fot. Wydawnictwo WBPiCAK

Od zagłady ludzkości do pytania o szczęście

„Cielenie lodowca” Marcina Ostrychacza, jedna z poetyckich premier wielkopolskiej oficyny WBPiCAK, uderza w ostatnim czasie w dwójnasób, stawiając przed nami lustro. W świetle pandemii, która wciąż nie wygasa, jesteśmy pyłkiem kurzu i wielkimi przegranymi snów o potędze.

Najnowsza książka Marcina Ostrychacza ukazała się w momencie, w którym coś, co mogłoby się wydawać fikcją, stało się rzeczywistością, a nam przyszło w niej funkcjonować. Bo przecież tak często zdarzało nam się (i pewnie wciąż zdarza) myśleć o katastrofie klimatycznej, epidemii, zawieszeniu zasad ekonomii, spowolnieniu rynku i konsekwencjach wynikających z postępu technologicznego właśnie w kategoriach fikcji, nierealnych scenariuszy rzuconych w bliżej nieokreślony, ale bardzo daleki horyzont czasowy.

 

Ostrychacz sugestywnie i dosadnie, jednak nie bez ukradkowych mrugnięć do czytelniczki i czytelnika, pokazuje, jak łatwo było, jest i będzie ignorować nam znaki ostrzegawcze.

Marcin Ostrychacz "Cielenie lodowca", Wydawnictwo WBPiCAK

Marcin Ostrychacz "Cielenie lodowca", Wydawnictwo WBPiCAK

Między grozą a żartem

„Cielenie lodowca” to książka zaskakująco zróżnicowana. W pierwszej części dostajemy teksty krótkie, żeby nie rzec nawet: aforystyczne, które opierają się na językowej lub skojarzeniowej grze, odnawiającej równocześnie dialog z dość uklasycznioną już dziś szkołą poezji. Ostrychacz mimo puszczenia oczka do czytającego nie traci jednak z pola widzenia tematu katastrofy, która zdaje się osią łączącą wszystkie elementy tej poetyckiej układanki. Spójrzmy więc na następujące po sobie miniatury:

 

Prometeusz

To Homo erectus.

 

Pięć dziurek na neandertalskie opuszki

Kiedy promień jak kilof uderzył

w zmarzlinę błoni przed jaskinią,

z radości grał na fujarce z kości sępa,

choć koniec był blisko.

Miał delikatniejsze rysy

i lepsze pomysły.

 

Ewoki kontra Imperium

Człowiek bez liścia figowego

ciska oszczepem w Atlasa

z Boston Dynamics.

 

Powyższe wiersze to kolejno drugi, trzeci i czwarty tekst z kolei. I chociaż nie da im się odmówić żartobliwego uroku, nie dajmy się zwieść retorycznej grze, którą uwodzi Ostrychacz. Napięcie między tekstami rośnie skokowo, żeby gorzko rozegrać się w „Ewokach kontra Imperium”. Odtwarzanie świata sprzed katastrofy, delikatnie wyczuwalna nostalgia za pierwotnym i estetyzowanym człowiekiem, który nie był skażony złem cywilizacyjnym („Pięć dziurek na neandertalskie opuszki”) jest właściwie tylko pozorem, motywem rozegranym w literaturze na wszystkie możliwe (i wytarte) sposoby. Dlaczego? Bo mimo upływu czasu, wcale nie zmieniło się za dużo.

 

Jesteśmy wciąż naiwnym i rozbrajającym swoim niezrozumieniem dla zmian Ewokiem z uniwersum Gwiezdnych wojen, który ciska oszczepem w potężne maszyny. Kimś na kształt niegroźnych w gruncie rzeczy buntowników, rzucających się z dzidami na wytwory technologii, których od dawna już nie rozumieją.

Przecież Atlas z Boston Dynamics rzeczywiście istnieje i nie mniej rzeczywiście napawa lękiem czy niepewnością: robot-humanoid się nie męczy, podnosi niebywałe ciężary, wykonuje sekwencje ruchów, które zawstydzą profesjonalnych sportowców (o amatorach już nawet nie wspominam). A tak naprawdę nie wiemy, do czego może być zdolny lub przeciw komu użyty. Czy jesteśmy w odwrocie? Czy nasze miejsce zajmie ktoś inny?

 

W stronę katastrofy

Ostrychacz, mimo przyjętej pozycji obserwatora, nie pozostaje bezstronny. Jego czuła obserwacja zmieniającego się świata, którego czasem nie sposób już pojąć, pociąga za sobą strategie oporu, a może lepiej: odporu. To nie są teksty, które wołają na barykadę. To nie są wiersze rewolucyjne.

 

Paradoksalnie, takie wyciszenie, powściągnięcie dramatycznych ocen i gestów jedynie „Cielenie lodowca” wzmacnia.

