fot. Mariusz Forecki

Na początku był zachwyt

Inauguracyjny koncert orkiestry Amadeus, prowadzonej przez Agnieszkę Duczmal, był nadzwyczajnym popisem talentu i kunsztu muzycznego poznańskich kameralistów oraz solisty Pawła Wakarecego. Publiczność była zachwycona.

Październik to miesiąc inauguracji, do miasta powracają studenci, a muzycy do sal koncertowych. Miniony weekend był nader gorący muzycznie, kolejny sezon artystyczny rozpoczęły trzy najważniejsze w Poznaniu instytucje muzyczne, w piątek Filharmonia Poznańska, w sobotę Teatr Wielki, a w niedzielę Orkiestra Kameralna Polskiego Radia „Amadeus”.

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem na koncercie „Amadeusa”, który pozostawiłby we mnie przykre wspomnienia, wprost przeciwnie. Niedzielny koncert orkiestry, prowadzonej przez Agnieszkę Duczmal, był nadzwyczajnym popisem talentu i kunsztu muzycznego poznańskich kameralistów oraz solisty Pawła Wakarecego.

Koncert otworzyło wykonanie Toccaty i Fugi D-moll Jana Sebastiana Bacha, w opracowaniu Jakuba Kowalewskiego na orkiestrę smyczkową. Nigdy nie należałem do admiratorów twórczości lipskiego kantora, choć doceniam jego geniusz i niezaprzeczalne osiągnięcia dla rozwoju muzyki w XVII stuleciu. Mając w pamięci wiele wykonań organowych, przepełnionych siłą mrocznych i posępnych barw, wzmacnianych nutami pedałowymi, nagle odkryłem utwór zupełnie inny. Orkiestra smyczkowa ma tę przewagę nad organami, że trudno jej wywołać efekt dudnienia, wszelka polifonia staje się klarowna i przejrzysta. Słuchając wykonania „Amadeusa”, rozkoszowałem się śledzeniem tematów fugi, najróżniejszych figuracji i kwiecistej harmonii. Muzyki Bacha można nie lubić, ale nie sposób odmówić jej metafizycznej natury. Dzięki temu wykonaniu odkryłem Toccatę i Fugę D-moll na nowo.

Jak się okazało, znakomite wykonanie Bacha było jedynie uwerturą do jeszcze większych wrażeń i zachwytów. Pierwszą cześć koncertu zamknęła III Sinfonietta na orkiestrę smyczkową Krzysztofa Pendereckiego. Kanwą tego utworu był III Kwartet smyczkowy „Kartki z niezapisanego dziennika”, który kompozytor stworzył w 2008 roku.


Jest to swoista podróż Pendereckiego w przeszłość, kompozytor spogląda na życie, jakim było i co ze sobą niosło.

W dziele słychać więc wspomnienia dzieciństwa, ukazane poprzez nawiązanie do muzyki ludowej, a ogólny wyraz zmierza w kierunku dość pesymistycznych nastrojów, choć nie brak tu momentów bardzo lirycznych, a rozbrzmiewające w finale pizzicato wiolonczeli jest prostym przekazem – życie wciąż trwa i trzeba je przyjmować takim, jakie jest. Odnoszę nieodparte wrażenie, że głównym budulcem piękna w utworze Krzysztofa Pendereckiego nie są poszczególne myśli melodyczne i frazy, a puls i rytm, oraz artykulacja. Nie od dziś o Pendereckim mówi się, że to kompozytor niezwykle wymagający.

Orkiestra Kameralna Polskiego Radia „Amadeus”, grająca tego wieczoru pod batutą Agnieszki Duczmal, wykazała się nie lada czujnością, tworząc interpretację, o jakiej można marzyć. Ileż w grze tej orkiestry było precyzji i wdzięku, sztywne wymogi rytmu podane były w taki sposób, jak byśmy mieli do czynienia ze spontanicznym rubato, które zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. A przy tym lekkość frazy, naturalność brzmienia i umiejętność balansowania dynamiki wywołały wśród publiczności wielki entuzjazm. Warto podkreślić także wspaniałą grę altowiolisty Lecha Bałabana, który swoją solówkę wykonał z wielką maestrią. Ilekroć słyszę grę Bałabana, dochodzę do wniosku, że to jeden z tych muzyków, dzięki którym żarty o brzmieniu altówki przestają śmieszyć.

Drugą część koncertu wypełniło wykonanie Kwintetu fortepianowego A-moll Edwarda Elgara w aranżacji Agnieszki Duczmal na orkiestrę smyczkową. Utwór zupełnie zaskakujący, skupiający w sobie tak wiele nastrojów i emocji, od dramatycznych akordów fortepianu oraz długich kantylen, po niemalże wiedeńskie nastroje prezentowane głównie w orkiestrze. Nie jest jednak łatwy, wymaga przede wszystkim dobrej współpracy między partią koncertująca fortepianu a orkiestrą, której rola nie sprowadza się wyłącznie do akompaniamentu. Sporo w tej muzyce ustępów granych unisono, często w szybkich tempach, co dodatkowo podnosi poprzeczkę wykonawcom, łatwo bowiem rozminąć się w czasie. Przy tym wiele figuracji i ornamentów, wszak to koncert romantyczny!

Trudno właściwie wyrokować przed kim stoi trudniejsze zadanie: przed solistą czy orkiestrą? Moim zdaniem, najbardziej pod górkę ma dyrygent, który musi dwa organizmy połączyć w jeden. Dla recenzenta to wyzwanie (nie po raz pierwszy) – bo cóż więcej można napisać o kunszcie dyrygenckim Agnieszki Duczmal? To mniej więcej tak, jakby z naiwną wiarą ogłaszać światu, że Krystian Zimerman jest wysokiej klasy pianistą albo Ivry Gitlis jednym z najwybitniejszych interpretatorów Paganiniego. Powiem zatem tak: było jak zwykle, znakomicie!

Solista Paweł Wakarecy jest pianistą wielkiego talentu, znany mi dotąd głównie z interpretacji chopinowskich, teraz zachwycił jako kameralista i kreator intymnego nastroju. Wakarecy dysponuje znakomitą techniką, ale ostatecznie najbardziej w jego grze imponuje muzykalność i wrażliwość, z którą podchodzi do dźwięku, który jest jasny i szlachetny.