fot. archiwum Marii Krześlak-Kandziory

Odcięcie Bookowskiego

 „Właściwie wszyscy, łącznie z autorami, mieliśmy pierwszy raz do czynienia z taką sytuacją. Po trzydziestu spotkaniach online, jak mantrę powtarzaliśmy: Nie filmuj się z dołu, bo źle wyglądasz” — mówi Maria Krześlak-Kandziora z księgarni Bookowski w CK Zamek w Poznaniu.

Jakub Wojtaszczyk: Pamiętasz pierwszy moment, kiedy musiałaś przez COVID-19 zamknąć Bookowskiego?

Maria Krześlak-Kandziora: Dostaliśmy sugestię, że powinniśmy przerwać pracę 15 marca. Oczywiście moglibyśmy działać, ale drzwi do Zamku zostały zamknięte, więc ludzie musieliby wchodzić bocznym wejściem. Nie mieliśmy wyboru, no i chodziło również o społeczną odpowiedzialność.

 

JW: Jakie emocje?

MKK: Na drugi dzień, jak się obudziłam, poczułam ulgę, że nie muszę przyjść do pracy. Wiele osób mówi, że nawet dla kochających swoją pracę pierwsze dwa tygodnie COVID-u były jak zbawienie, jak niespodziewane wakacje. Poza tym z tyłu głowy był potworny lęk, co będzie dalej. Każdy musi kiedyś wrócić do pracy i jakoś się utrzymać.

 

Moje wakacje skończyły się na trzeci dzień, zaczęliśmy produkować streamingi, intensywnie pracować zdalnie, to był trudny, ale owocny czas.

 

JW: Jakie działania zaproponowaliście?

Maria Krześlak-Kandziora, fot. archiwum prywatne

Maria Krześlak-Kandziora, fot. archiwum prywatne

MKK: W Bookowskim trafiliśmy na okres przejściowy. Marzec był ostatnim miesiącem, którym ja tu byłam jedyną szefową. Pierwszego kwietnia księgarnia przeszła na własność spółki pięciu osób. Wszyscy musieliśmy usiąść i pomyśleć, co robić dalej. Już wcześniej wyglądało to tak, że zaczniemy wszystko od zera, dlatego trochę mniej się martwiliśmy. Ten pierwszy okres lockdownu wykorzystaliśmy na formalności. Jedyny problem był taki, że urzędy zwolniły i wszystko trwało dłużej, niż planowaliśmy.

 

JW: Skąd ta decyzja?

MKK: Kocham Zamek. Jest siłą napędową, która daje mi dużo energii, ale bywa dementorem, który też bardzo dużo sił wyciąga.

 

Potrzebowałam kogoś, kto albo przyjdzie pracować ze mną i dołoży swój zapał, a ja dzięki temu będę miała więcej oddechu, albo w ogóle zakończę przygodę z Bookowskim.

MKK: Od zawsze mój sposób pracy był taki wyrywkowy. Pracowałam w kilku różnych miejscach i robiłam wiele rzeczy naraz. I pewnego razu te zajęcia dodatkowe stały się równie ważne jak Bookowski.

 

JW: Mówisz o pisaniu tekstów?

MKK: Tak, piszę dla Kultury u Podstaw, redaguję, prowadzę spotkania autorskie, ale też potrzebowałam oddechu. Dużo czasu spędzam w przyrodzie, ucząc się o niej, szukając tematów do tekstów czy warsztatów realizowanych później w Bookowskim. Postanowiłam przemodelować trochę tryb pracy.

 

JW: Podjęłaś też współpracę z agencją autorską „Opowieści”…

MKK: Tak. Agencja zdążyła się już rozwinąć i ma ponad dwudziestu autorów. Koordynujemy spotkania autorskie. Cały czas przechodzimy zmiany, mamy kilka pomysłów, które staramy się realizować, więc pochłania to mnóstwo czasu i energii. Jednak jest to też praca zdalna, którą mogę wykonywać z każdego punktu na Ziemi. To dało mi poczucie wolności. Postanowiłam Bookowskiego chociaż w połowie odciąć.

 

JW: Szukałaś wspólników?

Maria Krześlak-Kandziora – szlakiem dębów i ptaków

fot. Maria Krześlak-Kandziora – szlakiem dębów i ptaków

MKK: Ostatecznie, po wielu rozmowach, weszliśmy w kooperatywę z naszymi sąsiadami z Jeżyc. Bardzo chcieli mieć swoją księgarnię, więc podeszli do Bookowskiego z radością i nową energią. Monika, Konrad, Kuba i Magda w tej chwili eksperymentują, wprowadzają swoje pomysły. Zobaczymy, jak to będzie.

