fot. Mariusz Forecki

Nie jestem ortodoksyjną księgarką

„Wydaje mi się, że księgarnia w instytucji kultury to coś oczywistego. Problemem są księgarnie, a właściwie ich brak, w tkance miejskiej. Miasto nieposiadające ich na ulicach to kiepskie miasto do życia” – mówi Maria Krześlak-Kandziora, założycielka księgarni Bookowski w CK Zamek.

KUBA WOJTASZCZYK: Po co ci księgarnia?

MARIA KRZEŚLAK-KANDZIORA: Aby upchnąć te wszystkie książki, których nie mogę mieć w domu, ale w dalszym ciągu chcę je posiadać. Księgarnia jest zatem alternatywą dla prywatnej biblioteki za dużej na standardy mieszkaniowe. Staram się do Bookowskiego nie sprowadzać nieciekawych, według mnie, tytułów. Oczywiście, czasem się one pojawiają, ale to głównie przez zamówienia naszych niesfornych klientów, którzy rozmyślili się w momencie, gdy książka już do nas dotarła. Właściwie mają rację, więc w konsekwencji lepiej, że dany tytuł nie wyszedł poza mury księgarni. Ostatnio Bookowski jest też składowiskiem książek uratowanych przed utylizacją.

Mówisz o antykwariacie, czyli małej części Bookowskiego?

Tak. Księgozbiór został przejęty ze skupu makulatury. Po dokładnym przejrzeniu, książki okazały się bardzo fajne, czasem cenne; dlatego teraz oferuję je dobrym ludziom, chcącym przygarnąć te tytuły po niskich cenach. Oferta jest bardzo szeroka, na przykład kryminały które chcemy puścić w świat, za symboliczną piątkę. Niech ktoś nawet zabierze jeden do pociągu i, po przeczytaniu, tam zostawi, albo przekaże przyjaciółce. Książki żeby żyć – powinny krążyć.

Skrupulatnie wybierasz prezentowane przez siebie książki, wybierasz te nieprzeciętne, jakbyś broniła czytelników przed zalewem niskiego literackiego popu. Jesteś ortodoksyjną księgarką?

Nie wiem, czy ortodoksyjną. Czasami pojawiają się u nas powieści pop, one też są potrzebne, chociażby wtedy, gdy mamy doła. Niekiedy do Bookowskiego przychodzą czytelnicy, którzy potrzebują czegoś, co zajmie ich umysł, by chociaż na moment mogli zapomnieć o designie, projektowaniu, czy programowaniu. Wtedy u czytających pojawia się potrzeba książki odmóżdżającej. Chociaż przy polecaniu nie ukrywam, że jest wiele dobrych powieści, które do takiego odmóżdżania się nadają, a są zdecydowanie lepsze niż takie hałdy, wypuszczane przez wydawnictwa i rzucane na pożarcie w dyskontach.

Czy można powiedzieć, że oferowanie wyselekcjonowanych książek jest misją Bookowskiego?

Stwierdziłam kiedyś: dinozaury też mogły mieć jakaś misję, a już ich teraz nie ma. Misja to takie straszne słowo, misję mają misjonarze. Jako księgarka chcę, aby ludzie czytali dobre książki, i by z naszą pomocą, potrafili coś dla siebie wybrać. Księgarze powinni umiejętnie nakierowywać czytelnika, starającego się znaleźć nową pozycję dla siebie.

Kim zatem są klienci twojej księgarni?

Wydaje mi się, że to są wszyscy: od małolatów, uczestniczących w aktywnościach oferowanych przez CK Zamek, przez ich rodziców, po osoby starsze, które przychodzą po 10-tej rano na kawę do kawiarni i przy okazji zaglądają do mnie. Zresztą najczęściej, to właśnie bywalcy Zamku są naszymi klientami, wpadają też czytelnicy Biblioteki Raczyńskich, których sobie z tą instytucją „przekazujemy”. Można powiedzieć, że w Bookowskim mamy do czynienia z całym przekrojem osobowościowym, co jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Dlatego też dosyć trudno jest dopasować ofertę, która dogodzi wszystkim. Często na ratunek przychodzą książki ze wspomnianego antykwariatu.

