fot. Mariusz Forecki

Literatura to nie żarty

„Lektury, z którymi spotykamy się w dzieciństwie, wytyczają ścieżki na przyszłość. Literatura to nie żarty” – o wadze dobrej literatury dla dzieci i własnym doświadczeniu pisarskim opowiada Magdalena Kiełbowicz, autorka książki „Huczy jak w ulu”.

URSZULA PUTYŃSKA: Codzienność Uli, 8-letniej bohaterki twojej książki, wpleciona jest w rozgałęzioną sieć rodzinno-sąsiedzkich relacji. W kilkupiętrowej kamienicy przy Makowej toczy się życie wielopokoleniowej rodziny Herników i ich sąsiadów. Ula przyjaźni się nie tylko ze swoimi rówieśnikami – chętnie rozmawia z panem Antonim w jego zakładzie szewskim, z pradziadkiem Frankiem lubi oglądać stare fotografie. To wyraz tęsknoty za światem, który dziś już coraz trudniej spotkać?

MAGDALENA KIEŁBOWICZ: Trudno mi powiedzieć, czy wynikało to z tęsknoty. Na pewno było mi bardzo łatwo ten świat odtworzyć – akcję „Huczy jak w ulu” umiejscowiłam w domu, w którym mieszkałam w dzieciństwie. Choć jego dzisiejsze życie ma niewiele wspólnego z moimi wspomnieniami, to kiedyś tak to właśnie wyglądało: w kamienicy wybudowanej przez mojego pradziadka mieszkałam ja z braćmi i rodzicami, dziadkowie, prababcia, brat dziadka, brat mamy i kilka niezwiązanych z nami rodzinnie osób. Wielopiętrowy świat z podwórkiem. Ciągle coś się działo.

Dzięki temu, że akcja książki rozgrywa się w jednym miejscu, a bohaterowie kilku pokoleń spotykają się na co dzień, mogłam rozwinąć wiele wątków. A na tym mi zależało. Chciałam też, by moja bohaterka nie była dzieckiem skupionym tylko na sobie. Naturalną cechą kilkuletniej osoby jest ciekawość świata, także ciekawość innych ludzi. Ula dobrze się orientuje w tej przestrzeni, również wśród zawiłych ścieżek relacji między ludźmi.

 

Zdarza się też, że niektóre sytuacje i zachowania członków rodziny diagnozuje trafniej niż dorośli.

Tak. Wydaje nam się czasem, że dziecko ma za mało wiedzy, doświadczenia, żeby pewne rzeczy wychwycić, zauważyć. A tak nie jest. Sama przypominam sobie sytuacje, gdy było dla mniej jasne, że dorośli chcą coś przede mną ukryć. Nawet jeśli nie rozumiałam, co się dzieje, wiedziałam, że to właśnie ta chwila, kiedy trzeba nadstawić uszu.

 

Twoja bohaterka ma w sobie niezwykłą uważność na drugiego człowieka, co chyba można wiązać z charakterem jej codzienności – dzielonej z osobami w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami, których jednak łączy silna więź. Tak rozumiana wielopokoleniowość należy do przeszłości?

Chyba przyjęła inną formę. Nadal mamy dziadków, pradziadków, wujków i ciocie, ale rzadziej na co dzień. Nie zawsze to oznacza słabszą więź. We wczesnym dzieciństwie spędziłam sporo czasu z prababcią. Pamiętam kanapki z miodem, prababcię w zielonej albo niebieskiej sukience i jej siwe włosy upięte w kok. Obie miałyśmy dużo wolnego czasu [śmiech] – i żeby jakoś minął, opowiadała mi niezliczone historie o swoim rodzeństwie, rodzinnym domu, o rodzicach, czyli moich prapradziadkach. To były różne opowieści: smutne, śmieszne, romantyczne, tragiczne. W każdym razie wszystkie bardzo żywe, trochę jak film, który ogląda się fragmentami…

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019. Fot. Mariusz Forecki

Jako mała dziewczynka nie zdawałam sobie sprawy, że większości tych ludzi już nie ma. Dla mnie byli. Dopiero kiedy dorosłam, policzyłam, że nigdy nie mogłam spotkać prapradziadków, oboje zmarli na długo przed moim urodzeniem. Do dzisiaj wydaje mi się to dziwne, bo naprawdę znam ich bardzo dobrze. Prababcia zmarła, kiedy miałam siedem lat. Odziedziczyłam po niej zamiłowanie do opowieści, orientację w rodzinnych powiązaniach i porcelanową pastereczkę. Wielopokoleniowość to nie tylko wspólne dla kilku pokoleń „tu i teraz”. To chyba też po prostu świadomość, że ktoś przed nami istniał, i ona daje siłę, prościej nie umiem tego wyjaśnić.

