fot. Dawid Stube

Listopad w konwulsjach

Jeśli ktoś bierze na warsztat opasłą powieść z drugiej połowy XVIII wieku, ostro ją preparuje i uwspółcześnia językowo, to najpierw powinien spytać sam siebie – po co? Reżyser „Listopada” na gnieźnieńskiej scenie najwyraźniej o tym zapomniał. W efekcie przez trzy godziny ani aktorzy, ani widzowie nie bardzo wiedzą, co jest grane. Rządzi histeria.

Nie jestem przeciwnikiem diagnozowania współczesnych problemów w oparciu o historyczne rozpoznania, czy wyjaśnienia. Jeśli znajdujemy tam jakiś element przystający do współczesnej rzeczywistości, jakieś ślady dróg, którymi można podążać lub ze zdziwieniem stwierdzamy, że oto historia zatoczyła koło albo zawiązała nam pętlę na szyi – słowem – znaleźliśmy w starych księgach inspiracje dla własnych myśli, pomysłów, idei – to świetnie! Gorzej, jeśli chcemy powiedzieć rzecz banalną i oczywistą, a historyczny kontekst służy tylko do dorobienia ideologii dla powierzchownych w gruncie rzeczy konstatacji (lub ich braku).



„Listopad” Henryka Rzewuskiego opowiada dzieje dwóch braci, Ludwika i Michała Strawińskich, którzy zostają rozdzieleni po rozwodzie rodziców. „Michał wychowywany jest w tradycyjny sposób przez ojca Wojciecha, stronnika Radziwiłła. Edukacja oddanego matce Ludwika pozostaje natomiast na wskroś nowoczesna.

Te dwa różne sposoby kształcenia mają na braci przemożny wpływ — wychowanie polskie i francuskie (odpowiednik opozycji tradycyjny — nowoczesny) sprawia, że Michał i Ludwik inaczej postrzegają świat, inaczej rozumieją swoje powinności, kierują się innymi sentymentami, wyznają odmienne ideały. To, że są rodzonymi braćmi, jest dla autora ważne, nie tylko dlatego, że pragnie w ten sposób zwrócić uwagę czytelników na plastyczność ludzkiej natury, którą można niemal dowolnie kształtować w procesie wychowawczym.

Idzie także o coś innego — o, jak można by powiedzieć, domniemanie dobrych intencji obu głównych postaci. Ich rodowód jest taki sam, obaj mają wrodzone szlachetne odruchy, zatem śledząc ich losy, możemy być pewni, że różnica postaw nie wynika z ułomności charakteru czy natury bohatera, ale stanowi efekt oddziaływania dwóch odmiennych doktryn, dwóch zwalczających się idei” – tak o „Listopadzie” Rzewuskiego pisze Tomasz Merta w książce „Konfederacja Barska. Jej konteksty i tradycje”.



To, że różnice światopoglądowe przebiegają niekiedy wewnątrz rodziny, że nasz sposób widzenia świata ukształtowany zostaje w decydującej mierze w procesie wychowawczym, a więzy krwi nie są żadną gwarancją jednomyślności w postrzeganiu rzeczywistości – nie jest już dziś odkrywcze, choć może za czasów Rzewuskiego było. Wtedy częściej wiązało się szlacheckie urodzenie z wyznawaniem określonych ideałów. Powiedzieć dziś, że to doktryny kształtują nasze poglądy, a nie geny, dziedziczone po rodzicach, dziadach i pradziadach, to tak, jakby nie powiedzieć nic. Choć wiadomo, że nawet z takiego „nic” można w teatrze zrobić wartość, trzeba tylko wiedzieć – jak.

