fot. materiały prasowe

Polski darkroom

Mija jedenaście lat od wydania „Śmierci w darkroomie”, głośnego prozatorskiego debiutu Edwarda Pasewicza, wielokrotnie nagradzanego poety, ex-poznaniaka. Powieść tę pieszczotliwie nazywano „kryminałem udawanym”, w którym to autor bawi się konwencją. Jak książka broni się dzisiaj?

Pytanie jest uzasadnione – na rynku właśnie pojawiło się jej wznowienie. Sprawdźmy!

JAKI POZNAŃ?

Oto po zakazanym poznańskim Marszu Równości, podczas którego uczestniczki i uczestników obrzucano jajami i końskim łajnem, zamordowany zostaje Igor, brat Marcina Zielonego, głównego bohatera, który po umorzeniu śledztwa wraca z Warszawy do rodzinnego miasta, by znaleźć winnego. Tak jak Zielony, tak i my, czytelnicy, przenosimy się do, już zdaje się zapomnianego, świata A.D. 2005, a dzięki plastycznemu i gęstemu językowi Pasewicza od razu zostajemy wrzuceni w przeszłość:

 

„W kiblu na Dworcu Głównym umył ręce, wyszczał się i przetarł twarz chusteczką nasączoną wodą Hugo Bossa. Doczłapał na Święty Marcin i zauważył, że od listopada, kiedy był tu na pogrzebie Igora, nic się nie zmieniło. Te same badziewne sklepy z ciuchami i butami. Nieomal ci sami ludzie […] Usiadł w Nescafé tuż przy oknie. Lubił to miejsce. Położona tuż przy jego rodzinnej bramie knajpka uspokajała go. Po drugiej stronie ulicy widział Bar Kociak i wejście do kina Muza. Kawałek dalej były chińskie smoki i lampiony, zawieszone przed wejściem do restauracji Pekin. Zamówił kawę i patrzył na przechodzących ludzi.  […] Żadnej giętkości w ruchach. Ordnung i pruskie pikielhauby […] Zawsze irytował go rytm tej ulicy. Maszerują na raz i na dwa […]”.

 

Poznań w „Śmierci w darkroomie” jest lepki jak podłoga w podłym pubie. To miasto zapomniane, podtrzymywane przy życiu przez wspomnienie dawnej świetności, coraz bardziej peryferyjne, choć nie tyle w sensie geograficznym, ile mentalnym.

Dzisiejszy czytelnik będzie na nie spoglądał być może z pewnym zawstydzeniem, a może z niedowierzaniem. Takiego Poznania już raczej nie ma, a mieszkańcy – przynajmniej niektórzy – nie chcą go pamiętać.

Edward Pasewicz, „Śmierć w darkroomie”

Edward Pasewicz, „Śmierć w darkroomie”, wydawnictwo Bricolage Publishing 2018, wydanie drugie

Edward Pasewicz pytany, jak dziś wygląda miasto z perspektywy osoby, która z niego wyjechała odpowiada: „Pysznie” i zaraz dodaje:

 

„Jest naprawdę dobrze i to mi się w naszym mieście bardzo podoba. Jestem zachwycony tym, co robi Grupa Stonewall. To jest na europejskim poziomie i swego czasu o to walczyliśmy w Poznaniu, tworząc nie tylko wydarzenia artystyczne (El Ninio Festiwal), ale też budując struktury KPH [Kampanii Przeciw Homofobii] czy Lambdy, tworząc kluby i kawiarnie. Wtedy to się nie udało z różnych względów. Kolesie Pana-byłego-szczęśliwie-prezydenta (o nazwisku od grobli) skutecznie nam przeszkadzali. A teraz, kiedy widziałem prezydenta Jaśkowiaka na czele Marszu Równości, to byłem dumny. Zresztą z obchodów 11 listopada też. Dopóki Poznań będzie tak nowoczesny, dopóty nie nazwę go, jak w 2005 roku, «Ziemniaczkowem»”.