 

A co z przygodami Uli? W tym przypadku również czerpałaś z własnych wspomnień, zapamiętanych zdarzeń i odczuć?

Znalazły się tu historie, które sama przeżyłam jako dziecko lub w których uczestniczyłam już jako dorosła osoba. Są też sytuacje zupełnie wymyślone. Ula jest postacią fikcyjną, ale starałam się, żeby spotykały ją rzeczy, które mogły wydarzyć się dzisiaj w życiu 8-letniej dziewczynki.

Nie chciałam „wysyłać” jej zbyt daleko, tylko w kilku miejscach akcja przenosi się z przestrzeni domowej do szkoły i biblioteki. Zależało mi na tym, żeby z perspektywy dziecka pokazać ten najbliższy, rodzinny i sąsiedzki mikroświat. Przedstawić bohaterkę, która styka się ze wszystkim, z czym na co dzień spotyka się dziecko.

 

Niektórzy bohaterowie mierzą się jednak z trudnościami, które czasem ich przerastają: przyrodnia siostra Eliza wciąż przeżywa rozwód rodziców, sąsiadka Agata nie może poradzić sobie ze śmiercią taty, Ksawery, 9-latek z naprzeciwka, w zasadzie wychowuje się sam, bo „jego mama ciągle jest w pracy, a tata ciągle nie wiadomo gdzie”. Książka może być wsparciem dla czytelników, którzy rozpoznają w losach bohaterów własne doświadczenia?

Myślę, że jest to jedna z ważnych, jeśli nie najważniejszych funkcji literatury. To, że stanowi ona zbiór doświadczeń. Dobrze jest przeczytać, że ktoś albo przeżył coś takiego jak my, albo właśnie przez to przechodzi. Sprawdzić, w jaki sposób sobie z tym radzi albo dlaczego sobie nie radzi. A jeszcze lepiej, gdy można spotkać kogoś, kto jest już o krok dalej, i pomyśleć, że w takim razie można przez to przejść.

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019. Fot. Mariusz Forecki

Nawet jeśli sytuacje przedstawione w książce nie dotyczą nas osobiście, to w szkole, w sąsiedztwie czy w rodzinie jest ktoś, kogo wychowuje jeden rodzic, albo ktoś, kto doświadczył rozwodu rodziców. Myślę tu o Elizie, bo w tym rozdziale ważniejsza od perspektywy Ulki jest właśnie postać samej Elizy. Ula nie zdaje sobie sprawy, jak ważny dla starszej siostry jest ślad dawnego uczucia rodziców. Ale intuicja jej mówi, że warto go pokazać Elizie. Tymczasem dla Elizy to sprawa wielkiej wagi. Fotografuje się z wyciętym w korze sercem z inicjałami mamy i taty i jest to jej jedyne wspólne zdjęcie z obojgiem rodziców. Nawet jeśli były jakieś inne, to nie przetrwały rozstania.

Podobnie jest z Agatą, której tata nie żyje. Ula rozpoznaje smutek koleżanki, umie zasygnalizować, że rozumie tę pustkę. Dzieci są bardzo wrażliwe – tam, gdzie my korzystamy z doświadczeń, wiedzy i wychowania, one opierają się na uczuciach.

 

Nie zacierasz granicy między perspektywą dorosłego i dziecka, ale wskazujesz, jak te dwie wrażliwości w codziennym życiu wzajemnie się inspirują, uzupełniają. Ula nie tylko ma poczucie wsparcia w rodzinie, ale też przekonanie, że z jej zdaniem domownicy się liczą.

Ula jest pełnoprawnym domownikiem, bo jest pełnoprawnym człowiekiem. Zdaje się, że to właśnie z domu wynosimy ogromną część naszej pewności lub niepewności siebie – tego, w jaki sposób o sobie myślimy, a nawet, w jaki sposób będzie myślał o nas świat: jak będą odbierać nas ludzie, z którymi wchodzimy w relacje.

Myślę, że pewność siebie, swojej tożsamości, prawa do miejsca, które zajmujemy, zaczyna się od przysłowiowej kołyski. Dlatego starałam się pokazać różnych dorosłych, bo różnych przecież spotykamy na swojej drodze.