I tu dotykamy jednej z najistotniejszych kwestii w wykorzystywaniu przez współczesny teatr dzieł historycznych. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, jaki jest sens sięgania po takie tytuły, jeśli nie potrafimy zrewidować ich przesłania? Albo twórczo się z nim zgodzić, korzystając z całej masy środków i form, którymi dysponuje współczesny teatr? Zabawa w „językowe” wykraczanie poza wiek XVIII, podparta mniej lub bardziej ciekawym kostiumem, który może budzić uzasadnione skojarzenia ze współczesną postacią, szybko się nudzi.

 

Nie wiem, czy Tomasz Węgorzewski, reżyser „Listopada” na gnieźnieńskiej scenie, zanadto zaufał Magdzie Kupryjanowicz (scenariusz i dramaturgia), czy też stracił reżyserski instynkt.

Dość powiedzieć, że jeśli w spektaklu jest gdzieś dramaturgia, to chyba tylko w muzyce i światłach. Jeśli jakaś historia, to w wyśpiewywanych opowiastkach (fajnie śpiewająca Maria Magdalena Kozłowska robi za kuratorkę całego teatralnego projektu).



Patchworkowo pozszywane przez reżysera zdarzenia, raz bardziej się kleją ze sobą, raz mniej. Aktorzy miotają się w histerycznych konwulsjach, bez szczególnego uzasadnienia (biedna Michalina Rodak jako Zosia histeryczna i Karol Kubasiewicz jako patologicznie rozedrgany Ludwik) lub wyraźnie dystansują się wobec zadanej im postaci (Wojciech Kalinowski jako Ojciec, czy Roland Nowak jako Radziwiłł). Na scenie brakuje jakiegoś napięcia i dialogów między bohaterami. W większości kwestie wypowiadane są w kosmos, choć mają wyraźną intencję trafienia do konkretnego adresata.

Konia z rzędem temu, kto nie podpierając się ładną notką w programie powie, o czym jest gnieźnieński „Listopad”. Czytamy: „Opowieść o dwóch braciach stojących po dwóch stronach politycznej barykady, których dodatkowo dzieli miłość do tej samej kobiety, w spektaklu staje się metaforą zderzenia dwóch sprzecznych światopoglądów i dwóch różnych stosunków do sfery duchowej człowieka”. Naprawdę? Takie powierzchowne skubanie poglądów może stać się metaforą jakiegokolwiek zderzenia? Chyba tylko rosnącego zniecierpliwienia widza ze słabnącym z minuty na minutę tempem spektaklu. Zastanawiam się, jak aktorzy dali się przekonać do tego, że histeryczne rozedrganie bohaterów spektaklu „jest jedyną odpowiedzią, jaką są w stanie udzielić nawiedzającym ich widmom Tradycji i Historii”? Mam wrażenie, że bohaterowie stali się raczej alter ego histerycznego rozedrgania reżysera, którego powodem nie były zapewne widma przeszłości.


Jedno trzeba oddać realizatorom: choć nie za bardzo wiadomo, o co chodzi – na scenie rozgrywa się coś na kształt zbiorowej histerii, trafnie więc dali spektaklowi podtytuł – „Romans histeryczny z drugiej połowy XVIII wieku”.

Żeby oddać sprawiedliwość, znalazło się w tym widowisku kilka obrazów, bądź etiud, które urzekają urodą czy sceniczną prawdą – jak ogromne, wschodzące słońce na początku, czy scena miłosna Zosi i Ludwika, zanurzonego w wannie z wodą. To rzecz jasna za mało, żeby mogło przekonać do całego przedstawienia. Dlatego z ulgą przyjęłam wyśpiewaną przez Marię Magdalenę Kozłowską konkluzję całej opowieści: „Taki był koniec braci Strawińskich”. Jak dobrze, że wszystko ma swój kres.

 

CZYTAJ TAKŻE: Wielkopolska brzmi dumnie! „Muzyka bezcenna” w naszym regionie

CZYTAJ TAKŻE: Ale jazz! Poznańska Piętnastka

CZYTAJ TAKŻE: Z poznańskiej płytoteki: Maksymilian Święch