Wynika z tego, że ratunkiem dla małych księgarń jest ulokowanie przy dużej, państwowej instytucji kultury…

Taka lokalizacja pomaga i przeszkadza. Wedle visual merchandisingu jesteśmy na straconej pozycji, ponieważ, aby wejść do Bookowskiego trzeba pokonać milion schodów, dwa piętra, a w ogóle to domyśleć się, że księgarnia jest w środku Zamku. Jednak ogromnym plusem egzystowania w instytucji kultury, a nie ciągu handlowym, jest chociażby wpływ na komfort pracy. Dzięki obecności w takim właśnie miejscu czujemy się obywatelami i współtwórcami kultury.

 

Nawet jeżeli nie współorganizujemy jakiegoś wydarzenia, jak np. „Made in Chicago”, to i tak jego uczestnicy wpadną do Świetlicy na kawę, a do nas po książkę, co tylko pokazuje, że razem jesteśmy fajnie egzystującym tworem, budującym w jakiejś mierze klimat Zamku.

Wydaje mi się, że – nawet w Polsce – księgarnia w instytucji kultury to coś oczywistego. Problemem są księgarnie, a właściwie ich brak, w tkance miejskiej. Miasto nie posiadające ich na ulicach to kiepskie miasto do życia. W Paryżu, Berlinie, Londynie i w Bombaju chyba też, istnieją deptaki, miejsca, które są w pewien sposób poświęcone księgarniom i antykwariatom, znajdziemy tam pełno różnych dziupelek ze starymi i nowymi książkami. W Polsce ciągle boimy się konkurencji, a przecież najfajniejsza jest współpraca! Poszczególne księgarnie mogą przecież różnić się asortymentem, odsyłać klientów jedna do drugiej, księgarze mogą się znać, lubić i konsultować się ze sobą.

Czyli nie ma spisku małych księgarń?

Myślę, że go nie ma, tzn. zdarza się, ale na bardzo niewielką skalę. Na pewno są spiski małych wydawców, np. tych, wydających książki dziecięce. Z kolei księgarze, pewnie źle to zabrzmi, są takimi ludźmi, którzy, z jakiś przyczyn, nie potrafią ze sobą współpracować.

Sama staram się wchodzić w różne kooperacje, znam też podobnie postępujących księgarzy, ale oni musieli najpierw wielokrotnie to przepracować, aby przestać się bać i stwierdzić, że tak naprawdę nie jesteśmy dla siebie zagrożeniem, a wręcz przeciwnie – szansą. Przykładowo, w Poznaniu mamy księgarnię, specjalizującą w książkach „lewackich”, zaangażowanych. Do niej odsyłam czytelników, szukających tytułów, które u mnie pojawią się w mniejszej ilości lub na specjalne zamówienie, a tam dostaną je od ręki. To działa w obie strony. Podsumowując: spisku małych księgarni nie ma, ale na pewno by się przydał [śmiech].

A czym dla ciebie jest księgarnia? Pytam, bo wychodzisz z Bookowskim do ludzi, poza zamkowe mury

Zależy mi na tym, aby księgarnia była miejscem spotkań. Dlatego też wychodzimy, by poznać nowych ludzi i zaprosić ich do Zamku. Zaznaczanie obecności Bookowskiego poza murami zaczęło się, gdy księgarnia nie była jeszcze w całości gotowa, a my chcieliśmy pokazać kim jesteśmy i jak do nas dotrzeć. Dlatego też uczestniczymy, np. w różnych kiermaszach. Co prawda kosztuje nas to dużo siły fizycznej, bo praca księgarza jest zmitologizowana, a czasami warto ją zdemitologizować i powiedzieć, że łączy się z dźwiganiem, kurzem i wiecznymi problemami z kręgosłupem, ale warto!

Wyjście jest nie tylko zmianą klimatu, ale też promocją

Pewnie, to silny jej element. Uważam, że fajniej wyjść do kogoś i powiedzieć: „Cześć! Mamy fajne książki i możemy ci o nich opowiedzieć”, niż zamieszczać reklamę w radiu.

Wróćmy do klientów, a dokładniej do dzieci. Literatura dla najmłodszych jest bardzo popularna, ale może warto pomyśleć o miejscu pozbawionym ciągłego jazgotu?

Ostatnio w Zamku odbyło się spotkanie z Adamem Wajrakiem, autorem „Wilków”. Sala była wypełniona po brzegi, wokół niego, na scenie, rozlało się morze dzieci. Wyglądał jak Jezus [śmiech]. Słuchacze nie zmieścili się w największej Sali Zamku, dlatego też pojawiła się myśl, by kolejne, podobne spotkanie podzielić: rano dzieci, po południu dorośli. Wajrak uznał ten pomysł za kompletnie bezsensowny. W jego przypadku dzieci były uczestnikami oczywistymi. Zadawały konkretne pytania, były niesamowicie przygotowane na spotkanie ze swoim idolem. Czasem nawet lepiej niż dorośli.