 

Pojawia się więc ciocia Halinka, która zawsze zadaje te same pytania i nigdy nie słucha odpowiedzi.

Nie dla wszystkich dorosłych dziecko jest partnerem do rozmowy, zarówno własne (co szczególnie przykre), jak i spotkane przypadkiem. Co ciekawe, właśnie ciocia Halinka jest ulubioną bohaterką dorosłych czytelników „Huczy jak w ulu” [śmiech].

 

Już w pierwszym zamyśle główną postacią książki miała być dziewczynka o silnym charakterze?

Tak, chciałam stworzyć jak najbardziej wiarygodną postać dziewczęcą, bez popadania w skrajności. Nie miała być ani bardzo cicha i nieśmiała, ani zbyt różowa – zainteresowana stereotypowo przypisanymi dziewczynkom kolorami, zajęciami. Nie chciałam też, żeby była walczącą superbohaterką.

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019. Fot. Mariusz Forecki

 

Ula jest gdzieś po środku: jest pewna siebie, ale wie, że nie ze wszystkim jest w stanie mierzyć się sama. Z natury jest wszędobylska, wszystkiego ciekawa i dużo mówi.

Jest też radosna, ale nie beztroska. Wrażenie silnego charakteru wynika dodatkowo z ważnego miejsca, jakie przyznaje jej najbliższe otoczenie.

To był dla mnie punkt wyjścia – pokazać, że wzmacnianie dziewczynek w rozwoju, w tym, kim mogą być, jakie mogą się stać, zaczyna się od nas. Chciałam podkreślić, że zależy to w dużej mierze od naszej – rodziców, opiekunów, sąsiadów, nauczycieli – perspektywy, od naszego oglądu świata, od tego, co narzucamy albo właśnie, czego nie narzucamy. Co ważne, dotyczy to również chłopców. Wobec nich kultura też ma konkretne oczekiwania, ale tutaj bohaterką jest dziewczynka.

 

 „Huczy jak w ulu” to wprost wyrażona pochwała wyobraźni i wskazanie na literaturę jako medium otwierające drogę do zapoznania nowych światów, możliwości realnego przeżycia różnorodnych emocji. Czym jest dobra literatura dla dzieci?

Myślę, że ilu byłoby „respondentów”, tyle byłoby odpowiedzi. A chyba najlepiej, gdyby na to pytanie odpowiedziały dzieci… Dobrą literaturą dziecięcą – mówię to już jako mama – będzie dla mnie książka, której w czasie wspólnej lektury wieczorem nie chcemy skończyć na umówionych wcześniej trzech rozdziałach. Czytamy więc czwarty, a po czwartym znowu jest nam żal, że musimy ją odłożyć… Dobrze się bawimy, aż w końcu idziemy spać, ale wyłącznie ze zdrowego rozsądku, bo jutro trzeba wcześnie wstać do szkoły [śmiech].

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019. Fot. Mariusz Forecki

 

Lektury, z którymi spotykamy się w dzieciństwie, wytyczają ścieżki na przyszłość. Literatura to nie żarty. Niezwykle istotne jest, w jaki sposób historie kierowane do dzieci są opowiedziane, jakim językiem są napisane, jak są wydane.

Květa Pacovská, czeska ilustratorka, twierdzi, że książka to pierwsza galeria sztuki, z jaką ma do czynienia dziecko. To ciekawe zdanie, bo pokazuje powagę sytuacji. Myślę, że na równi z ilustracją znajduje się sztuka słowa. Chodziłoby więc przede wszystkim o jakość słowa i obrazu. Ale to wciąż kwestia indywidualna, odpowiedź pozostaje po stronie czytelnika. W różnych okresach życia szukamy w książkach odmiennych rzeczy.

 

Od kilku lat publikujesz krótkie opowiadania dla dzieci w „Świerszczyku”. Decyzja o książce wynikała z potrzeby sprawdzenia się w dłuższej formie?

Pisząc dla „Świerszczyka”, musiałam trzymać się zasady „dwa i pół tysiąca znaków”, czyli mniej więcej 1,5 strony tekstu. W obrębie tych dwóch i pół tysiąca znaków trzeba zawrzeć wstęp, rozwinięcie i zakończenie historii osadzonej w głównym temacie numeru. Jeśli pojawiają się dialogi, zostaje już niewiele miejsca i trzeba naprawdę się postarać, żeby napisać tylko to, co dla historii najważniejsze.