 

Jedno jest pewne – z marszu poczuli się częścią Bookowskiego. Pewnie też przez to, że wcześniej byli jego klientami.

 

JW: Wróćmy do lockdownu. Co zrobiliście, aby utrzymać księgarnię na powierzchni?

MKK: Nie czuliśmy dużego zagrożenia, ale obserwowaliśmy, co dzieje się u innych. Zawrzała grupa Księgarni Kameralnych, do której należymy. Naszą siłą są klienci Bookowskiego. Już to wielokrotnie mówiłam, ale będę powtarzać: Bez nich nic! Na nasze uruchomienie zdalnej księgarni zareagowali entuzjastycznie. Pakowaliśmy książki i wysyłaliśmy je nie tylko w Poznań, ale też w Polskę.

 

JW: Po Poznaniu książki rozwoziliście na rowerze…

MKK: Tak, spotkało się to z fajnym odbiorem. Niektórzy specjalnie zamawiali książki kurierem rowerowym, aby móc z nami pogadać, chociażby przez furtkę. Było to supermiłe.

 

Nie spodziewałam się, że ludzie będą czekać, aż ten rower przyjedzie. Jednego dnia padało, więc zawieźliśmy książki samochodem. Sprawiliśmy tym duży zawód, zwłaszcza dzieciom.

Obiecaliśmy, że następnym razem przyjedziemy rowerami. Akcja wygenerowała pewien dochód, który oczywiście nie pokrył za dużo. Natomiast dała poczucie wspólnoty, siły i pokazała, że wokół Bookowskiego istnieje społeczność. No i ja uwielbiam jeździć rowerem.

 

JW: Co pojawiło się prócz wysyłkowej sprzedaży książek?

MKK: Wprowadziliśmy to, co zrobiły też wrocławskie Tajne Komplety, czyli bony, które będzie można wykorzystać później. Była to dla nas pierwsza fala zastrzyku finansowego. Potem nastał krytyczny moment, kiedy ta cała grupa, która przychodzi do Bookowskiego i nas obserwuje w social mediach, wyczerpała się. Musiało do tego dojść, przecież określona liczba osób kupuje określoną liczbę książek. Sinusoida poszła w dół. Wtedy zaczęło być nerwowo.

 

Nie mieliśmy mocy przerobowych, żeby na spokojnie usiąść i przegadać, co robić. Każda z osób pracujących w Bookowskim ma też inną pracę, zajęcia. W moim przypadku to była również walka z potężnym krachem w branży kulturalnej, obcięciem finansów w instytucjach i przerabianiem wniosków.

 

JW: Spotkania autorskie przeniosły się do sieci…

MKK: Na początku w ogóle nikt nie chciał spotkań robić. Sam pomysł przeniesienia ich do internetu wydawał się wszystkim dziwny albo niepewny. Biblioteki, z którymi współpracuje Agencja, wstrzymały działalność. Nie wiadomo było, co będzie z pieniędzmi.

 

JW: Zaryzykowaliście?

MKK: Nasze władze stwierdziły, że te największe instytucje kultury otworzą się na końcu. Pobiliśmy chyba jakiś rekord, bo Zamek był zamknięty przez dwa i pół miesiąca. Można było chodzić do knajp, a na jedyną wystawę w Zamku nie… W końcu padła pierwsza data otwarcia. Ucieszyłam się, bo samo zdalne handlowanie i bycie księgarką było już męczące. Czułam, że chciałabym się spotkać z ludźmi. Niebawem data ta została odwołana i nie podano kolejnej. Chęć spotkania pozostała. Dlatego zorganizowałam cykl „Historii z księgarni”, czyli live’ów na FB z przyjaciółmi księgarni, którzy przychodzili do księgarni na kawę i rozmowę. Bardzo im za to dziękuję, to było dla mnie ważne, że zgodzili się spotkać, tak po ludzku i wokół literatury.

 

JW: Jak z perspektywy Agencji wyglądało zainteresowanie spotkaniami online?

fot. achiwum Marii Krzeslak-Kandziory

fot. archiwum Marii Krześlak-Kandziory

MKK: Organizowaliśmy live’y wszystkim naszym autorom, którzy mieli na to ochotę. Łączyli się z tego miejsca, w którym akurat przebywali, np. Filip Springer z mieszkania w Warszawie, a Ilona Wiśniewska ze Spitsbergenu.

