fot. Marta Baszewska (fotoedycja)

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #15

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Blast Rites, Jacek Wanat i Niedodźwięki.

BLAST RITES
„Suicide Solution”, 2012, wydanie własne

„Trzask-prask! I po krzyku. Świnia zabita, krew w miednicy, mięso na haku, skóra wyparzona...” – kwestia z kultowego, peerelowskiego serialu „Alternatywy 4” Stanisława Barei pasuje do tej płyty jak ulał. Poznańscy krzykacze z Blast Rites (swoją drogą, czy oni w ogóle jeszcze żyją?!) nagrali obskurny, typowo lokalny krążek, który w przeciwieństwie do wyrobów większości podobnych im szarpidrutów uderzających w grindcore przetrwał siedmioletnią próbę czasu. A nie powinno tak być, bo przecież generalnie „Suicide Solution” to zwykła sztampa, którą docenić powinni jedynie najbardziej oddani ortodoksi, trzymający w gablotkach już zmurszałe ziny „Infernal Death”, „Antichrist” czy niemniej uroczego „Pierogi Z Krwią”.

Wzorem mistrzów gatunku, takich jak Rotten Sound, Pig Destroyer czy Anaal Nathrakh, chłopaki odpowiadający za Blast Rites roznoszą ten sam, dobrze znany fetor, przy którym mdleją nie tylko katechetki w niedzielnych szkółkach. Trudno powiedzieć, co takiego ponadczasowego tkwi w tym dwudziestominutowym, sześcioczęściowym nielegalu, ale trzeba przyznać, że po otwierającym unicestwieniu w postaci „The Descendants Of The Morning Star” wkręcamy się tylko bardziej i bardziej.

„Suicie Solution” to zmasowany atak na bębenki, ale to przecież jeszcze żadna sztuka. Pies pogrzebany jest w czymś zupełnie innym. Sztuką jest siać pożogę, jednocześnie pamiętając o: dobrych gitarowych riffach, które zamiast rzęzić gdzieś w tle, wyrywają się do przodu jak perły przed wieprze, o bulgoczącym, a jednak transparentnym basie i wreszcie o adekwatnej, w tym przypadku czysto thrashmetalowej rytmice, w której jest jeszcze coś innego niż blast. O tekstach nie ma co mówić, bo przecież nasz portal nie zajmuje się tematyką gore, jednak warty odnotowania jest wokal gardłowego kapeli, w którym niejeden siedzi demon… Pycha!

JACEK WANAT
„Hero In,” 2019, wydanie własne

„Czasami mam wrażenie, że od kilkunastu lat gram jeden utwór. Album „Hero In” to tylko mgliste fragmenty tego utworu, który ciągle się gra i chyba nie będzie miał końca. To bardzo osobista muzyka” – przyznaje Jacek Wanat, jak sam o sobie mówi, „basista śpiewający piosenki bez słów”.

Jego kolejny (bodaj dziewiąty na przestrzeni dwóch ostatnich lat), wydany własnym sumptem krążek zapewne sprawi wiele przyjemności fanom quasi-instrumentalnego, wyraźnie awangardowego postrocka. Rozumiem, że to nurt, w którym często króluje egzaltacja i rozbuchane ego (dokładnie jak w progresywnym rocku), a słowa jego reprezentantów o rzekomym wizjonerstwie i niepowtarzalności ich muzyki zwykle są wyssane ze zmęczonego wydumanymi solówkami palca. Tymczasem Jacek Wanat to sama pokora.

Granie z trzewi, oszczędne, a przy tym szalenie żywe, uderza bezpretensjonalnością i podskórnym niepokojem, dzięki któremu wręcz fizycznie czujemy, że ta muzyka płynie gdzieś z wewnątrz – w sposób swobodny, jakby zupełnie niekontrolowany. Wanat, co ważne, to artysta świadomy. W zapowiedzi wystawy „Historia konińskiego undergroundu” w pałacu Reymonda, nad którą pochylaliśmy się kilka miesięcy temu, pisał:

„Nie próbuj wymyślać czegoś niegrzecznego i niegrzesznego zarazem, bo i tak «podziemia» nie wymyślisz. Zanim tu przybyłeś, underground już tu był. Był też w tobie. Przecież ludzie i ziarna tutaj posiane nie rodzą kwiatów, cukierków i limuzyn, tylko rodzą prąd; potem idziesz z tym prądem albo idziesz pod prąd (…) ”.

Samoświadomość i emocjonalność tego muzyka to zabójcze połączenie, dzięki któremu słuchając jego kawałków, czasem przechodzi nas ten sam dreszcz, który towarzyszy „lekturze” tytułowego utworu z płyty „The Downward Spiral”, nieśmiertelnego Nine Inch Nails. Trent Reznor cedził w nim wersy gdzieś daleko zza hałasu i gitarowych mantr. W utworze „Mgła (Ptak)”, „Mgła (Bez przekonania)”, a przede wszystkim „Rainbow (Green)”, to wszystko powraca…

NIEDODŹWIĘKI
„Discovery Kaszebe”, 2012, wydanie własne

Nie ma wątpliwości, że na początku tej dekady Mateusz Boruszczak był jedną z ciekawszych postaci na scenie alternatywnego hip-hopu w Wielkopolsce. Przede wszystkim dlatego, że wiele rzeczy robił zupełnie inaczej, nawet jak na standardy obowiązujące w efemerycznej sferze „lokalnej i niezależnej” muzyki. W opozycji stał na kilku poziomach, a mogąc pochwalić się kompozytorskim i tekstowym „ogarem”, nie popełniał błędów, przez które moglibyśmy uznać go za nieudolnego amatora.

W ramach swojego jednoosobowego projektu Niedodźwięki, po wydaniu „Koalicji w krainie czarów” oraz „Szybkiego strumienia widoków zza szybki” w 2011 roku, już kilka miesięcy później zaprosił na płytę załogę muzyków z regionu, nagrywając z nią właśnie rekomendowane „Discovery Kaszebe”.

Polecać je warto, bo album nęci uszy na każdym kroku – czarem organicznego nu-jazzu, melancholijną, niedzisiejszą aurą wyrażoną w „ogólnym” brzmieniu, gustowną, skrojoną na miarę chilloutową elektroniką, wreszcie hip-hopem tak alternatywnym, że niekiedy wręcz ocierającym się o… poezję śpiewaną. W warstwie lirycznej Boruszczak znów stawiał na intymność, jednak w tej muzycznej bazował głównie na kolektywności.

„Discovery Kaszebe” to amalgamat wielu muzycznych wrażliwości, w którym melodeklamacja lidera (niestety, okazjonalnie nieco irytująca przesadną chłopięcością) jest tak samo istotna jak dźwięk trąbki, klarnetu, saksofonu i kilku innych instrumentów, które słyszymy na tej płycie. Zatwardziali fani ulicznego rapu wysiądą po kilku minutach, jednak ci, którzy jeszcze pamiętają najlepsze czasy Fisza, Smolika, Praktika czy Noviki, zostaną i będą czuć się jak w niebie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Sam dla siebie jestem zespołem. Rozmowa z Bartoszem Zboralskim

CZYTAJ TAKŻE: Najważniejsze to nie stać w miejscu! Rozmowa z twórcami poznańskiego klubu Schron

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #14