fot. Marta Konek

Letnie ziele mocy ma wiele

Białe, żółte, fioletowe, granatowe, czerwone, różowe, błękitne jak letnie niebo – czerwiec i lipiec są miesiącami, w których najbujniej i najobficiej kwitną zioła, drzewa, krzewy.

Świat przesycony jest barwami i zapachami. W ludowych wierzeniach wskazywano, że zioła zebrane do świętego Jana mają największą moc. Ziołom, splecionym w wianki, przypisywano także magiczne właściwości.

 

Pamiętacie ogrody swoich babć i prababek? Zupełnie niepodobne były do tych dzisiejszych połaci wystrzyżonego trawnika.

 

W dawnych ogrodach kwitły malwy, maki, margaretki. Między ogrodowymi kwiatami rosły zioła. Rumianek i mięta zawsze musiały być pod ręką. W słonecznych zakątkach kwitły kępy aromatycznych macierzanek. Z pachnących róż robiono konfitury. Piołun wykorzystywano nie tylko do leczenia, ale wtykano go do szaf, bo podobno jego zapach odstraszał myszy.

Czego nie było w ogrodzie, zbierano na miedzach i nieużytkach – wrotycz na pasożyty, krwawnik na kobiece dolegliwości, dziurawiec na problemy trawienne.

Brzozowe gałązki w pyry

Część z dawnych wierzeń i przekonań zachowała się do obecnych czasów. Przecież nadal w oktawę Bożego Ciała w kościołach święcone są wianki uplecione z przeróżnych roślin. Na Krajnie, dawniej, w takie wianuszki wplatano rozchodniki, targowniki, macierzanki, lipy, przywrotniki, mięty, modraki, rumianki i inne rośliny, które akurat kwitły w okolicy. Takie poświęcone wianuszki przynoszono do domu i wieszano nad świętymi obrazami lub w sieni, nad drzwiami wejściowymi. Zdarzało się, że wianki trafiały także do obór.

 

Wianki, fot. Marta Konek

Wianki, fot. Marta Konek

Wszystko dlatego, iż wierzono, że będą chronić domowników i inwentarz przed nieszczęściami, chorobami, złymi mocami, a nawet przed pożarem i uderzeniem pioruna.

Zioła z takiego wianka wykorzystywane były w praktykach leczniczych – robiono z nich napary, okadzano chorych. Podobno zioła pokruszone na poduszkę skracały zbyt długie konanie. Zdarzało się także, że wkładano je do trumny, by przyniosły spokój umarłym.

Wykorzystywano także gałązki brzózek używanych do zdobienia ołtarzy na Boże Ciało. Wokół Górki Klasztornej po procesji zabierano z ołtarzy brzozowe gałązki i wtykano je w kapustniki, by krety między kapustami nie ryły, by porosły wielkie głowy, by kapusty nie zżarły „gąsiory” (gąsienice motyli), by czarownice kapusty nie „ociotowały”. Brzozowe gałązki wstawiano także w pyry, ogórki i marchew, by ubłagać boże błogosławieństwo. Wiemy to dzięki Tadeuszowi Piszczkowi, który skrupulatnie te dawne wierzenia i zwyczaje spisał.

Na reumatyzm kasztany

Na dawnej Krajnie nie było zwyczaju chodzenia do lekarza. O pomoc medyka zwracano się w sytuacjach zagrożenia życia, bo raz, że leczenie było drogie, a dwa, pod ręką były zwykle mądre babki, co się na ziołach znały.

 

Zwykłe przeziębienie leczono w ten sposób, że podawano napotną herbatę z lipy i kazano się wyleżeć pod dwiema pierzynami. Na anginę oprócz lipowej herbaty podawano gorące mleko z masłem i miodem, do którego czasami dodawano jeszcze czosnku albo cebuli. Gardło płukano szałwią lub bardzo słoną wodą. W ostateczności gotowano ziemniaki i ciepłe rozgniatano i okładano nimi okolice szyi. Czasami ziemniaki zastępowano rozgrzanym na patelni żwirem. Ropne migdały smarowano spirytusem lub octem.