Jeżeli zatem wyprosimy maluchy z sali, bo hałasują, „froterują” podłogę, płaczą i zawracają gitarę akurat w tym momencie, gdy mama lub tata chce zadać autorowi pytanie, to one być może do nas już nigdy nie wrócą. A to byłaby tragedia!

Te dzieciaki będą przyszłymi dyrektorami Instytutu Książki, księgarzami, autorami, a przede wszystkim będą świadomymi czytelnikami, chcemy je akceptować, uczyć się od nich i pokazywać, o co w książkach chodzi. Oczywiście, że jeżeli usuniemy z przestrzeni księgarni tytuły dla dzieciaków, to rodzice nie będą do nas zaglądać, nie będą tutaj spędzać czasu.

Dla mnie, przy tworzeniu Bookowskiego, obszerny dział książek dziecięcych był czymś oczywistym. Zresztą, powiem ci w sekrecie, z wiekiem zatraca się umiejętność czytania pewnych książek. Prosty przykład – „Naciśnij mnie” Herve Tulleta – dzieciaki w mig zaczynają się nią bawić, nie pytają, one WIEDZĄ. Dla części dorosłych jest to książka z kropkami, bez sensu jakaś, uboga i nie wiadomo co. Wtedy trzeba uruchomić w sobie dziecko i wytłumaczyć, że pod tymi kropkami czai się ogrom wyobraźni.

Księgarnie i biblioteki to często jedyne miejsca, gdzie odbywa się edukacja literacka.

Czułabym się bardzo nie w porządku mówiąc, że w Polsce nie ma edukacji literackiej. Znam kilka nauczycielek, które wykonują kapitalną pracę z uczniami (gimnazjum, liceum) i z tych uczniów wyrastają fajni ludzie. W szkole najczęściej niszczy się miłość do książek – tak się mówi, ale myślę, że o tym warto porozmawiać z nauczycielami, bo to oni mierzą się ze szkolną codziennością. Bardzo często też w rodzinach nie kultywuje się czytania. Sama jestem z domu, co zabrzmi pewnie burżujsko, gdzie książki zawsze były obecne. Mój mąż zresztą też. Myślę, że kiedyś bardzo gruby wolumin spadł mu na głowę i od tego momentu nie potrafi żyć bez czytania [śmiech].

Przecież książki są świetne! Rozwijają wyobraźnię, w której nie chodzi tylko o to, że nieustannie myślimy o wróżkach, elfach i mamy bzdury w głowie. Jeżeli, dajmy na to, ze zrozumieniem czytamy Andersena, to czytamy też o ubóstwie, co rzutuje na nasze przyszłe funkcjonowanie w dorosłym życiu, np. spojrzymy na żebrzącą osobę nie jak na darmozjada i społeczną hienę, tylko przez pryzmat Andersenowskiej dziewczynki z zapałkami. Wtedy zrozumiemy, że może warto wyciągnąć rękę do takiego człowieka. Czytanie książek wzmaga empatię, a od empatii wychodzi się do wszystkiego innego.

Łukasz Najder na swoim profilu facebookowym jakiś czas temu opublikował fragment podsłuchanej rozmowy, która wydaje mi się symptomatyczna dla, uogólniając, polskiego społeczeństwa. Jedna osoba stwierdziła: „Gdyby tak mi ktoś kupił pod choinkę książki zamiast czegoś normalnego, przydatnego, to bym się wk*****”. Od czego musi zacząć się próba zmiany takiego myślenia?

Od najmłodszych lat. Wydawnictwo Zakamarki, zresztą z Poznania, organizuje projekt plecaczkowy, czyli nieodpłatnie dostarcza przedszkolom plecaczek książek. Dzieci w danej grupie zabierają książki do domu, czytają z rodzicami, na zajęciach o tych tytułach się rozmawia. Co więcej, pracuje się z wyczytanymi opowieściami, np. poprzez prace plastyczne. Po „skończeniu” plecaczek powraca do pani przedszkolanki, która przekazuje go dalej, do kolejnej grupy lub kolejnego przedszkola.

