimy sobie, zagłuszając wyrzuty sumienia i zdrowy rozsądek.

 

Nie, to już nie to samo drzewo, nie ten sam las… I tak, stopniowo, pozbawiamy się dziedzictwa nas wszystkich. Pięknie naśladujemy Zachód, zamiast stać się dla niego przykładem do naśladowania.

Oczywiście, mądra gospodarka leśna i mądre rolnictwo są bardzo ważne. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Ile w tym naszym postępowaniu mądrości?! Myślę, że moją diagnozę w rozmowie w cztery oczy potwierdzi każdy mądry leśnik i każdy mądry rolnik. Co więcej, sami na szczęście zaczynają mówić o tym głośno, podając pewne fakty do publicznej wiadomości. Nie brakuje takich trzeźwo patrzących ludzi.

Pradoliny rzek to kolejny przykład naszego gospodarowania. Wciąż wydaje się zezwolenia na budowy na terenach zalewowych. Urządza się mądre ekspertyzy, z których wynika jasno, że dawno nie było tam powodzi, prawdopodobieństwo jej wystąpienia określa się jako małe. Mało kto przy tym zadaje sobie trud, by pomyśleć głębiej i zrozumieć, że pradolina to jest potencjalny teren zalewowy. Skutek?

 

Kwitnąca kokorycz pusta, fot. Dawid Tatarkiewicz

Kwitnąca kokorycz pusta, fot. Dawid Tatarkiewicz

Budownictwo w miejscach, o które natura jednak upomina się raz po raz.

Potem są łzy, złość, smutek. Jak temu zaradzić? – myśli sobie człowiek. Przez budowę wielkich wałów przeciwpowodziowych! – wymyśla w końcu. I wdraża. Skutek: przyroda przekształcona. Od jednej złej decyzji zaczyna się martwy ciąg zmierzający donikąd. Bo im bardziej przekształcimy, tym bardziej na końcu przegramy. Ze złych decyzji trzeba się umieć w porę wycofać. A gdyby w pradolinach rósł las?…

Inny przykład? Miasto. Betonowe, zabetonowane, wybetonowane, szczelnie wybrukowane i, oczywiście, wyasfaltowane. Chcemy wygodnie jeździć, chodzić, najlepiej po płaskim, równym. I nagle, zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, przychodzi lato. Robi się gorąco, uruchamiamy wentylacje, wodotryski – musimy sobie pomóc, inaczej trudno znieść tu upał. Wtedy przychodzi refleksja: to samo lato, ta sama pogoda, ale w otoczeniu lasu – o ileż mniej odczuwamy skutki tego samego upału?! Jak bardzo las potrafi się sam wybronić i wybronić nas z opresji. Jak prosta i naturalna to obrona przed słońcem, które latem świeci mocno.

 

Stąd prosty wniosek: miasto potrzebuje zieleni jak kania dżdżu!

A nie tylko betonu, coraz to nowych wypełnionych nim skwerów, plomb, zakamarków. Chyba że bardzo chcemy, jak gdzieniegdzie na Zachodzie, słuchać w parkach nagrań ptaków odtwarzanych z magnetofonów.

Jest źle, ale może być jeszcze gorzej. Albo lepiej!

Las chłonie wodę. A jednocześnie utrzymuje w sobie i w glebie, nie dając jej przedwcześnie „uciec”, wyparować. Tak dzieje się i w uprawach polnych, i w miastach: woda dosłownie wyparowuje, bo nie ma jej co zatrzymać. A nawet, gdy ten potrzebny deszcz spadnie, ulewny deszcz to rzecz naturalna, to w nienaturalnym środowisku, przekształconym przez człowieka, nie wsiąknie, za to spłynie powierzchniowo. Nie zasili gleby rolnej, ziemia jest zbyt spierzchła, woda spłynie do rzek, wypłucze przy tym całą chemię rolną i zanieczyści wody powierzchniowe. Przy większych opadach skończy się na zalaniu pradolin.

A w mieście? Oczywiście, w najlepszym scenariuszu, skutkiem będą zalane piwnice.

 

No bo gdzie ma podziać się nadmiar wody w zabetonowanym środowisku?!

Nie zawsze udźwignie to system kanalizacji miejskiej. W najgorszym razie będzie to powódź. Rzeka w mieście jest tak ściśnięta, że spływająca do niej woda nie ma innego wyjścia, jak tylko wylać… I od razu dodam: wielkie zbiorniki zaporowe nie są dobrym rozwiązaniem problemu.

Napisałem powyżej: las chłonie wodę i zatrzymuje ją. Natomiast uprawa leśna nie ma już takiej mocy… Prawdziwych lasów w Wielkopolsce jest jak na lekarstwo. Chyba już wiemy, dlaczego Wielkopolska stepowieje?

Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. W dodatku, to nie musi kosztować. Na zajęciach terenowych z biologii byłem raz świadkiem niesamowicie pouczającej dysputy: mądry biolog (naówczas doktor zoologii) spytał mądrego biologa (naówczas profesora botaniki): co zrobić z tym fantem, to jest z przekształconą przyrodą – na przykładzie miejsca X w Wielkopolsce, w którym się znajdowaliśmy.

 

Odpowiedź mędrca nastąpiła szybko i była następująca: – Nic! – i to nie dlatego, że rzecz była tam beznadziejna, ale dlatego, że przyroda potrafi poradzić sobie sama.

 

Co to dla nas oznacza? Oznacza tyle, że zmiany kluczowe dla naszego dobrostanu można wdrażać natychmiast. I że to nic nie kosztuje! Zostawienie wielkopolskich refugiów przyrodniczych w spokoju spowoduje, że przyroda wokół zacznie się odradzać. Las zacznie rosnąć. Wystarczy kilkanaście lat, by zauważyć pierwsze efekty. Wielkopolska przestanie stepowieć. O jakości powietrza nie wspomnę. Czy to możliwe, że to takie proste?! Uważam, że tak.

Przykładem może służyć fotograf, którego nie trzeba nikomu przedstawiać: Sebastiao Saldago. Widział w życiu niejedno, sporo sfotografował. Na koniec zadał sobie pytanie: co on może z tym wszystkim zrobić?! I stworzył z żoną Instituto Terra. To była ich odpowiedź na kluczowy problem ludzkości – dewastację natury. Zasadził na wykarczowanym terenie, pustynnym już niemal, rodzime gatunki drzew, które zdołał zebrać (niestety, nie udało się już odtworzyć pełnej palety gatunkowej).

 

Uzyskał fantastyczne rezultaty, które przerosły oczekiwania.

Las tropikalny odrodził się, znowu pojawiły się w nim potoki. A my? My w wielu przypadkach nie musimy nawet sadzić drzew. Zostawmy tylko przyrodzie miejsce do działania. To nie będą miejsca leżące odłogiem, jak nam się dotąd wydawało, ale miejsca życia, oazy, które pozwolą nam przeżyć. Drzewa w nich zasadzą się same. Ten proces nazywamy w botanice sukcesją. Tak trudno nam zrozumieć rzeczy najprostsze… Nie od dziś wiadomo jednak, że najprostsze bywa najtrudniejsze.

Wzywam więc wszystkich ludzi dobrej woli, którzy na własnej skórze czują, że dzieje się źle i są gotowi działać, będąc częścią swoich decyzyjnych przestrzeni samorządowych. Nie brakuje nam ekspertów, ludzi mądrych, którzy przebywają w zaciszu swoich pracowni naukowych. Mam wrażenie, że nikt nie chce ich słuchać, choć niekiedy faktycznie mówią zbyt cicho.

 

Pąki liściowe buka, fot. Dawid Tatarkiewicz

Pąki liściowe buka, fot. Dawid Tatarkiewicz

To nie czas ani miejsce na powtarzanie frazesów typu „Wielkopolska stepowieje”. Ten proces trzeba zatrzymać i odwrócić. Jak mówią słowa piosenki: „Póki na to czas!”.

Z naturą jest trochę jak z żywnością (przecież żywność pozyskujemy z przyrody). Im bardziej ją przekształcimy, tym mniej nam służy. Czy nie może być Polak raz mądry przed szkodą? Dajmy przykład światu, niech nasze życie stanie się… ważkie!