 

Na reumatyzm polecano kasztany – noszono je w kieszeniach ubrań, lub upychano do pończoch i wkładano do łóżka.

 

Podobno w reumatycznych bólach pomagało także jedzenie tartego chrzanu. Gliną zmieszaną z octem okładano bolące nogi i stopy, bo podobno świetnie likwidowała opuchliznę. Nalewkę z włoskich orzechów lub piołunu polecano na złe trawienie i bóle żołądka.

Krajeńskie zielarki zalecały rumianek do obmywania chorych oczu, ale także na żołądek, przepłukiwanie jelit czy nerwy. Wokół Górki Klasztornej w chorobach oczu wspomagano się także wodą z cudownego źródełka i pyłem z trumienki Matki Boskiej Zaśniętej, która po dziś dzień znajduje się w klasztorze.

Szałwia, fot. Marta Konek

Szałwia, fot. Marta Konek

Kocanka na mocz

Lipę polecano na kaszel i przeziębienia, doceniano jej napotne właściwości. Kocankę używano na mocz, krwotoki i rozwolnienie. Gęsie ziele, czyli siwe bazie, co się na rżyskach po żniwach pojawiały, polecano na biegunki. Kwiaty i owoce czarnego bzu skutecznie pomagały przy przeziębieniach.

 

O macierzance mówiono, że jest na podźwiganie, na płuca, serce i wszystkie choroby kobiece.

Na żołądek miętę polecano i dziurawiec. Ten ostatni działał także w przypadku chorób systemu nerwowego. Czarcie żebro pomagało na reumatyzm. Suszona czarna jagoda była stosowana na gorączkę i rozwolnienia, a skrzyp i żywokost na nerki. Podbiał służył jako lekarstwo na wrzody i kaszel, babkę także do wrzodów i ran przykładano.

 

Tatarakiem leczono gruźlicę, a jagody jarzębiny podawano krowom, żeby się po ocieleniu dobrze oczyściły.

 

W spisie praktyk leczniczych znajdują się także przykazania, by na otwarte rany u ludzi i zwierząt mocz ludzki stosować. Tabakę zalecano używać na pchły i pasożyty gnieżdżące się w wełnie owiec. Skorupki jaj zmielone na mączkę stosowano na żołądek u dzieci, a maść z wołowego łoju, żywicy i szpiku z kości na dziury w nogach.

Gdy to wszystko nie pomagało, uciekano się do pomocy osób, które posiadały umiejętność „odczyniania”, ale to już temat na kolejną opowieść.

Napar z wierzbówki

Współczesna fitoterapia oparta jest na założeniu, że wszystko, czego potrzebujemy na różne choroby, znaleźć możemy w najbliższym otoczeniu.

 

Dziewanna, fot. Marta Konek

Dziewanna, fot. Marta Konek

Ba, niektórzy twierdzą, iż jeśli dokucza nam jakieś schorzenie, to wokół naszego domu samoistnie pojawiać się zaczną zioła, dzięki którym powrócimy do zdrowia.

Po ziołowe specyfiki warto sięgać nie tylko dlatego, że są zdrowe (oczywiście w większości przypadków, bo istnieją zioła, które mogą nam poważnie zaszkodzić), ale i dlatego, że są po prostu smaczne.

A tym, którzy lubią ziołowe herbatki, polecam napar z wierzbówki kiprzycy nazywany Iwan czajem. Z kwitnących roślin obrywa się liście. Miętosi się je w dłoniach, upycha do słoika. Ten słoik najlepiej na dwa, trzy dni wstawić do samochodu, żeby liście sfermentowały. Po tym czasie liście wyciąga się ze słoika i suszy w przewiewnym, zaciemnionym miejscu.

 

Wierzbówka właśnie kwitnie, więc do dzieła! Zróbmy sobie smaczną, oczyszczającą herbatkę! Na zdrowie!

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
4
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0