PO MĘSKU, CZYLI JAK?

Wspomniany Marcin Zielony to – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie tylko heteryk w każdym calu, ale też stereotypowy glina, nadużywający alkoholu, porzucony przez żonę, pełen goryczy i melancholii. Z bratem niewiele go łączyło, ale jego śmierć staje się pretekstem do rozliczenia z przeszłością, konfrontacji z nieczułym i niezadowolonym z synów (jeden jest gejem, drugi wyjechał) ojcem i nieobecną matką.

 

Pasewicz miał świetny pomysł, aby głównym bohaterem uczynić heteroseksualnego outsidera, ponieważ pozwoliło mu to spojrzeć na udomowiony świat z pewnej perspektywy, być może nawet zabarwionej uprzedzeniami, które później przekazał Zielonemu.

Animozje te stają się przyczynkiem nie tyle do zmiany bohatera, ile do próby dekonstrukcji męskości. Chociażby taki fragment opisujący zmagania Zielonego w gejowskim klubie: „Szczał jak koń, prosto w lustro wody, po męsku, chlapiąc gdzie się dało. W takim miejscu należy szczać po męsku. Trzeba się po męsku zachowywać. Gdyby tak jeszcze to jego szczanie mógł ktoś usłyszeć, ale nie, był sam. Samiuteńki szczający samiec”.

W ŚWIECIE DWÓCH PLEMION

Dekonstrukcja i próba zestawienia ze sobą dwóch różnych światów zdaje się najbardziej interesować autora. Na pewno bardziej niż rozwiązanie zagadki – na nie bohater trafia przypadkiem. Wielobarwna i wielowymiarowa, wręcz egzotyczna z punktu widzenia Zielonego rzeczywistość opisywanych przez Pasewicza gejów jest jednym z najmocniejszych punktów powieści. Tym bardziej że gdy zdrapiemy zeschnięty i brudnawy brokat z poprzedniego wieczoru w klubie Grzechu Warte, odkrywamy samotność, smutek, desperację, depresję opisywanych poznańskich kolorowych ptaków. Odkrywamy dojmującą samotność, bo przecież wtedy, w 2005 roku, szukanie i znalezienie pomocy i akceptacji było znacznie trudniejsze.

Jednak Pasewicz twierdzi, że niewiele się zmieniło: „Znowu mamy Kaczystowską Republikę Ludową. Marsz Niepodległości zamienił się w faszystowskie święto. Wtedy to świństwo dopiero kiełkowało, a ja nie przeczuwałem nawet, że to się tak haniebnie rozwinie”. Dodaje jeszcze: „Żyjemy w świecie dwóch plemion i obawiam się, że ten podział jest trwały. Jest mi bardzo źle z tego powodu. Wolałbym takich rzeczy nie mówić, ale muszę”.

„Śmierć w darkroomie” zdaje się nie starzeć, a wręcz przeciwnie – ewoluuje. Czytana w 2018 roku nabiera cech powieści politycznej, wręcz powieści zaangażowanej. Z dzisiejszego punktu widzenia to nie tylko książka o minionych czasach, kiedy to Marsz Równości kojarzył się smutno i mokro niczym Święto Zmarłych, ale też ostrzeżenie: czy naprawdę chcemy, aby tamte czasy na nowo wróciły?

Edward Pasewicz, „Śmierć w darkroomie”, wydawnictwo Bricolage Publishing 2018, wydanie drugie.

 

CZYTAJ TAKŻE: Potrzeba opowieści („Koziołki, rury i czarcie ogony”)

CZYTAJ TAKŻE: Trup w magistracie. Recenzja książki „Zabójstwo z urzędu”

CZYTAJ TAKŻE: Książki nie znają granic administracyjnych. Rozmowa z Jakubem Kozłowskim z Wydawnictwa In Rock