fot. materiały prasowe

Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #11

„Muzyka bezcenna w Wielkopolsce” to rekomendacje albumów z naszego regionu, których autorzy umożliwiają ich bezpłatne pobranie. W tym odcinku Jerzy Fryderyk Wojciechowski, Siła i W_iro.

JERZY FRYDERYK WOJCIECHOWSKI
„Momos I”, wydanie własne, 2019

O ile dobrze pamiętam, to chyba najkrótszy materiał, jaki do tej pory ukazał się w ramach „Muzyki bezcennej”. Ani to EP-ka, ani maxi-singiel, ani nawet klasyczny singiel. Ot, co najwyżej miniaturka singla. Zaintrygować odbiorcę trzema minutami muzyki to nie taka wielka sztuka, jednak warto podkreślić, że w przypadku najnowszego dziełka Jerzego Fryderyka Wojciechowskiego nie mamy do czynienia z popowymi brzmieniami skrojonymi pod radio, lecz z rasową klasyką, na dodatek w dość „nieoczywistych” stylach chamber i contemporary.

 

32-letni kompozytor z Poznania (działający również jako muzykolog, aranżer, skrzypek, pianista, pedagog, animator…) zaprosił do współpracy pianistkę Agnieszkę Skorupę oraz sopranistkę Martę Kruszonę, w wyniku czego powstały dwa cudeńka na dwa głosy.

Miejmy jednak na uwadze, że to muzyka, która nie zaleca się do naszych uszu i musimy zdzierżyć jej maniery kapryśnej diwy. Drażniąca wydaje się zwłaszcza na początku, jednak finalnie potrafi uderzyć w czułą strunę spragnionego nowości melomana. Choć Wojciechowski pochodzi z bardzo muzykalnej rodziny, to żaden jej członek – w przeciwieństwie do bohatera tekstu – nie kończył szkół muzycznych, co może tłumaczyć, dlaczego jego twórczość brzmi niespecjalnie akademicko. Trzeba dodać, że artysta, będący absolwentem m.in. poznańskiej Akademii Muzycznej, może pochwalić się wieloma sukcesami, jakie osiągnął choćby za sprawą opery kameralnej „Ofelia”, kompozycji „Romek” czy utworu „Erynie” – polecam zapoznać się z nimi zaraz po oswojeniu się z „Momos I”. Jego nowe wydawnictwo najlepiej potraktować jako aperitif pobudzający apetyt na kolejne kompozycje Wojciechowskiego, który kolejne części cyklu przedstawi nam już niebawem. Przynajmniej mam taką nadzieję…

SIŁA
„Siła”, Green Lungs Records oraz Husaria Records, 2015

Pierwotną siłę „Siły” czuć już w pierwszym uderzeniu basowego klangu. Co więcej, album mocarzy z Gorzowa Wielkopolskiego, wydany wiosną 2015 roku, wydaje się zyskiwać na znaczeniu z każdym kolejnym rokiem. Prorokuję, że będzie starzeć się jak wino. Dlaczego? Ponieważ wzorem kultowego, ponadczasowego zespołu Kobong (kto nie zna, niech posłucha i poczyta!), którego twórczość właśnie przeżywa renesans, Witold Wawrzon, Jacek Wrzask, Arkadiusz Piesiewicz oraz Łukasz Machała grają awangardowego i ekstremalnego alt-rocka, który po prostu musi przegryźć się w uszach i poczekać na swoje czasy, które powoli nadchodzą. To pewne, że „przypadek Kobonga” powtórzy się, pewnie znów za dwadzieścia lat, choć zasłuchać się w tej płycie na pewno warto już teraz! OK, chłopaki czerpią z dorobku załogi Kondrackiego aż nadto, ale trudno powiedzieć, by ich muzyka była pozbawiona pierwiastka autorskiego.

 

W kłębach kurzu i dymu, po kolana w śmierdzącym bagnie, kotłuje się hardcore, grindcore, punk oraz wszelkie gitarowe ekstrawagancje (również spod znaku djentu), w których Siła w końcu dociera do ściany, przebija ją i dalej podąża w tylko sobie znaną stronę.

I jeśli się potyka, to w pełni świadomie, o własną rytmikę. Wystarczy posłuchać takich numerów jak „Metoda” czy „Nie utonie”, by wiedzieć, że to kapela, z którą trzeba się liczyć. Wzorem gęstych pnączy z okładki, to muzyka brudnych, ścierających się ze sobą dźwięków, której autorzy ani stronią od kompromisów, ani nie czynią z zespołu kółka wzajemnej adoracji. „Tworząc muzykę,  przebywamy tylko ze sobą, obserwujemy się, sprawdzamy nasze reakcje. Ścieramy się” – przyznał wymownie Wawrzon w jednym z wywiadów. A przecież, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą…

W_IRO
Density, wydanie własne, 2019

Z lakonicznych informacji dostępnych w sieci można wywnioskować, że pseudonimem „W_iro” podpisuje się dopiero debiutujący Marcin Wiraszka, 27-letni student z Poznania. Wieść gminna niesie, że otrzymał on wyróżnienie w konkursie Schron meets Elektrotribe, zagrał udany set w ramach Schron meets Luzztro, i to by było na tyle. Niech więc przemówi jego muzyka, będąca wprost idealną propozycją dla klubowych włóczykijów, amatorów dźwiękowych pejzaży oraz wszystkich oczarowanych dubem, dronem, techno, a zwłaszcza ich wypadkową, z którą obcowanie – jak pokazuje zawartość „Density” – może być naprawdę urzekającym doświadczeniem.

 

W_iro tworzy techno lekkie jak piórko, jednak nie z uwagi na deficyt treści, lecz przestrzeń.

Podobnie jak czołowi przedstawiciele wciąż niewychodzącej z mody sceny dub techno, tacy jak Basic Channel, Deepchord czy Quantec, Wiraszka miarowe uderzenia obudowuje jesienno-zimowymi, atmosferycznymi tłami, wzbogacając poszczególne struktury utworów o efekty dźwiękowe, z obowiązkowym pogłosem i echem na czele, a także fazowaniem i modulacją. Kompozycje poznaniaka emanują dokładnie tą samą energią, jaką mają produkcje choćby szwedzkiego producenta Andersa Ilara, nieco zapomnianego już wirtuoza „techno lasów i jezior”. Otwierający „Constant”, a także późniejsze, wyraźnie korespondujące z nim „Dither” i „Visco”, sprawiają, że mimowolnie popadamy w harmoniczne zamyślenie, które gwarantuje słuchaczowi  płynny i mocno transowy charakter tego materiału. Warto odtworzyć go sobie na zamkniętych słuchawkach, choćby i dla ukojenia zmęczonych synaps.

CZYTAJ TAKŻE: Muzyka bezcenna w Wielkopolsce #10

CZYTAJ TAKŻE: Ambient dla otwartych umysłów. Rozmowa z Przemysławem Rychlikiem

CZYTAJ TAKŻE: Paluch: Czerwień i platyna