Puenta, która dociera do nas spoza, bądź co bądź prostego (ale nie prostackiego) tekstu, z naszej codzienności, jest tym bardziej dojmująca:

 

Marcin Ostrychacz "Ruje i wyciszenia", Wydawnictwo WBPiCAK

Marcin Ostrychacz "Ruje i wyciszenia", Wydawnictwo WBPiCAK

Zwrotka

Przestwór wspomina ptaki.

Gleba wspomina lasy.

Woda wspomina ryby.

Nas nikt nie wspomina.

Wszystko chce nas zapomnieć.

 

Alternatywna historia świata

Nie chodzi w tym wszystkim jednak tylko o wieńczące stwierdzenie, że innego (katastroficzno-apokaliptycznego) końca świata nie będzie.

 

Ostrychacz podsuwa nam własną interpretację zdarzeń. Poeta, klocek po klocku, śledzi upadek domina.

Wiersz „Kroki”, będący niczym innym, jak próbą podsumowania milowych kamieni w rozwoju cywilizacyjnym, wskazuje czas mitów (więc jest i Prometeusz), działalności artystów („gdzie paleolityczny Robert Ryba Rybicki / rył w cielskach głazów antropozoomorfy, / dłonie, fallusy, konchy sromów / oraz zwierzęta magiczne od milionów lat”) i rozrost miast („Wypalono cegły, zbudowano pałace, / wprowadzono płace”). Najciekawsza dla nas, czytelników z roku 2020, staje się jednak zachowana w sprawozdawczej stylistyce trzecia część poematu. W niej, jak w soczewce, skupiają się najważniejsze dla całości książki tematy i głos członka pokolenia, który przestał rozumieć rozpędzające się jak walec zmiany i nieadekwatne ludzkie zachowania:

 

Trzeci krok na Księżycu.

Mechaniczny krok.

21 lipca 1969

nasze matki i nasi ojcowie

mogli oglądać Armstronga

odbijającego się od nieziemskiej powierzchni,

a na szalonej już gałce

Era Sporyszowych Oświeceń.

O! kwaśna Fatimo i psylocybinowa Mekko,

John Lennon poślubił Yoko Ono,

urodził się Marilyn Manson,

zamordowano Sharon Tate,

Elton John zadebiutował z Empty Sky,

oprócz niego King Crimson, Led Zeppelin, Cocker.

Wydawali Davies, Hancock, The Doors, Niemen

nagrał ostatni album z Akwarelami,

wyszedł 36 album studyjny Króla Elvisa,

zmarł Theodor Adorno,

kardynał Karol Wojtyła dokonał koronacji

cudownego obrazu,

Adam Michnik dostał 3 lata,

Pele strzelił tysięcznego gola,

pojawili się pierwsi skini

i taniec o nazwie breakdance,

ale przede wszystkim jakiś Gregory Sylvester Coleman

wybębnił AMEN BREAK,

jakby był czarnym wcieleniem Apolla.

Pół wieku później jesteśmy w rozkroku,

bydło hodowlane stanowi 75%

wszystkich żyjących zwierząt,

ludzkość jest w dziewiątym miesiącu

ciąży z komputerem.

Spłonęła Notre-Dame i Australia,

Amazonia puszczała znaki dymne SOS

jak chłopcy z Sodomy.

Chińscy naukowcy przedstawili na YouTube

sklonowane makaki Zhong Zhong i Hua Hua,

także krzyżówkę świni z małpą,

która szybko zmarła

 (fragment wiersza „Kroki”; „Cielenie lodowca”, WBPiCAK 2020)

 

Ironia i chaos

Poeta bezlitośnie i nie bez racji wytyka również korzenie eksploatacyjnego sposobu myślenia o naturze. Ostrychacz dokłada swoją poetycką cegiełkę sprzeciwu wobec biblijnego szlagieru z Księgi Rodzaju, powtarzanego przez wszelkich antyekologicznych działaczy.

 

Mowa oczywiście o zawołaniu „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, które często pozostawało (i niestety wciąż pozostaje) wymówką i usprawiedliwieniem dla cierpienia zwierząt i zanieczyszczania środowiska.

Delikatna modyfikacja poczyniona przez poetę w tytule i w treści wcale nieźle obnaża wątpliwą moralnie taktykę. Dlaczego? Bo wiersz „Czyńcie sobie Ziemię podległą” literalnie i dosłownie przedstawia konsekwencje tej postawy.

 

Marcin Ostrychacz "Zamiatając pod wiatr", Wydawnictwo WBPiCAK

Marcin Ostrychacz "Zamiatając pod wiatr", Wydawnictwo WBPiCAK

Czyńcie sobie Ziemię podległą,

 

weźcie lasy, powietrze i morza.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

rżnijcie gaje, śpiewowi ptaków

przeciwstawiając mechaniczny noys.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

spryskajcie pszczoły, podczas suszy

siejcie deszcz w glebie obłoków,

w czasie ulew rozpędzajcie jak stada.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

wszak to Adam nazywał zwierzęta.