Nie muszę ukrywać, że jest to pomysł szwedzki. Uważam go za genialny, bo te książki poruszają wątki, zresztą sam wiesz o tym doskonale m.in. dziecięcych lęków, małych kłopotów i radości, ale też rodzin patchworkowych, pojawiają się wątki gejowskie, w pozycjach dla starszych dzieci mówi się w delikatny, a jednocześnie poważny sposób o problemach alkoholowych. Całość jest fantastycznie napisana, a cudowne przedszkolanki potrafią sobie z tymi tematami poradzić.

A skąd ta niechęć do czytania?

Trudno mi na to odpowiedzieć. Może problem nie interesowania się, nie tylko książkami, ale ogólnie kulturą, wynika z tego, że my, Polacy, nie jesteśmy jeszcze bogatym społeczeństwem, stoimy na pograniczu. Może jest to kwestia ekonomiczna? A książka powinna być jak dobry design – sprzyjać człowiekowi, być dostępna (również cenowo) i dobrze się starzeć, czyli poprzez ciągłe używanie.

Już słyszę to ciągłe jęczenie o cenach książek. Taniej można kupić w dyskontach.

Może się mylę, ale to nie promuje czytelnictwa. Książki w dyskontach kupują osoby, które i tak czytają. Smutny jest nie sam fakt, ale sposób, w jaki one się tam pojawiają. Być może, gdyby dyskontowe książki zostały wzmocnione jakąś kampanią promującą czytelnictwo, albo te wydania byłyby dofinansowywane przez Instytut Książki, czy Ministerstwo Kultury, to efekt byłby inny. Tańsze książki mogłyby pojawiać się też w małych księgarniach, np. akcja „w miesiącu tym i tym taniej kupicie powieści noblistów”.

Z drugiej strony mam wrażenie, że książka zawsze jest za droga. Gdy jesteśmy na różnego rodzaju kiermaszach i otrzymujemy stoisko obok perfum za sto pięćdziesiąt złotych, obserwujemy, że wydanie takiej kwoty na perfumy nie stanowi dla klientów problemu, ale książka nadal pozostaje produktem luksusowym.

Mam wrażenie, że takie myślenie jest w nas zakodowane, a powinniśmy stwierdzić: „Okej, dobrze jest mieć dobre perfumy, ale warto mieć też dobrą książkę”. Musimy promować tak rozumiane czytelnictwo jako coś naturalnego.

W takim razie, jaką dobrą książkę możesz polecić?

To może „Dwie poważne damy” Jane Bowles, bo dobrze się przy niej zasypia. Można o tej książce powiedzieć, że jest nudna, ale Bowles ma taki styl pisania zmuszający do powrotu. Bohaterowie o sprawach błahych mówią w wysokich tonach, nieprzystających rejestrach. Podobnie też się zachowują, np. pewna kobieta po śmierci męża staje się bardzo gospodarna i stara się zużyć wszystkie naddatki.

Dlatego też na tyłach domu zamierza piec kartofle w ognisku. Idzie tam w krynolinach i spotyka sąsiada, który jej pomaga, więc z grzeczności go zaprasza. W pewnym momencie bohaterka chce „zadzierzgnąć rozmowy”. Ona w tych krynolinach przy ognisku, za nią stara, sypiąca się kamienica, gdzieś dalej szumiący las i droga do miasteczka. Widzisz to? W końcu pyta mężczyznę: „Czy ceni pan proste przyjemności?”.

Czy to nie jest idealne określenie dla czytania?!

MARIA KRZEŚLAK-KANDZIORA – kocha książki i przyrodę. Założyła księgarnię, bo nie urodziła się Davidem Attenboroughem. Księgarnia nazywa się Bookowski, mieści się w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu i w 2016 roku skończy trzy lata. Zajmuje się zaangażowaną sprzedażą książek, które księgarze uważają za ciekawe, wartościowe, potrzebne. Bookowscy ludzie specjalizują się również w odradzaniu gniotów, ale przede wszystkim w analizie profilu literackiego klienta. Jeśli kiedyś ustrzelą totka – będą rozdawać książki na stacjach benzynowych w całym kraju, póki co – starają się je odpowiedzialnie sprzedawać

 

CZYTAJ TAKŻE: Szlakiem dębów i ptaków

CZYTAJ TAKŻE: „Don Giovanni”, czyli o defekcie wyobraźni

CZYTAJ TAKŻE: Wydawanie książek to adrenalina. Rozmowa z Anną Sójką-Leszczyńską z wydawnictwa Publicat

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0