Na początku moje opowiadania wracały z redakcji ze skrótami. Potem nauczyłam się pracować w dyscyplinie krótkiej formy, ale cały czas widziałam w tekście fragmenty, które nadawały się do rozwinięcia. Decyzja o książce zapadła pod wpływem któregoś z kolejnych opowiadań. Chciałam w końcu móc napisać więcej.

 

Twoje teksty przeczytać też można w „Przekroju” – tym razem kierowane do dorosłego czytelnika. Myśl o docelowym odbiorcy zmienia perspektywę pisania?

Chyba trochę tak. Dzieci szybciej się nudzą i mają mniejszy margines tolerancji – jeśli historia ich nie zainteresuje, przejdą obok niej obojętnie. Oczywiście inny też jest poziom odpowiedzialności. Dorosły ma dużo większą kontrolę nad tym, w co uwierzy, a co odrzuci. Dla dorosłych piszę z mniejszą obawą o ewentualne konsekwencje.

 

Wracasz do lektur z dzieciństwa?

Oczywiście! Gdy byłam dzieckiem, czekałam na powrót taty z pracy, który w drodze do domu wstępował czasami do antykwariatu. Zaglądałam do jego teczki, mając nadzieję, że i tym razem udało mu się znaleźć coś dla mnie. W ten sposób skompletowałam niemal wszystkie książki Jerzego Broszkiewicza, z moją ulubioną – „Kluska, Kefir i Tutejszy”. Kilka z nich zachowałam i gdy dziś po nie sięgam, wraca to uczucie oczekiwania, dziecięca ekscytacja.

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019. Fot. Mariusz Forecki

Podobnymi tunelami do dzieciństwa są utwory Jana Brzechwy. Pierwszy wiersz, który pamiętam zaczyna się od słów: „Król Borowik Prawdziwy szedł lasem, postukując swym jedynym obcasem…”. Miałam takie wydanie z ilustracjami Szancera. Oczywiście ważne też były dla mnie powieści Astrid Lindgren, a ulubionymi bohaterkami Ronja i Madika. Na pierwszy rzut oka postaci całkiem odmienne, ale gdy dorosłam, zrozumiałam, że wiele je łączy. Już jako starsza dziewczynka lubiłam książki Lucy Maud Montgomery. Dziś bliższą mi bohaterką jest Ania, ale będąc dzieckiem, chętniej czytałam powieści o Emilce.

Bardzo ważnym wspomnieniem literackim z dzieciństwa są też czytane przez rodziców książki podróżnicze. Wtedy byli to głównie Ossendowski i Fiedler, ale wspominam też „Wyprawę Kon-Tiki” i kilka innych reportaży. Choć to książki kierowane do dorosłych, dzięki temu, że rodzice często czytali je sobie na głos, byłam słuchaczką tych opowieści. Sama jestem raczej stacjonarnym człowiekiem, ale zapamiętałam tę fascynację podróżą – związaną właśnie z książkami. Tu wraca wątek Urszuli…

 

I jej pewność, że w podróż wyruszyć można z kilku miejsc w mieście: z dworca, lotniska i osiedlowej biblioteki.

Znajoma księgarka zapytała, dlaczego nie wspomniałam o księgarniach. Mam dobrą okazję, żeby to naprawić [śmiech]. Z księgarń, zwłaszcza tych kameralnych, z pomocą kompetentnych księgarek i księgarzy, również można wyruszyć w odległe zakątki świata!

 

MAGDALENA KIEŁBOWICZ – autorka książki dla dzieci „Huczy jak w ulu”, publikuje w magazynie dla dzieci „Świerszczyk” oraz w „Przekroju”. Ukończyła filologię romańską, jest doktorantką w Zakładzie Psycholingwistyki Wydziału Neofilologii UAM. W pracy badawczej zajmuje się językiem dziecięcych postaci literackich. Mieszka w Poznaniu.

Magdalena Kiełbowicz, „Huczy jak w ulu”, projekt okładki i ilustracje: Małgorzata Detner, Znak Emotikon, Kraków 2019.

 

CZYTAJ TAKŻE: Barwny człowiek z szarych czasów – Janusz Grabiański

CZYTAJ TAKŻE: O wadze roztropnych słoni (Elmer i Pomelo)

CZYTAJ TAKŻE: Młodym i młodszym – bez lukru i uproszczeń. Recenzja „Wilczków” i „O tym można rozmawiać tylko z królikami”