 

Na początku mieliśmy bardzo dużo oglądających, ale z czasem tych spotkań online było za dużo, publiczność się rozpraszała. Zostali z nami wierni słuchacze, to też fajne. Była to dla nas lekcja współpracy – żeby streamy nie odbywały się w tym samym czasie, co gdzie indziej, żeby utrzymać kontakt z autorami i autorkami, wydawcami, czytelnikami.

Przeszliśmy ważny proces: od momentu, kiedy nikt nie robił nic, bo próbował osadzić się w pandemicznej sytuacji, po wybuch streamów, które ciągną się do tej pory; z tą różnicą, że teraz są bardziej uporządkowane. Ten czas pozwolił wypracować metody, co robić w kulturze, aby w ogóle przez COVID przejść. Ministerstwo zgodziło się też przekształcić wnioski tak, aby część wydarzeń odbyła się w sieci. Jest to proces, który trwa i który nas dużo nauczył.

 

JW: Czego na przykład?

MKK: Księgarze musieli chociażby nauczyć się obsługiwania programów do streamingów. Właściwie wszyscy, łącznie z autorami, mieliśmy pierwszy raz do czynienia z taką sytuacją. W Agencji, po trzydziestu takich spotkaniach online, jak mantrę powtarzaliśmy: Nie filmuj się z dołu, bo źle wyglądasz, sprawdźmy tło, włącz autoobracanie w telefonie, spróbujmy zebrać dźwięk słuchawkami…

 

JW: Jak teraz wygląda rynek książki?

MKK: Część wydawców zawiesiło albo przesunęło w czasie premiery książek. Wszystko jest elastyczne. Teraz planujemy wydarzenia na jesień, ale tak naprawdę nikt nie wie, czy dojdą do skutku. Albo będzie wielkie boom i powrót do izolacji jak w Izraelu, albo nic się nie wydarzy.

 

Na pewno w wydawców uderzyło to, że nie odbyły się Targi Książki w Warszawie. Cała wiosna stała pod znakiem tego majowego wydarzenia. A spółka, która organizowała Targi, ogłosiła upadłość – ciekawe, co będzie dalej. Sama liczę bardziej na zamkowe festiwale – Festiwal Fabuły, Ethno Port, cykl Patrząc na Wschód, ale też nie wiadomo, czy wszystko się odbędzie. Jeżeli tak, to większość zostanie skumulowana na jesieni.

Z kolei Literacki Spot, który odbywa się w sierpniu, część spotkań organizuje online. Niektórzy goście z zagranicy obecni będą na ekranach. Na przykład Adam Robiński poprowadzi panel, którego uczestnicy nie będą fizycznie na nim obecni. To są zupełnie nowe sytuacje. Z jednej strony jest to bardzo ciekawie obserwować, ale z drugiej trochę brakuje bezpośredniego kontaktu pisarz – czytelnik. Jest jeszcze trzecia strona – publiczność będzie mniejsza, więc handlowo odbije się ta sytuacja na wydawcach i księgarzach. Tak myślę, ale trudno to wszystko oceniać.

 

JW: W takim razie, co przed Bookowskim?

MKK: Działamy! Szykuję drugą odsłonę „Historii z księgarni”, planujemy warsztaty dla dzieciaków w sierpniu, recenzujemy literaturę, no i przede wszystkim jesteśmy już otwarci, można wpaść po książkę i kawę. Centrum Praktyk Edukacyjnych w Zamku otrzymało dotację na fajny program „Obrazy wrażliwe”. Z tej okazji przyjeżdżają autorzy. Była Iza Klementowska, pojawi się Grzegorz Piątek. Festiwal Malta ruszył ze spotkaniami z pisarzami, m.in. z Julią Fiodorczuk, po książki której zaprosimy do nas. W sierpniu do Zamku i Bookowskiego przyjedzie Staszek Łubieński. Na jesień zapowiedział się Wojtek Szot z premierą „Panny doktór Sadowskiej”. Ale  wrzesień jest trochę niepewny. Wiem, że pojadę na rykowisko, ale nic poza tym. To właśnie jest najpiękniejsze, że przynajmniej w przyrodzie wszystko jest trochę bardziej stabilne.

 

*Maria Krześlak-Kandziora – współwłaścicielka księgarni Bookowski w poznańskim Centrum Kultury Zamek; w Agencji autorskiej „Opowieści” zajmuje się koordynacją spotkań z reporterami. Czas wolny poświęca uczeniu się przyrody, pisaniu i czytaniu.