Dorocznie farbujcie zatoki na czerwono

krwią delfinów i grindwali,

aby duchy barbarzyńców

były z was dumne.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

postawcie płoty między ludźmi

i profile ludobójców wybijcie na monetach,

dajcie peem dziewięcioletniemu wojownikowi.

Jego twarz to logo głodu,

jego oczy – logo obłędu.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

niewolnicy słońca, wszak sam Ojciec

wam ją uczynił jako domostwo.

Pofarbujcie ogromną łąkę kolorem bordowym,

w cieniu uduchowionego Katmandu,

podczas festiwalu Gadhimai, która zażądała

stu tysięcy byków na ucztę

zamkniętą dla śmiertelnych.

Usta miliardów robaków są jej ustami.

 

Czyńcie sobie Ziemię podległą –

żnijcie ławice, niech pustostan oceanu

wypełni się pogłosem śrub okrętowych

i sonarów grających w ping ponga

z abysalem, pod którym śpią ostatnie krople

skalnego oleju płynącego w żyłach

boskiej ekonomii.

 

W stronę końca (i nowych początków)

„Cielenia lodowca” nie da się jednak uprościć tylko do opowieści o katastrofie, która nie jest przecież zagadnieniem ani nowym, ani nawet literacko zaskakującym. Jednym z ciekawszych tekstów jest wiersz przedostatni, „Wziąć się za szczęście”.

 

To tutaj dochodzi do subtelnego i pozornie mało znaczącego przesunięcia. Perspektywa „my”, a więc prawideł ogólnoludzkich, orzekających o kondycji i ją komentujących, zostaje zamieniona na bardzo czułą i wrażliwą perspektywę „ja”, która pozostaje przecież najważniejszą w jakichkolwiek próbach zmian.

Pod wieczór sprawy cywilizacyjne i społeczne odwiesza się na kołek, a proza życia rozbija się o aż zawstydzająco naiwne pytanie o naturę szczęścia oraz po prostu: o jego możliwość.

 

Marcin Ostrychacz, fot. M. Kowalczuk

Marcin Ostrychacz, fot. M. Kowalczuk

Wziąć się za szczęście

 

Pokój w którym pod światło widać

ile jest kurzu i wirującej sierści jak odcinki babiego lata

ze szczelinami na dwa centymetry w parkiecie

i nieszczelnymi oknami od których ciągnie zimą

czy to jest szczęście?

 

Czy cząsteczki brudu na moich stopach

pianka wydrapana z fotela jego czerwona ekoskóra kocia sierść

resztki tytoniu włosów chipsów a nawet resztki marihuany

czy to jest szczęście?

 

Łazienka z grubą warstwą kurzu na rurach przy suficie

z płatami farby odpadającymi od niego i lądującymi

w kilkudziesięcioletniej umywalce wannie na podłodze

podczas kąpieli mycia zębów srania albo kiedy nikogo tam nie ma

czy ta farba ujawniająca warstwy geologiczne starego mieszkania

poprzednich lokatorów ich smak

czy ta farba jest szczęściem?

 

Kot polujący na rodziny rybików wypełzających z jaskiń w glazurze

kotara którą powinniśmy dawno zmienić

pralka brana przez rdzę i mykonidy

słuchawka prysznicowa za trzydzieści złotych

krany obrastające rafami kamienia których nie wzrusza Gang Bang

Cleaner

tryskające jak mikro-gejzery

rude niezmywalne zacieki

i ślady wody z mydłem na odbiciu

czy to jest szczęście?

czy to nie za mało na szczęście?

do szczęścia przydałby się seks

w ambonie z widokiem na paśnik dzików.

Fotele ze śmietnika szafka na buty ze śmietnika

komoda z oeliksa buty z drugiej nogi koszule

po współlokatorach którzy wyruszyli dalej szukać

szczęścia bo doszli do wniosku że tu go nie znajdą

tania kawa i dwa rozdarte papierosy

aby zrobić z nich cztery

szybko dochodzący czajnik w kożuchu z tłuszczu i sierści

wiecznie ujebana gazówka z popsutym piekarnikiem

czy to jest szczęście?

 

Śniadanie z dwóch kromek chleba i oliwy z odrobiną soli i pieprzu

byle chleb był przypieczony na suchej patelni

warzywa w koszu na warzywa marszczące się jak ludzka skóra

wiotczejące jak ludzka skóra tracące wodę jak ludzka skóra.

Czy powinniśmy jeść warzywa?

 

wszak udowodniono że drzewa porozumiewają się

a kwiaty lubią Schuberta i potrafią być szczęśliwsze od ludzi.

Porcelanowy nóż z ostrzem jak grań

filiżanka do espresso skradziona z kawiarni

krzesło skradzione z knajpy

czy to jest szczęście?

 

a może srebrna łyżeczka którą kupiłem za 5 zł na starociach

szczęście mogłoby być srebrne

ale nie miałem pewności.